WYWIAD
Paulina Reiter
20.07.2024

Bożena Keff (Fot. Jacek Piotrowski / @hectiq studio)Czemu bym miała zapominać o tych ludziach, których potomkinią jestem? Nie ma powodu. Rozmowa z Bożeną Keff, pisarką
Złamała pani rękę?
Przejdźmy na ty, będzie lepiej. Tak złamałam. Poślizgnęłam się na wężu do podlewania kwiatów. Mało teraz akurat piszę, więc jakoś to przeżyję.
Już, gdy szłam na ten wywiad, denerwowałam się.
Czym?
Przewidywałam, jakie będą komentarze do naszej rozmowy w internecie. Ludzie już nie wstydzą się mówić naprawdę strasznych rzeczy.
I czego się boisz? Że napiszą, że jestem radykalną Żydówą?
„Skoro jej się nie podoba w Polsce to niech…
…To niech spierdala”. No, tak. Oczywiście. Dla mnie za późno i nie mam warunków.
Od możliwości wyjazdu z Polski, w latach 80, zaczynasz swój zbiór opowiadań „Nieśmiertelny”. Bohaterka miała okazję, ale nie wyjechała. Tak jak ty?
Tak. Zracjonalizowała to sobie tak, że nie może przecież zostawić matki. Poza tym pomyślała, że jak wyjedzie, to już nie wróci, że to nie przygoda, tylko coś ostatecznego, tak odczuwa słowo „wyjechać”. Ale nie jest osobą dojrzałą, mimo że jest dorosła i nie stać jej na gest samodzielności i samostanowienia. Już wcześniej, w 1968 roku wiedziała, że powinna wyjechać z Polski, bo wyjechało wtedy bardzo wielu jej przyjaciół, ale nie zrobiła tego, bo matka nie chciała wyjechać.
I jeszcze jedno. Marzanna, bohaterka „Nieśmiertelnego”, jest jakąś wersją mnie, coś ma ujęte, coś dodane, ale ma, podobnie jak ja miałam, ambicję artystyczną związaną z językiem. Polskim, siłą rzeczy. Sama dziś nie wiem jaką siłę miała wtedy ta ambicja, ale chyba wielką.
Jak wspominasz 68?
Ja w 68 straciłam bardzo wielu przyjaciół i znajomych. Wtedy mi się zdawało, że mam do czynienia z jednorazowym, niespotykanym w Polsce trzęsieniem ziemi. Nie miałam perspektywy historycznej, nie znałam historii polskiego antysemityzmu i pogromów, nie znałam roli Polaków w Zagładzie. Gdybym miała taką perspektywę, wiedziałabym, że nie ma na co czekać i trzeba wyjechać. To był strasznie bolesny okres i w zasadzie, jeśli nie muszę, to go nie wspominam, poza okolicznościami okazjonalnymi, jak na przykład spektakl Krystyny Jandy według Sabiny Baral, „Zapiski z wygnania”, świetny zresztą. W opowiadaniu „Bruno” jest chyba najwięcej refleksji wokół tego okresu. Jest tam takie zdanie, które mnie samą zabolało, gdy je napisałam: nie dość, że właśnie wbito nam nóż w plecy i zakończono naszą młodość w marcu, to już galopują kolejne udręki.
Ta perspektywa to moja dzisiejsza perspektywa. Wtedy to myśmy na to patrzyli i myśleli, że to jest chyba zbyt dziwne, żeby się działo naprawdę, i za chwilę musi się skończyć – rzeczywistość musi wrócić na normalne tory. A to właśnie były te normalne tory, odsłonięte, odkopane.

BOŻENA KEFF Z MĘŻEM JAROSŁAWEM MIKOSEM I PSEM MISIĄ W ICH DOMU NA WARSZAWSKIM ŻOLIBORZU, LIPIEC 2024R. FOT. JACEK PIOTROWSKI / @HECTIQ STUDIO
My, czyli kto?
Studenci, moi znajomi, polscy lub dzieci Żydów, którzy przeżyli Zagładę i którzy byli lewicowi, albo byli komunistami, albo stali się komunistami, a przed wojną byli bundystami. Pamiętam asystenta na psychologii, Polak chyba – bogowie, ciągle muszę robić te podziały, ale to dla jasności – który mówił: „antysemityzm? W Polsce, po II wojnie?”. Myśmy myśleli, że jesteśmy obywatelami poważnego kraju, a okazało się, że jesteśmy Żydkami. Tuwim tak to ujął „Jestem Żydem i Polakiem, bo mi się tak podoba”. No właśnie, taki buńczuczny anarchiczny gest polskiego poety, proszę – podoba mu się. Ale innym się nie podobało, to co się jemu podobało. Choć powinno być normą, ale nigdy nie było.
W książce przywołujesz scenę, w której sąsiedzi na drzwiach piszą „Rzydy”. Pamiętam z twojej rozmowy z Katarzyną Bielas, sprzed lat, że to wzięte z życia. Tożsamość żydowską miałaś od dziecka wpojoną przez rodziców, czy była ci uświadamiana przez sąsiadów?
Wiedziałam, że jestem Żydówką od dziecka, chyba odkąd miałam siedem lat, bo wtedy pojechałam z matką do Izraela. Wydaje mi się, że ona pojechała zobaczyć, czy by tam nie mogła zostać. Wiedziałam, że jestem Żydówką i wiedziałam, że to nie jest wygodne, nie w Polsce. Matka powiedziała mi, żebym w szkole się nie przechwalała, że byłyśmy w Izraelu. To było za bardzo asekuranckie, bo szkoła do której chodziłam wtedy, była szkołą bez religii i większość dzieci tam była takich jak ja, czyli z rodzin żydowskich, albo mieszanych: polsko-żydowskich. I wszyscy dorośli nam mówili, że antysemityzm to przeżytek. Że ci ludzie, którzy nam piszą na drzwiach Żydy przez „rz”, to są jakieś mamuty, że tak słyszeli w kościele, są niewykształceni i należą do mniejszości. Podczas gdy to ja należałam do mniejszości. I w ogóle w Polsce ci ludzie, którzy przyswoili Oświecenie, należeli do mniejszości. Teraz to wiem, ale wtedy tego nie mogłam wiedzieć. Ale wiedziałam oczywiście, że bycie Żydówką nie jest „eleganckie”, że jakoś może być użyte do poniżania. Kiedy miałam 13 lat, poznałam takiego cud chłopca, z zielonymi oczami, spotykałam się z nim w parku. I on kiedyś mi zadał takie pytanie: „A ty nie jesteś Żydówką? Masz takie kręcone włosy”. Odpowiedziałam, że oczywiście, że n i e jestem. To była wiedza instynktowna, że należy się tego wyprzeć, bo tak właściwie to on pyta, czy jestem może skrzyżowaniem śmierdziela z szakalem. No, to przecież nie jestem, prawda? Już to wchłonęłam – jeszcze nie na poziomie racjonalnym, ale emocjonalnym.
Że to jest coś, co należy ukryć?
Jak nie ma potrzeby, to o tym nie mówić. Nie z Polakami.
To zaczęło mi się zmieniać po 68. Pomyślałam wtedy: o, nie! Jak tak, to ja właśnie będę Żydówką.
Byłam strasznie obrażona, urażona, bo przecież jak Tuwim mogłam być i tym, i tym. Ale jak tak, to ja dziękuję za bycie Polką. I powoli, nie tak od razu, dochodziłam do takiej postawy, która jakoś jest kontynuacją przedwojennej żydowskiej asymilowanej intelektualnej lewicy. Albo dzisiejszej nowojorskiej.
Ateizm wyniosłaś z domu?
Tak. Mama pochodziła z miejskiej rodziny ze Lwowa i ojciec też, to byli Żydzi asymilowani w tym sensie, że w domu mojej mamy mówiło się po polsku. Jej mama jeszcze znała jidysz, ale ona już nie. A brat matki, czyli mój wuj, którego nigdy nie poznałam, bo zmarł w czasie wojny w ZSRR, był znanym działaczem komunistycznym.
Nie wiem, jak ludzie z mojego pokolenia czy młodszego mogą nie rozumieć, że ich dziadkowie i babcie czy pradziadkowie w przedwojennej Polsce, jako Żydzi, czyli mniejszość będąca pod opresją, w większości ludzie biedni lub wręcz nędzarze, wybierali komunizm – jako ruch radykalnej zmiany społecznej. Mówię o przedwojennych komunistach. W dzisiejszej polityce historycznej przedwojenna Polska, biedna, antysemicka, w ogóle wroga wobec swoich mniejszości, feudalna, klerykalna – stała się krainą „wartości”. Nie mam do tamtej „żydokomuny” uprzedzeń, raczej rozumiem ich sytuację. Wujek mojej przyjaciółki, z warszawskiej Pragi, całą swoją wczesną młodość był przeważnie bezrobotny i zawsze głodny. Kiedy w czasie wojny znalazł się w ZSRR, zachwyciła go fabryka na Białorusi, gdzie była praca, stołówka, i kwatery dla robotników. Tak akurat trafił. Jednocześnie uważam komunizm taki, jaki istniał od 1918 do 1989 w ZSRR i Europie za zamknięte zjawisko historyczne. Dużo bardziej jednak złożone niż faszyzm czy nazizm i niestety bardzo determinowane tym, że określała je despotyczna i antydemokratyczna tradycji polityczna Rosji.
Więc tak, chodziłam do świeckiej szkoły TPD. Byłam wychowana bez religii, ale też bez zakazu religii. Ja chyba należę do takich ludzi, którzy nie mają potrzeby wiary. Pamiętam nawet, że kiedyś, jeszcze jako dziecko, ponieważ mieszkałam blisko Placu Zbawiciela, poszłam do kościoła, żeby zobaczyć, co to jest, ta woda święcona. Zobaczyłam stojącą stęchłą wodę. Podeszła do mnie zakonnica i dała obrazek z Matką Boską. Wzięłam go i powiesiłam sobie koło łóżka, ale po kilku dniach miałam głębokie przeświadczenie, że ta Matka Boska należy do świata fikcji, tam, gdzie należy Mała Syrenka lub Śpiąca królewna. Nie umiem tego wyjaśnić, ale czułam to głęboko.
Jak się żyje ateistce w Polsce?
Przecież zawsze żyje się w jakiejś swojej bańce, więc, choć znam wiele osób, to rzadko ktoś z nich jest religijny. W czasach, kiedy byłam dzieckiem, na podwórku było jasne, że Żydzi nie chodzą do kościoła, i część dzieci z tego powodu nie bawiła się ze mną. Ale do lat 80. chyba nie było problemu, bo religia była raczej sprawą prywatną, więc było miejsce również na ateizm. Problemy zaczęły się wtedy, kiedy katolicyzm stał się rodzajem ideologii opozycyjnej wobec PRL-u. Wtedy i po 1989 było trudno – na przykład dlatego, że zakazu aborcji nie można uzasadnić inaczej niż religijnie, a to kwestia prawa kobiety do własnego życia i ciała.
W tym zbiorze jest opowiadanie „Bruno” – już o nim wspominałaś. O Żydzie, który podczas karnawału Solidarności zaczyna ukrywać swoje pochodzenie, zmienia tożsamość. Zostaje katolikiem, przyjaźni się z księżmi.
Ale on nie ukrywa tego, że jest Żydem, on dodaje osobiste i zmitologizowane elementy do żydowskiej części swojej tożsamości, on swoje żydostwo, trudne i zakorzenione w Zagładzie, przeformułowuje. Jest dzieckiem żydowskich komunistów, które strasznie się boi ich win, bo chyba z definicji musieli mordować polskich patriotów, a w każdym razie należy do tych, którzy wiedzą, że tak myślą inni i widać jest to dla niego zbyt ważne. Nie jest też chyba jakoś związany z kościołem, raczej jego historia pasuje do schematu „syn i Bóg ojciec”, ojciec zawsze wielki i nieobecny. Ale w Polsce przecież oprócz Różańskiego, Światły, Brystygierowej musiało być mnóstwo polskich, czysto słowiańskich ubeków. Czemu znamy tylko te kilka żydowskich nazwisk? A po 1968 – czy polska bezpieka przestała działać? Ależ skąd, choć Żydów już w niej nie było. Bruno więc dryfuje w stronę religii dominującej i większości. I ok, ma prawo, rzecz w tym, że przestaje widzieć, gdzie są ofiary, a gdzie opresorzy. Przeszedł z mniejszości do większości, wydawało mu się, że na własnych prawach, ale to są prawa kultury, która ma dla niego bardzo często tylko pogardę.
To nie jest nowa postawa, dlatego w opowiadaniu umieściłam, w dość długim przypisie, postać Johanesa Pfefferkorna, Żyda niemieckiego, którzy się ochrzcił na początku XVI wieku razem z całą rodziną i został pomocnikiem dominikanów w Kolonii, był inicjatorem palenia Talmudu w tym mieście, a potem jako konserwatywny katolik toczył zajadły spór z wielkim humanistą niemieckim Reuchlinem, który i tak już miał kłopoty z inkwizycją, więc by mu pomóc, za pióra chwycili inni humaniści Europy i wzięli go w obronę. W jednym z listów pisano: może i jesteśmy sługusami Żydów, co sugerował Pfefferkorn, bo chcemy chronić ich księgi, choć raczej nie, ty jednak jesteś Żydem, po prostu, chrzest tego nie usunie, i nie wydaje się nam, żeby Żyd mógł być dobrym chrześcijaninem.
I było po sprawie. W tym sensie postawa Bruna jest jałowa, daje tylko konieczność ciągłego starania się. Bruno „ukrywa się” – oczywiście bardzo przenośnie – w sakralizowanym jego zdaniem stosie zagładowych trupów, uważa, że ta śmierć daje ochronną aurę świętości a poza tym – nie można zabić martwego Żyda drugi raz. Ale ja sądzę dziś, że można tych Żydów zabijać bez końca, jak widać symbolicznie po postawie większości mieszkańców Jedwabnego, czy po obstawianiu krzyżami miejsc żydowskiej zagłady, jak Treblinka, bo Auschwitz to już dawno. Bruno chce się zabezpieczyć na wszystkie strony – jest Żydem, ale jest też chrześcijaninem.
Z lęku?
Z lęku, który świadomie i nieświadomie budzi kultura, w której bycie innym jest wyczynem.
Praktykujesz w sposób ekstremalny ten sport bycia Innym. Jesteś brawurowa.
Ja tego nie czuję. Jak tak mówisz, to mnie to ciut dziwi, ale wierzę. Ja tylko mówię głośno o tej czy innej prawdzie, z własnego doświadczenia i tych faktów i interpretacji polskiej kultury, które oferuje polska humanistyka, tu można by wymieniać dziesiątki nazwisk. Ale może jak już przekroczysz jedną granicę, to kolejnych się nie czuje albo słabo …
A może to oznacza, że ten lęk już jest niepotrzebny. Że już jest lepiej?
Wcale nie jest lepiej. Tu już prawnie nie ma Żydów, a antysemityzm jak najbardziej. W czasie rządów PiS, można było zrobić nagonkę na społeczność LGBT+. I wyznaczyć strefy wolne od LGBTiQ +, co się w głowie nie mieści, bo to rodzaj segregacji ludzi, apartheid. A co z imigrantami na wschodniej granicy? W tych lasach jest już pogrzebane kilkadziesiąt osób, może więcej, gdzieś dalej leżą żydowskie kości, i te nowe dokładają się do tamtych. Uprzedzenia tworzą armie upiorów jak na filmach.
Te upiory nazywasz po imieniu. Mówisz, że to upiory faszyzmu.
Tak, bo te uprzedzenia najłatwiej zmobilizować według wzoru faszyzmu, bo on potrzebuje lęku, i tworzy go, czasem z niczego, z katastrofy samolotu. Dzisiejszy postfaszyzm czy aura faszyzmu jest pewnie inna niż to, co się pojawiło w latach 30. XX wieku, ale ma też elementy podobne. Najważniejszy jest inny, obcy, wobec którego można się jednoczyć w oburzeniu czy lęku.
Marzanna mówi: „Mam alergię na słowa Bóg, Kościół, ojczyzna, patriotyzm, honor i tak dalej”. Ty też masz?
Tak. W Polsce to jest zestaw, który służy do wykluczeń, a rozumienie tych pojęć jest albo niesprawdzalne, albo nie wolno ich krytycznie unowocześnić. Niedaleko kina Muranów jest taki ładny skwerek – ławeczki, zieleń.
Siedzę sobie kiedyś tam i patrzę, a on się nazywa Skwer Ofiar Stalinizmu. No, dobrze. A dalej stoi kamień, a na nim wyjaśnienie, o które ofiary chodzi. O te ofiary, które były wierne hasłu Bóg Honor Ojczyzna.
A ja uważam, że mój ojciec był śmiertelną ofiarą stalinizmu, a nie był wierny temu hasłu, bo miał inny zestaw wartości. Mój ojciec walczył w czasie wojny w tzw. Kościuszkowcach, po wojnie był oficerem.
W 1954 roku rozkazano mu, żeby był świadkiem oskarżenia przeciwko innym oficerom, przeważnie też Żydom, którzy mieli być szpiegami na rzecz USA, Zachodu czy Marsa. Zabił się.
Mówisz o sobie – jako osoba uprawiająca sport ekstremalny, prowokatorka – że jesteś dzieckiem żydokomuny.
No, jestem. Mówię, że jestem dzieckiem „żydokomuny”, używam tego pojęcia w cudzysłowie, bo to nie jest realne zjawisko, tylko antysemicki mit.
Ale można użyć tej nazwy tak, jak Czarni używają słowa Negro, Czarnuch. O ile to prowokacja. Na opak, z przewartościowaniem i docenieniem. Czemu bym miała zapominać o tych ludziach, których potomkinią jestem? Także, nie jedynie. Nie ma powodu.
Nikt z nich nie zrobił nic złego, z tego, co wiem. Co za tym pojęciem stoi? Pewien zestaw zasad w otoczce tamtego czasu, tamtej historii. Pewnych idei.
Oświeceniowych?
Tak, oczywiście, z pochodzenia oświeceniowych. Równość ludzi to przede wszystkim oświeceniowa zasada. Ale ja też nawiązuję do tej „żydokomuny”, żeby zbadać, jak łatwo z tego powodu wypaść za burtę, zostać odrzuconym.
Jest takie angielskie określenie „insider outsider” – ktoś, kto jest jednocześnie wewnątrz i na zewnątrz kultury. Ja się tak czuję. Nie mogę być do końca w środku, bo żeby być w środku musiałabym pragnąć wchłonąć te wszystkie wartości tradycyjne, narodowe i mityczne. A wtedy bym się zatruła.
Może ci jest dobrze na marginesie?
Nie, bo to nie powinien być margines. To jest pewna deformacja polskiej kultury, że ci, którzy nie są mainstreamowi, od razu są na marginesie.
Dlaczego nie może być kilku równoległych strumieni, równouprawnionych? Dlaczego u nas jak ktoś uważa, że niewidzialna ręka rynku nie jest jedynym dobrym pomysłem, to od razu dostaje łatkę jakiegoś hipisa z mleczem we włosach, mimo że jest poważnym ekonomistą? Polski mainstream jest wąski i monotonny.
Porozmawiajmy o śmierci?
Trudno. Dobrze.
Marzanna uważa śmierć za ostateczną, nie może pocieszyć się życiem wiecznym.
Jak się jest ateistą, to nie ma wyjścia. Wiem, że jakiś zapis DNA po nas zostanie, jakiś ślad, ale to mnie mało pociesza. To zresztą niesprawiedliwe, że zbierasz doświadczenia, robisz się coraz mądrzejsza, dojrzalsza, coraz więcej rozumiesz i kiedy masz naprawdę dużo, to zostaje ucięte, wyrzucone, wszystko tracimy.
Lęk przed śmiercią oznacza, że bardziej się docenia życie?
Nie wiem. Ja nie jestem tak zwanym „dzieckiem życia”. Jestem dość depresyjna. Jest taka piosenka teraz, dziewczyna śpiewa, że to jest istny cud, że istnieje, to jest fantastyczne i jest zadowolona nieziemsko, ale poza tym na co dzień ma mega doła.
To śpiewa Wiktoria Zwolińska.
O, no to ja mam, tak, jak jej bohaterka. Nie jestem dzieckiem życia, które kontempluje, jaki świat jest piękny. Nie – ja jestem ponura. Ale dla równowagi lubię się pośmiać, ludzi niektórych lubię i lubię zwierzęta.
Piszesz o tym, jak umarł twój pies – Ada. Jej śmierć nie oswaja cię z twoją własną śmiercią?
Oswaja i nie oswaja. Wiesz, ja myślę o sobie głównie jako o egzystencjalistce. Oswajamy się z koniecznością śmierci, bo upływają lata, bo pamięć już nie ta, tego ubywa, tamtego ubywa i znanych nam istot ubywa. W oswajaniu się ze śmiercią nie ma żadnej naszej zasługi. To jest czysta przemoc biologii.
O Adzie piszesz językiem miłości: moja jedyna, moja nieodżałowana, moja kochana. Nie chcesz upominać siebie: „to tylko pies” – jak zazwyczaj ludzie się pocieszają.
Nie, dla mnie to nie jest „tylko” pies, w ogóle pies nie jest „tylko.” Śmierć Ady wywołuje we mnie wyrzut sumienia, bo przy całej mojej do niej miłości, nie umiałam się z nią porozumieć. Pakowała się do mojego łóżka, a ja nie rozumiałam, dlaczego to robi, przecież miałyśmy ustalone zasady, że nie śpimy razem. Mam to sobie za złe, że nie zrozumiałam, że pies prosił mnie o ratunek. W tydzień jej nie było.
Miłość do zwierząt, bliskość z nimi, mamy ciągle nieodkrytą, wręcz zakrytą. Na jej niekorzyść pracują całe wieki, kiedy powtarzano, że Bóg stworzył człowieka na swój obraz i podobieństwo, ale cholernego kota już na swój obraz i podobieństwo nie stworzył. Kiedy powtarzano, że człowiek jest ponad przyrodą. Myślę o świecie, który miałby zupełnie inną opowieść.

BOŻENA KEFF FOT. JACEK PIOTROWSKI / @HECTIQ STUDIO
Powiedziałaś, że jesteś pisarką egzystencjalną.
Jestem z pochodzenia sartrystką. Uważam, że to w jaki sposób istniejemy, albo to, w jaki sposób ja istnieję, jest problemem. Życie jest problemem, bo jest jednak dane raz, i śmierć jest problemem. Wielu ludzi powie: taki jest bieg rzeczy. A filozofia egzystencjalna jest od tego, żeby zadawać ludzkiej egzystencji pytania i nie brać jej za oczywistość. Żeby pisać egzystencjalnie, trzeba mieć cały czas taką niejasność, niewygodę z życiem.
Ale siedzimy tu w twoim pięknym domu, na Żoliborzu, gdzie mieszkałaś prawie całe życie, z twoim partnerem Jarosławem, z którym jesteście razem ponad trzydzieści lat.
Może osoba taka jak ja – dość niespokojna wewnętrznie – potrzebuje pewnej stabilności na zewnątrz? Może gdybym była bardziej spokojna, bardziej pozbierana, inaczej wyposażona z domu, to może bym lubiła być na przykład wędrującą po świecie reporterką? Ale ja nie mam takiego wewnętrznego poczucia bezpieczeństwa. Więc mieszkam na Żoliborzu, bo go znam.
Ten dom, ten partner, pies, przyjaciele – nie dają ci poczucia bezpieczeństwa?
Dają. Ale to najbardziej wewnętrzne poczucie bezpieczeństwa musi wynikać z czegoś innego.
Przypomniało mi się teraz, jak kiedyś, bardzo dawno temu, byliśmy z Jarosławem na wsi i staliśmy w nocy, pod kopułą nocnego nieba. Nad nami miliony gwiazd. Ja się pod tym kulę i mówię: ten kosmos jest taki strasznie obcy, nieskończony, taka przestrzeń ogromna, gdzie nie można żyć. A Jarosław mówi: a mi jest w takiej chwili bardzo przyjemnie patrzeć w to niebo, bo sobie wyobrażam, że różne osoby patrzyły na bardzo podobne niebo, na przykład Sokrates.
On jest w czymś innym zakorzeniony, jest optymistą. Ja jestem zakorzeniona w czym innym i czuję, że ten niepokój wzięłam od rodziców, z Zagłady, z poczucia, że świat nie jest taki jaki powinien być, ani nawet nie idzie w tę stronę.
Chciałabym jeszcze wrócić do Marzanny. W połowie życia zadaje sobie sprawę, że żyje życiem, którego nie chce. A głównie nie chce żyć ze swoim mężem, o którym myśli jako o Sinobrodym. Jak wpakowała się w życie, które jej się nie podoba?
Baśń o Sinobrodym wspaniale interpretowała Angela Carter, nieżyjąca już angielska pisarka. Pytała – po co ta żona Sinobrodego pakowała się do jego zamku, po co wychodziła za mąż? Nikt jej przecież nie kazał.
Ale Sinobrody reprezentuje stabilność, prestiż, władzę. I poczucie bezpieczeństwa – znów to poczucie bezpieczeństwa wraca. Marzanna też wyszła za mąż z potrzeby poczucia stabilności w życiu, pewnego rodzaju zakorzenienia. Żeby to dostać, wyprawiła się w absolutnie sobie obce rejony. Ale naprawdę nikt jej nie zmuszał i odpowiedzialność jest po jej stronie.
To również twoja historia?
Oczywiście, to jest moja historia.
Zdarzyło ci się utknąć w życiu, którego nie chciałaś?
Tak, zdarzyło mi się to i dlatego tak świetnie nad tym lamentuję.
W twoich opowiadaniach widać, że przyjaźń jest dla ciebie ważna. Przyjaźń kobiet głównie?
Tak, mnie jest łatwiej o więź z kobietami. Kobiety, wydaje mi się, mają pewne spektrum doświadczeń podobnych, więc łatwiej im się dogadać. Mężczyźni w Polsce są mało komunikatywni, nawet właściciele psów, z którymi zazwyczaj łatwo się gada.
Zresztą ja zawsze byłam otoczona kobietami. Na studiach na polonistyce to może było z pięciu chłopaków, na filozofii było pól na pół. Mnie jest trudniej przyjaźnić się z mężczyznami – poza Jarosławem, który jest moim przyjacielem i z którym umiemy poruszać bardzo głębokie sprawy.
To zabawne jak się poznaliście!
A skąd wiesz?
Opowiadałaś już Katarzynie Bielas kiedyś, więc może możesz opowiedzieć jeszcze raz? Ile lat temu to było? Ze trzydzieści?
Chyba 1988 rok. Jarosław miał taki etap w życiu, że nie mógł skończyć filozofii, bo miał jakiś epizod depresyjny. A moja przyjaciółka – która w książce występuje pod imieniem Waleria – jest osobą, która lubi ludziom pomagać, zaproponowała mu, że go zatrudni jako gosposia i opiekuna do swoich dzieci. Jednocześnie miał pisać pracę magisterską. A ja właśnie zostałam kobietą samotną – rozwiodłam się.
Czyli Marzanna jednak sięgnęła po inne życie?
Tak. I kiedyś rozmawiam z tą przyjaciółką, a ona mówi, że ma gosposię. Pytam co to za gosposia. A, taki chłopak, przed trzydziestką, filozof. Zainteresowałam się i zadałam takie pytanie niepoprawne politycznie: a co tej twoi gosposi brakuje? No, bo wydawało mi się dziwne, żeby młody chłopak chciał być gosposią. A ona mówi, że nic mu nie brakuje, tylko chyba jest w depresji. To ja pytam: kocha się w tobie? No, może trochę kocha, ale bardziej jak w matce – mówi ona.
To pokaż tego gosposia – mówię ja. I jak go zobaczyłam, to pomyślałam sobie, że fajny chłopak, może nie na coś poważnego, ale tak bez zobowiązań, czemu nie? Więc zapytałam przyjaciółki, czy się nie obrazi, że ja jej tego gosposia trochę pouwodzę. I tak poznałam Jarosława. A on szybko podźwignął się z depresji. Miłość okazała się skutecznym lekarstwem.
I udało ci się już potem żyć tak, jak chciałaś? Bardziej po swojemu?
Partnera mam dobrego. Mieszkanie w wymarzonym miejscu i to z ogródkiem. Czy to mnie czyni człowiekiem szczęśliwym? Momentami tak. Czy jestem momentami ponura? Jak cholera.
Jarosław: I co jakiś czas mówi: czemu ja nie wyjechałam!
A jednak…
Tak, bo Polska nie jest przyjaznym krajem. Jest trudna dla ludzi, którzy mają wrażliwość. A zwłaszcza dla kobiet.
A nie jest tak, że jak egzystencjaliści gdzieś wyjadą to i tak narzekają na rzeczywistość i jest im trudno żyć i się męczą?
Oczywiście. Od siebie wyjechać, to jak wiadomo, można już tylko przez ostateczne rozstanie.
Redagowała Monika Tutak-Goll
BOŻENA KEFF – poetka, pisarka, dramatopisarka, badaczka literatury. Autorka m.in „Postaci z cieniem” (2002) i „Utworu o matce i ojczyźnie” (2009)
BOŻENA KEFF„Nieśmiertelny”, wyd. Filtry
’
NIEŚMIERTELNY’, BOŻENA KEFF, FILTRY, WARSZAWA FOT. MATERIAŁY WYDAWNICTWA
***
Bożena Keff: Wiedziałam, że jestem Żydówką i wiedziałam, że to nie jest wygodne, nie w Polsce
Kategorie: Uncategorized

