Nie byłem głupi i niczego nie żałuję

Z Lejbem Fogelmanem o książce „Warto żyć” rozmawiają Łukasz Pawłowski i Wojciech Engelking’

„Antysemici mnie bawią. Piszą w internecie: «Miał wszystkie kobiety», «Rządzi Polską jako szef żydomasonerii», «Jego marionetkami są Jarosław Kaczyński i Mateusz Morawiecki», «Ukradł trzysta milionów!». Przepraszam bardzo, ale to mi ubliża, bo ja poniżej miliardów nie kradnę!”.


Wojciech Engelking: Po co panu ta książka?

Lejb Fogelman: Po to, żeby panowie po nią sięgnęli. Jest miła w dotyku, ma fascynującą okładkę i interesującą treść.

WE: Czyli?

Czytam pozytywne recenzje, listy od różnych ludzi, wybitnych prozaików, znanych reżyserów, ogólny zachwyt. To miłe, ale aż taki próżny nie jestem, żeby myśleć, że to jest dzieło stulecia. Warto się zastanowić, dlaczego książka „Warto żyć” wywołuje tak mocne reakcje.

Łukasz Pawłowski: Jest pan znaną postacią, przyciąga pan słuchaczy…

No właśnie… Książka ukazuje – z punktu widzenia polskiego czytelnika – ciekawe życie kogoś, kto wyszedł z małego miasteczka i robi karierę na Zachodzie. Uczy się na najlepszych uniwersytetach, robi doktoraty, niemal zostaje prorokiem wśród rastafarian i próbuje wejść na Mount Everest. Ale to nie jest jedyny klucz do tej zagadki. Podrzucę panom inny. Mój przyjaciel Roman Frydman – prominentny badacz ludzkiej niewiedzy – twierdzi, że ta książka daje Polakom kolektywne poczucie ulgi.

WE: I na czym ta ulga polega?

Na głośnym i widocznym zmaganiu się Polaków ze swoją zbiorową pamięcią, z pamięcią tego, jak to naprawdę było z Żydami. A tu pojawia się książka, którą napisał Żyd i mówi: „Wyrzuciliście mnie stąd, ale mam to gdzieś, bo jestem piękny, wesoły, odniosłem sukces”.

ŁP: Pan chce dogryźć Polakom?

Nie. Jest mi po prostu dobrze i widocznie właśnie to daje czytelnikom jakieś poczucie ulgi.

WE: Jest takie powiedzenie, że dobre życie to najlepsza zemsta na tych, którzy nam źle życzyli.

Nie żyję komuś na złość. Żyję dla siebie. A skoro pan pyta, to odpowiadam, że Polacy nie są moimi wrogami, lecz współobywatelami. A propos tego współobywatelstwa… Często mnie pytają: „Kim pan jest?”. Dziwne pytanie. „No, czy pan jest Polakiem?”. Odpowiadam, że jestem Amerykaninem, czyli obywatelem USA, ale to nie jest pojęcie etniczne. W Polsce też kiedyś można było być obywatelem Rzeczypospolitej, a jednocześnie Tatarem, Ślązakiem, Ukraińcem, Ormianinem, Białorusinem itd. To się liczyło jako tożsamość osobista, nad którą miała być nadrzędna, wspólna dla wszystkich tożsamość obywatelska, tożsamość oparta na pewnym zbiorze podstawowych wartości, które powinny łączyć wszystkich uczestników danego społeczeństwa. Miała być… Ale czy była?

Mój stryj Lejb, po którym noszę imię, ledwo mówił po polsku. Kiedy w 1939 roku ogłoszono mobilizację od razu się stawił, a po kapitulacji odmówił zdjęcia polskiego munduru. Wie pan, co się z nim stało? Wydali go współobywatele. Z tego, co wiemy, poszedł do gazu w Treblince. Jako kto? Jako Żyd. Był polskim żołnierzem i obywatelem, ale do gazu poszedł jako Żyd.

ŁP: Pan narzeka, że polskie społeczeństwo jest zbyt homogeniczne….

Nie, nie. Nie narzekam, ja tylko stwierdzam. To, że prawie wszyscy obywatele są Polakami, zadecydowała historia. To jest inna rzecz – ja narzekam na homogeniczną klasowość.

 

Calosc TUTAJ

No comments yet... Be the first to leave a reply!

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

%d bloggers like this: