Uncategorized

Kaczyńskiego pokonał Giertych


Jakub Kopec

   Masową wyobraźnię Polaków zadręcza aktualnie, znany z teorii gier, „dylemat więźnia”, przed którym postawił Tuska szatańsko inteligentny prezes Kaczyński.  Jeśli Tusk, dla odblokowania funduszy KPO, przyobieca Ursuli von der Layen spełnienie wszystkich „kamieni milowych”, wyjdzie na durnia , gdy prezydent Duda zawetuje ustawę sejmową, przywracającą porządki demokratyczne w polskiej jurysprudencji. Ma się rozumieć, w tak dramatycznej sytuacji, Tusk może zastosować „wariant Wałęsy” i, dla przeciwstawienia się prezydenckiemu wetu, zwołać plenarne obrady sejmu do Sali Kolumnowej, w której zabraknie krzeseł dla posłów Zjednoczonej Prawicy. Tyle tylko, że wówczas wszedłby w buty poprzedników, przyjmując faszystowski styl politykowania. A przecież Tusk wykreślił  Romana Giertycha z listy kandydatów PO do Senatu, ponieważ przekonano go, że nazwisko byłego wicepremiera w rządzie PiS, LPR i „Samoobrony” Andrzeja Leppera, przynosi jego formacji  dotkliwe szkody wizerunkowe.

     Skuteczność sztuczki z Salą Kolumnową  jest stuprocentowa, co udowodnił Kaczyński przy głosowaniu nad ustawą budżetową w 2015 roku. To dlaczego  nazywam ją  „wariantem Wałęsy”? Czynię tak, bo szatańsko inteligentny Kaczyński prochu nie wymyślił i tylko poszedł po linii najmniejszego oporu, szlakiem wytyczonym przez laureata Pokojowej Nagrody Nobla.                                                                                                                                            

    Kiedy spadkobierca dawnych właścicieli odlewni w Ożarowie przyszedł do prezydenta Lecha Wałęsy ze skargą na sąd, który orzekł  prawomocnym wyrokiem, iż  nacjonalizację obiektu przemysłowego przeprowadzono zgodnie z obowiązującym wówczas prawem, i że odkręcić tego nie można, prezydent wpadł w gniew słuszny.  Balcerowicz prywatyzuje wielkie fabryki zabrane wcześniej prawowitym właścicielom, to dlaczego nie można zreprywatyzować małej odlewni? Już ja się tym zajmę! Zażądał od sądu administracyjnego takiej zmiany prawomocnego wyroku, żeby krzywda właścicieli odlewni została natychmiast naprawiona. A gdy sąd nie zareagował właściwie na jego żądanie, powiedział do swojego kapciowego, żeby ten uwiadomił   profesora Adama Zielińskiego, iż od tej chwili może już czuć się zwolnionym z urzędu  prezesa NSA!

     W drobnej sprawie reprywatyzacji mikroskopijnej odlewni metalu w Ożarowie koło Warszawy, Wałęsa przyobiecał potomkowi właścicieli, że przełamie opór kasty sędziowskiej NSA i cofnie niesprawiedliwy wyrok. 

    Prawo państwowe powiada, że prezesa NSA powołuje i odwołuje prezydent na wniosek Zgromadzenia Sędziów. Ale jak ma się rzecz w przypadku, gdy prezydent sam z siebie wnioskuje o odwołanie? Czy prezydent w demokracji gabinetowej w ogóle jest uprawniony do składania takich wniosków? Jest to problemat dla zawodowych myślicieli, a Wałęsa myślicielem nie był. Rozumował w kategoriach pragmatycznych, skrojonych na rozum chłopski: jeśli postąpię, jak mi się żywnie podoba, to kto mi tutaj podskoczy? 

       Przykryjmy problem prawny i moralny woalem milczenia.  Tragiczny w skutkach jest bowiem dopiero ten tchórz, który obleciał całe środowisko sędziowskie, prokuratorskie i w ogóle prawnicze.  Skoro samowola prezydencka ma większą moc, niźli przepisy prawa, to, w ślad za Lechem Wałęsą, o poszczególnych krzywdach o grzechach ludzkich rozstrzygać będą nie sądy niezawisłe, lecz wojewodowie i prezydenci miast, a później pomniejsi jeszcze urzędnicy. Tak toczyła się sprawiedliwość w tureckich satrapiach.                                                                                                                                          

       Sędziowie wniosek prezydenta  o dymisję profesora Zielińskiego i o wstawienie na jego miejsce prof. Hausera, kategorycznie na swoim Zgromadzeniu odrzucili, ale Wałęsa i tak wtrynił na stanowisko prezesa NSA swojego faworyta, który na najmniejszy sprzeciw wobec prezydenckiej woli nigdy się nie poważył. Ponieważ wszyscy kochaliśmy wąsatego elektryka z Wybrzeża, tego rodzaju gwałt na dobrych obyczajach przeszedł do historii pod milusińską nazwą „falandyzacji prawa”.  Także nieudana próba zamachu stanu, jaką w istocie  było bezpodstawne oskarżenie premiera Józefa Oleksego o szpiegostwo na rzecz Rosji po przegranych przez Wałęsę wyborach prezydenckich 1995 roku, i równie bezpodstawne postawienie prezydentowi-elektowi Aleksandrowi Kwaśniewskiemu zarzutów lustracyjnych, uszło obozowi belwederskiemu płazem, bo potraktowano to wszystko jak nieszkodliwe wybryki rozkapryszonego dzieciaka. 

    Mówią, że Kaczyński przegrał wybory, bo afera wizowa przelała miarkę goryczy. Lud ciemny, straszony przez rządzących widmem migranta roznoszącego  choroby, gwałcącego kobiety i podpalającego samochody na ulicach,  na wiadomość o dwustu pięćdziesięciu tysiącach wiz wjazdowych, sprzedanych za kilka tysięcy dolarów sztuka na straganach przy konsulatach Rzeczypospolitej w Afryce i Azji,  unaocznił milionom admiratorów Dobrej Zmiany bezmiar rządowej hipokryzji.                                                                                                                          

      W czasie, gdy Donald Tusk wybierał się już do Brukseli, żeby, jako reprezentant świeżo uformowanej demokratycznej większości sejmowej, spróbować nakłonić Komisję Europejską do warunkowego odblokowania, dla  przepoczwarzającej się Polski, funduszy z KPO jeszcze przed spełnieniem wszystkich „kamieni milowych”, wyszło na jaw, że przegrana klika Jarosława Kaczyńskiego na ewentualność przegranej wyborczej przygotowała aksamitny, z grubsza zawoalowany zamach stanu. Dla wywołania efektu zastraszenia, służbom cywilnym i mundurowym wydano polecenie zakładania przedstawicielom opozycji demokratycznej  „pięciodniowych” podsłuchów, na które nie jest wymagana sądowa zgoda.

    Taka postawa przegranej kliki rządzącej, po stronie sił demokratycznych budzi tęsknotę do rozwiązań radykalnych. Jeszcze nie zapadła prezydencka decyzja o powierzeniu misji sformowania gabinetu premiera szefowi zwycięskiej partii, a już demokraci, zebrani przed Pałacem Namiestnikowskim, wołali w stronę pisowskiej delegacji na rozmowy z prezydentem Dudą: „Będziecie siedzieć!”. Działo się to pod wiele mówiącą nieobecność prezesa Kaczyńskiego i tuż po powołaniu na szefa gabinetu  prezydenta RP Marcina Mastalerka, polityka , który publicznie oświadczył, że Kaczyński po klęsce wyborczej powinien udać się na polityczną emeryturę. Ta nominacja świadczy, że prezydentem miotają sprzeczne uczucia. Może i chciałby popróbować kohabitacji z triumfującą opozycją demokratyczną, ale skoro jego koledzy mają iść do więzienia, to może należałoby, chociażby dla zachowania pozorów, stawić jakiś opór…

       W pełni zrozumiałe są obawy koalicji demokratycznej, że prezydent może utrudnić, albo nawet uniemożliwić przejęcie władzy. Trzeba jednak dostrzegać również paskudne położenie Andrzeja Dudy, na którego ze wszech stron wrzeszczą i wylewają pomyje. Tusk witając się z prezydentem, obdarza go półuśmiechem, ale prezydent, świadom swojej sytuacji nie do pozazdroszczenia, odwzajemnia się szpetnym grymasem, który w założeniu miał być przyjaznym uśmiechem.

     Donald Tusk wykreślił Giertycha z list wyborczych do senatu RP, lecz gdy tylko nadarzyła się sposobność do zadrwienia sobie z pokonanego Jarosława  Kaczyńskiego, pośpiesznie wpisał go na listę kandydatów do Sejmu, akurat w tym regionie, do którego schronił się Prezes po ucieczce z Warszawy: „Żebyś nie czuł się tam samotny, żebyś poczuł się trochę lepiej, i robię to tylko dla ciebie, Jarosławie Kaczyński, wystawię na tej liście, na naszej liście, twojego wicepremiera Romana Giertycha, na ostatnim miejscu. „Tusk wygrał, bo Giertych wszedł do sejmu, startując z ostatniego miejsca na liście PO”

       Jest taka zasada obowiązująca wszystkich zwycięzców, żeby pokonanych raczej wyrżnąć do ostatniego, niźli upokarzać, bo upokorzeni mogą okazać się niebezpieczni. Napoleon wypuszczał załogi z oblężonych i zdobytych twierdz pod ich pułkowymi sztandarami, a czasami nawet w uzbrojeniu. Z wrogiem nie upokorzonym można się czasem dogadać.

       Jeszcze nie tak dawno temu, adwokat Roman Giertych, który do prezesa Kaczyńskiego ma jakieś osobiste anse, w dzień po oddaleniu przez niezawisły sąd oskarżeń wysuniętych pod jego adresem przez podległą ministrowi Ziobrze  prokuraturę, podniesiony na duchu swoim sukcesem jurydycznym, przedstawił w TVN24 projekt polityczny, który uległ natychmiastowej dezaktualizacji przez brukselski kompromis. W dzień po formalnym zgłoszeniu przez Morawieckiego weta wobec unijnego budżetu, zdaniem mec. Giertycha należało w całej Polsce zorganizować demonstracje uliczne i wywołać spontaniczne zamieszki, które przymusiłyby rządzących do ogłoszenia przedterminowych wyborów. Wcześniej, ma się rozumieć, należało skorumpować „dwudziestu posłów Zjednoczonej Prawicy obietnicą amnestii”. Po zwycięstwie w wyborach można będzie zdelegalizować partię „Prawo i Sprawiedliwość”, powiada Giertych, a jej majątek przekazać na cele społeczne.

   Ludzie, nie słuchajcie adwokata, który w  szczycie pandemii, kiedy dla przerwania łańcucha zakażeń konieczne było „wyszczepienie” co najmniej połowy populacji Rzeczypospolitej, chciał organizować spontaniczne tumultacje! Nie ufajcie prawnikowi, który nie odróżnia amnestii od abolicji! Żeby jakąś grupę obywateli amnestionować, trzeba ją wcześniej wsadzić za kraty prawomocnym wyrokiem. Jeśli nie uczyni się tego, można naszym winowajcom jedynie okazać łaskę na drodze abolicji, przewidującej odstąpienie od ścigania jakichś określonych przestępstw przez tę grupę popełnionych. 

    Giertych deklaruje chęć powrotu do polityki i już widzi siebie jako głównego prokuratora w sejmowej komisji do ścigania błędów i wypaczeń Dobrej Zmiany, która w jego projekcie ma być powołana natychmiast po odsunięciu PiS od władzy. Z daleka pachnie to polowaniami na czarownice i okropieństwami maccartyzmu.

   Właściwie już dziś stoimy  przed wyborem, czy do grodu chwały ma nas prowadzić ktoś skonstruowany na wzór i podobieństwo byłego rzecznika praw obywatelskich profesora Aada ma Bodnara , który ma na widoku głównie przywrócenie w Rzeczypospolitej jakiejś akceptowalnej praworządności, czy też ktoś podobny do mecenasa Giertycha, kto chciałby napić się krwi i pożywić przy wywłaszczaniu naszych winowajców z bogactw nagromadzonych bezprawnie.

     W łonie dawnej demokratycznej opozycji tkwi dziś były wicepremier w rządzie braci Kaczyńskich,  człowiek który reaktywował w III RP zdelegalizowaną za sanacji mundurową organizację Młodzieży Wszechpolskiej, nieodrodny syn Macieja i wnuk Jędrzeja Giertychów- zapiekłych falangistów,.  Zmienił poglądy? Być może. Ale nie wymienił swojej antysemickiej duszy. I teraz, bez złamania Karty Praw Człowieka, nie da się go z ław rządzącej większości usunąć.

                                                                                          Jakub Kopeć

Kategorie: Uncategorized

Leave a Reply

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.