Przyslal Stanislaw Shpetner
Irena Conti di Mauro – Dane osobowe
Data urodzenia: 1923
Miejsce urodzenia: Kotowy k. Rypina
Data śmierci: 26 października 2009
Miejsce śmierci: Konstancin-Jeziorna
Zawód: poetka, pisarka i dziennikarka, bojowniczka powstania w getcie i powstaniu warszawskim
Życia Ireny
Gelblum Irena (Conti, Conti di Mauro, Waniewicz) – (1923, Kotowy k. Rypina – 26.10.2009, Konstancin-Jeziorna) – dziennikarka, poetka, tłumaczka literatury, łączniczka Żydowskiej Organizacji Bojowej, uczestniczka Powstania Warszawskiego.
Na pogrzeb Ireny Conti di Mauro w 2009 r. przyszli ci, którzy znali ją jako włoską poetkę i zaangażowaną działaczkę społeczną, inni, którzy pamiętali Irenę Waniewicz, dziennikarkę, żonę Ignacego Waniewicza, jak i tacy, którzy żegnali Irenę Gelblum, bohaterkę z czasów wojny, bojowniczkę żydowskiego ruchu oporu, łączniczkę ŻOB, uczestniczkę Powstania Warszawskiego. Te grupy żałobników nie znały się wzajemnie, nic nie wiedziały o sobie, ani o innych życiach Ireny. Usłyszeli o nich po raz pierwszy w czasie mowy pogrzebowej, którą wygłosiła dziennikarka Joanna Szczęsna. Wprawdzie nie znała ona Ireny osobiście, ale od kiedy usłyszała o niej od Marka Edelmana, zbadała jej skomplikowany życiorys.
Dla Janki Kaempfer-Louis, córki Ireny i Ignacego Waniewiczów, moment, gdy w czasie ceremonii osoby z różnych światów podchodziły z kondolencjami, stał się początkiem zagłębiania się w życiorys matki. I chociaż w biografiach ocalałych z Zagłady zazwyczaj pozostaje wiele luk, niedopowiedzeń, pozmienianych imion i nazwisk, utraconych dokumentów, przemilczanych historii i nieprzekazanego potomnym dziedzictwa, Irena Gelblum wykonała dodatkową pracę, aby odciąć się od przeszłości, wymazać ją, amputować, ale również by zbudować nowe tożsamości, myląc tropy do tego stopnia, że jej życiorys (mimo wysiłków Joanny Szczęsnej czy Remigiusza Grzeli) już nigdy nie będzie w pełni możliwy do odtworzenia.
Co wiemy o rodzinie?
Wszystko wskazuje na to, że urodziła się w 1923 r. w rodzinie Krongoldów, właścicieli majątku ziemskiego Kotowy w okolicach Rypina na ziemi dobrzyńskiej. Sama Irena podawała różne miejsca i daty (1924, 1931, a nawet 1939 rok) swoich urodzin, podobnie zresztą jak różne nazwiska rodziców. Majątek kupił jej dziadek Wolf Krongold, rodem z warszawskich Nalewek, zaradny spekulant, który dorobił się na inwestycjach i obrocie nieruchomościami w Warszawie. Jego żona z domu Zylbersztejn miała na imię Brajndla-Bronia i niewiele o niej wiadomo. Mieli siedmioro dzieci: trzech synów (Adolfa-Abrahama, Józefa, Ignacego-Izaaka) oraz cztery córki, wśród nich matkę Ireny – Janinę-Jentę, a także Bajlę, Mindlę-Annę i Leontynę-Łaję. Ta ostatnia jako jedyna przeżyła Zagładę.
Dziadek Krongold pod koniec XIX w. wybudował jedną z pierwszych kamienic czynszowych na Woli, przy ulicy Złotej 83, róg Żelaznej. Kamienica ta, która przetrwała wojnę (choć mocno zniszczona), nie powróciła do właścicieli ani ich potomków, za to zasłynęła potem jako bardzo niebezpieczne miejsce zamieszkiwane przez złodziei, prostytutki i byłych więźniów; nazywano ją Pekinem. W 2003 r. jej mieszkańców wysiedlono. Przez kolejne lata niszczała, wreszcie w 2015 r. została sprzedana, przeszła pożar, została częściowo rozebrana, ale ostatecznie zabezpieczono zabytkową klatkę schodową i wyremontowano fasadę, dając jej jeszcze jedną szansę na nowe życie.
Ojciec Ireny, Stanisław-Salomon Gelblum pochodził z Warszawy. Jego ojciec – dziadek Ireny zmarł, gdy Salomon był dzieckiem. Matka Ruchla Gelblum była właścicielką kamienicy przy ul. Żelaznej 47. Salomon miał kilku braci. Ruchla, babka Ireny zmarła na początku okupacji niemieckiej.
Rodzice Ireny, Janina i Salomon byli rówieśnikami (oboje urodzeni w 1889 r.). Po ślubie, zawartym prawdopodobnie przed 1915 r., zamieszkali w majątku Krongoldów. Ich syn Władysław, brat Ireny urodził się w 1921 roku. Rodzeństwo spędzało dzieciństwo częściowo w Kotowach, a częściowo w Warszawie, w mieszkaniu przy ul. Żelaznej 47.
Irena – bojowniczka
Gdy nadeszła okupacja niemiecka po wybuchu II wojny światowej, Irena liczyła niecałe szesnaście lat. Rodzina Gelblumów została wysiedlona do getta. Irena miała tzw. „dobry wygląd”, ale jej rodzice nie. Znalazła zatrudnienie w gettowym urzędzie pocztowym. Tam poznała swoją późniejszą przyjaciółkę Lubę Zylberg, córkę bogatego właściciela wytwórni papierosów. Najprawdopodobniej uczęszczała też na tajne zajęcia z medycyny, organizowane przez histologa Juliusza Zweibauma. Nauka odbywała się wieczorami, więc mogła pogodzić ją z pracą na poczcie. Oficjalna nazwa zajęć brzmiała „Kurs przysposobienia sanitarnego do walki z epidemiami”. W rzeczywistości były to studia lekarskie. W sumie uczęszczało na nie około pięciuset studentów; przeżyło pięćdziesięcioro z nich i kilku wykładowców.
Irena i Luba zaangażowały się w ruch oporu. Żydowska Organizacja Bojowa zawiązała się pod koniec lipca 1942 roku. Irena Gelblum wyszła z getta po tzw. akcji styczniowej – małym powstaniu, które trwało cztery dni, do 21 stycznia 1943 roku. Za murem była już wtedy Luba, wtedy żona działacza ŻOB-u Jurka Grasberga, która dostała polecenie zorganizowania mieszkania na punkt kontaktowy dla żydowskiego podziemia. Irena z Lubą, obie na fałszywych, „aryjskich” papierach, wynajęły lokal na poddaszu kamienicy przy Pańskiej 5. Mieszkanie stało się kryjówką dla ludzi i skrytką na broń. Po wybuchu i upadku powstania w getcie warszawskim znaleźli w nim schronienie ocalali ŻOB-owcy, m.in. Jurek, mąż Luby, potem Marek Edelman, Antek Cukierman, Cywia Lubetkin, a także Kazik Ratajzer, dziewiętnastolatek, który uratował kilkudziesięciu powstańców, organizując ucieczkę kanałami z płonącego już getta. Irka i Kazik wkrótce zostali parą.
Za murami getta Irena zostawiła rodzinę. Jej brat, Władek był niebieskookim blondynem. Mógł się uratować, ale nie chciał zostawić rodziców. Irena nigdy więcej już ich nie zobaczyła. Matkę wspominała jako ucieleśnienie szyku i urody, idealizowała ją, później nadał jej imię swej córce. Brat z narzeczoną i rodzice Ireny trafili do transportu do niemieckiego nazistowskiego ośrodka zagłady w Sobiborze późną wiosną 1943 roku. Irena próbowała zorganizować dla nich ratunek, ale grupa ratownicza przybyła zbyt późno. Cała rodzina została rozstrzelana nad masowym grobem.
Irka i Luba działały jako łączniczki. Ich zadaniem było dostarczanie żywności, pieniędzy, lekarstw oraz wiadomości Żydom ukrywającym się w różnych częściach miasta. Marek Edelman z podziwem nazywał ją „Irką Wariatką” ze względu na niezwykłą brawurę.
„Nie wiedziała, co to strach. Miała czarny, błyszczący płaszcz, do tego kapelusz z wielkim rondem i tak wystrojona wkraczała do przedziału dla Niemców, by już po chwili zasnąć z głową na ramieniu jakiegoś oficera Wehrmachtu” – opowiadał Joannie Szczęsnej[1.1].
Niezwykłe akcje, w których brała udział były wspominane przez jej przyjaciół z czasów ruchu oporu. Sama opisała niektóre z nich w wywiadzie, którego nieświadomie udzieliła dziennikarzom Polskiego Radia w 1963 r. – została poproszona o pomoc w przygotowaniu audycji o żydowskim ruchu oporu, nie wiedziała, że jest nagrywana, a gdy się zorientowała, nie udzieliła zgody na publikację. Nagranie trafiło do archiwum, gdzie odnalazła je Joanna Szczęsna.
Miała tupet – z fałszywą kenkartą i metryką zatrudniła się w niemieckim urzędzie, dzięki czemu zdobyła prawdziwy ausweis. Nie bała się nikogo ani niczego. Podejmowała się najbardziej szalonych akcji. Jej pewność siebie zbijała z tropu szmalcowników. Odegrała niemałą rolę w zapewnieniu bezpieczeństwa mieszkańcom Pańskiej. Zaczepiona na ulicy nie wahała się wezwać na pomoc policjanta. Gdy banda szmalcowników ograbiła ich mieszkanie, poskarżyła się dozorcy, że pod pretekstem rekwizycji mienia żydowskiego pozbawiono ją całego dobytku. Była bardzo przekonująca.
„Wobec całego tego towarzystwa [sąsiadów] Irka odstawiała pewną siebie facetkę, w bliskich stosunkach z co ważniejszymi Niemcami. Ubierała się elegancko, nawet wyzywająco, i ku rozpaczy współtowarzyszy dla większego fasonu wracała po godzinie policyjnej” – napisała o niej zaangażowana w pomoc Żydom Helena Balicka-Kozłowska w książce Mur miał dwie strony[1.2].
Marek Edelman wspominał też sytuację, kiedy Irena została oszukana i okradziona z pieniędzy ŻOBu – dolarów, które wymieniała na tzw. czarnej giełdzie na Królewskiej. Dopadła oszusta i przywlekła do szefa giełdy, który nakazał mu oddać skradzione pieniądze.
O jej wyczynach krążyły legendy. Mówiono, że potrafi wyjść obronną ręką z każdej, nawet niemożliwej sytuacji. Zlecano jej najtrudniejsze misje. Po wybuchu powstania w getcie została wysłana z misją organizowania ratunku dla uwięzionych w innych ośrodkach i obozach. M.in. miała dostarczyć pomoc dla osób z będzińskiej grupy oporu. By się tam dostać, trzeba było przekroczyć tzw. zieloną granicę (do Rzeszy – w Częstochowie). Wcześniej trzy inne łączniczki nie powróciły z podobnej misji. Jedną z nich, Renię Kukiełkę, Irena razem z siostrą uwięzionej, Sarą Kukiełką, odnalazła w obozie pod miastem. Przekupiły strażników i weszły na teren obozu. Sarze oddała swój czarny płaszcz, mówiąc – „dwie weszły i dwie wyjdą”. Strażnicy się nie zorientowali. Jak wydostała się stamtąd Irena? O tym nie mówiła, ale udało się.
W 1944 r. wzięła udział w powstaniu warszawskim. Grupa, w której była z „Kazikiem” Ratajzerem, została otoczona po tygodniu walk na Starym Mieście. Wydostali się poruszając z piwnicy do piwnicy i kanałami. Zostali wysłani na Leszno 18 do Marysi Sawickiej, gdzie znajdowała się od wiosny 1944 r. kwatera ŻOB-u. Gdy mieszkanie zaatakowano, kamienica stanęła w płomieniach. Znów udało im się wydostać, ukryli się w jednej z piwnic. Przeżyli tam sześć tygodni. Aby dostać się do wody próbowali wykopać studnię – Irka pilnikiem do paznokci. Za swoje zasługi została po wojnie odznaczona Krzyżem Walecznych.
Irena – mścicielka
Rok 1945 przyniósł koniec II wojny światowej, lecz dla wielu ocalałych tułaczka się nie zakończyła. Z najbliższej rodziny Irena Gelblum została zupełnie sama. Nie miała do czego wracać. Od powstania warszawskiego trzymała się z Kazikiem Ratajzerem. Na rozkaz Cukiermana przedostali się razem do Lublina. Tam spotkali Abę Kownera i Róźkę Korczak, bojowników ocalałych z getta wileńskiego. Kowner, Kempner i Korczak ruszyli przez Słowację i Węgry do Rumunii, skąd mieli odpłynąć statkiem do Palestyny. Kazik też nie chciał zostać w Polsce. Jego matka i siostra ocalały, przebywały już w Palestynie.

Irena z Kazikiem pojechali zatem do Bukaresztu z pieniędzmi dla Brichy (hebr. Ucieczka), organizacji, której celem była nielegalna emigracja Żydów. Oczekując na certyfikaty uprawniające do wjazdu do Palestyny, dowiedzieli się o grupie „Mścicieli” tworzonej przez Abę Kownera. Jej celem był odwet na Niemcach za zamordowanie milionów Żydów. Plan A zakładał zatrucie wodociągów w pięciu miastach: Berlinie, Hamburgu, Monachium, Weimarze i Norymberdze. Nie został zrealizowany. Truciznę przewoził Kowner na fałszywych dokumentach. Gdy został aresztowany przez Anglików, wysypał ją do morza. Trafił do więzienia w Egipcie. Plan B zakładał zatrucie żywności dostarczanej do przebywających w obozach zbrodniarzy wojennych.
Irena z Kazikiem pojechali do Dachau, funkcjonującego jako obóz jeniecki dla nazistów. Udawali rodzeństwo szukające krewnych. Tuż przed realizacją planu zatrucia pieczywa dostarczanego do obozu, akcja została odwołana – podobno dowiedzieli się o niej Anglicy. Ale innym Mścicielom udało się zatruć pieczywo w obozie w Norymberdze. Nie jest jasne, czy i ilu jeńców zginęło w tej akcji. Józef Harmatz, jeden z wykonawców po pięćdziesięciu latach milczenia mówił o 300-400 nazistach.
Gdy Abę Kownera zwolnili z więzienia, pojechał do Palestyny i wezwał Mścicieli do włączenia się w tworzenie państwa żydowskiego. Irena i Kazik przedostali się tam nielegalnie, na jednym ze statków przewożących imigrantów. Tak, jak innych, został on zatrzymany przez Anglików w Hajfie. Pasażerów przewieziono do obozu dla internowanych. Mściciele przedostali się jednak do kibucu En-haChoresz, gdzie czekał na nich Kowner. Jednak ani Kazik, ani Irena nie pozostała tam długo. Para rozstała się, Kazik pojechał do Tel Awiwu, a Irena znalazła pracę jako kelnerka w Hajfie. Miała dwadzieścia jeden lat.
Z listów, które zachowały się z tamtych czasów, a raczej zostały odnalezione po latach, wynikało, że miała kilka miłości, z których najpoważniejszą, ale też najbardziej tajemniczą był brytyjski lotnik Allan. Już wtedy podjęła decyzję o powrocie do kraju. Nie czuła się dobrze w Palestynie. Z Allanem miała spotkać się we Włoszech, mieli razem jechać do Polski. Nie doczekała się. Okazało się, że Allan zginął. W połowie kwietnia 1948 r. porwali go w Palestynie żydowscy terroryści.
Do Polski w 1948 r. wróciła już z nowym nazwiskiem: Irena Conti. Nikt nie wiedział, skąd się ono wzięło. Możliwe, że przyjęła je na cześć lubianego przed wojną aktora Witolda Conti (w jego przypadku był to pseudonim)[1.3].
Irena – dziennikarka
Irena przyjęła nowe nazwisko, ale jeszcze całkowicie nie zerwała z przeszłością. Spotykała się z dalszą, ocalałą rodziną, z przyjaciółmi z czasów okupacji. Jednak zacierała ślady w dokumentach – inne nazwisko, imiona rodziców, data urodzenia.
Od razu po powrocie do Polski w 1948 r. dostała pracę w LOT jako stewardessa. Marek Edelman twierdził, że udało się to załatwić dzięki znajomościom Hersza Grzegorza Smolara, przedwojennego działacza komunistycznego, pisarza i dziennikarza, którego obydwoje znali. Jesienią tego samego roku zaczęła studia na Akademii Medycznej w Warszawie na Wydziale Lekarskim. Poszła od razu na II rok. Profesor Zweibaum, u którego studiowała w getcie, wykładał teraz na Akademii i zapewne poświadczył zaliczenie przez nią I roku. Doszła do V roku, ale w 1952 r. została skreślona z listy studentów – nie złożyła pracy dyplomowej. Lekarką ostatecznie nie została.
W połowie studiów poznała Ignacego Weinberga. Pochodził z rodziny religijnych Żydów z Krakowa, okupację przeżył na Wschodzie. Do Warszawy przyjechał, aby pracować w Ministerstwie Bezpieczeństwa Publicznego, lecz nie został zatrudniony. Był dziennikarzem, wierzył w komunizm, pisał zaangażowane teksty do najpoczytniejszych gazet. W 1949 r. przyjęto go do redakcji „Po prostu”. Irena zaszła w ciążę. Pobrali się w 1950 r., gdy była w siódmym miesiącu. Wcześniej Ignacy za namową Ireny zmienił nazwisko na takie, jakie dla niego wybrała – Waniewicz. Ich córka Janka urodziła się w lutym 1951 roku.
Gdy półtora roku później Irena zdecydowała się rzucić niemal ukończone studia medyczne, mąż ostro się temu sprzeciwił. Była jednak uparta. Zapisała się na kurs dziennikarstwa, a w 1953 r. zaczęła pracę w redakcji „Nowej Wsi”, miesięcznika adresowanego do młodzieży wiejskiej. Naczelna magazynu Irena Rybczyńska-Holland była dobrą znajomą Ignacego. Stała się dla młodej dziennikarki ważną osobą w życiu. Dwa lata młodsza, była dla niej jak siostra, a dla córki Ireny – Janki, jak druga matka. Sama Irena Waniewicz nie była opiekuńczą rodzicielką. Była duszą towarzystwa, rozkochiwała w sobie mężczyzn. Coraz bardziej oddalała się od męża. Ignacy w 1957 r. rozstał się z dziennikarstwem i rozpoczął pracę w telewizji, gdzie stworzył pierwszy edukacyjny program telewizyjny o nazwie „Eureka”. Z warszawskiego Mokotowa rodzina przeniosła się na Żoliborz. Na zimowe wczasy jeździła do domu ZAIKSu w Zakopanem.
W 1964 r. Ignacy dostał pracę w UNESCO w Paryżu. Pojechali wszyscy, chociaż Irena spotykała się już wtedy z Antonio di Mauro, redaktorem organu komunistycznej partii „l’Unita”, którego nawet odwiedzała z córką w Rzymie. Ignacy miał w Warszawie kochankę. W 1965 r. władze nakazały Waniewiczom powrót do kraju.
To tu zastał ich rok 1968. W marcu Irena i Ignacy zdecydowali się na rozwód, a Irena wyszła za mąż za Antonia. Córce powiedzieli o wszystkim dopiero po kilku miesiącach. Dzięki małżeństwu Irena nie musiała emigrować do Włoch na żydowskich papierach, dostały z córką paszporty konsularne. Ignacy wyjechał już wcześniej do Kanady. W Toronto mieszkali jego dwaj bracia i siostra z rodzinami. Tam ułożył sobie życie.
Irena – poetka
Irena Conti di Mauro rozwiodła się z Antonio po dwóch latach. W Warszawie miała już wtedy kolejnego ukochanego. Podróżowała między Włochami a Polską, zarabiała na tłumaczeniach dla parlamentu włoskiego. Zaczęła tłumaczyć na włoski współczesną polską poezję. Wydała dwie antologie poetyckie (m.in. Stanisław Grochowiak, Tadeusz Różewicz, ks. Jan Twardowski, Wisława Szymborska). Przełożyła także prozę Iwaszkiewicza. Pisała wiersze. Pomagała je szlifować jej włosko-żydowska przyjaciółka, a do wydawania przyczyniali się zaprzyjaźniony pisarz Romol Liberale i jego żona Mirka. Jak każda artystka, potrzebowała publiczności. Znalazła ją w Polsce, którą odwiedzała coraz częściej, aby w końcu powrócić na stałe do Warszawy.
W 1977 r. złożyła podanie o przyjęcie do Związku Literatów Polskich. W życiorysie napisała: „Urodziłam się 25.10.1933 roku w rodzinie inteligenckiej. Ojciec był z pochodzenia Włochem, matka Polką. Wychowałam się w atmosferze dwóch kultur i języków. Po wyzwoleniu znalazłam się we Włoszech. Do Polski wróciłam w 1948 roku. Z przyczyn rodzinnych znalazłam się ponownie we Włoszech, gdzie studiowałam literaturę na uczelniach w Perugii i Rzymie. Ukończyłam tam Instytut Dantego i uniwersytet dla cudzoziemców w Perugii”. Przyjęto ją z uzasadnieniem, że świetnie propaguje polską literaturę[1.1.1].
W czasach „Solidarności” bardzo jej kibicowała. Zrobiła wywiad z Lechem Wałęsą i reportaże o Solidarności dla poczytnego włoskiego wydawnictwa. Później wydawała też wiersze po polsku. Wybudowała willę w Konstancinie pod Warszawą. Bywały tam osoby ze świata literackiego, artystycznego i dziennikarskiego. Jako włoska poetka polskiego pochodzenia angażowała się w działalność społeczną. Za działania na rzecz dzieci została uhonorowana Orderem Uśmiechu, weszła też do kapituły Orderu.
Działaczka i prezeska jednego ze wspieranych przez poetkę stowarzyszeń, Iwona Maciejewska napisała po jej śmierci:
„Była bardzo miła, sympatyczna, skryta i skromna, nie lubiła mówić o sobie, o swoim życiu prywatnym. Była też, trzeba przyznać, nieprzeciętnie inteligentna. Prawdziwa dama. Poznała nasze dzieci, zaprzyjaźniła się z nimi i starała się pomagać”.
Cały dochód ze sprzedaży Trylogii polsko-sycylijskiej (2002–2004) przekazała na zakup okien do budowanego w Świdnicy Europejskiego Centrum Przyjaźni Dziecięcej. W 2007 r. na ten cel przeznaczyła też cały dochód ze sprzedaży książki I co teraz z tą miłością?…, wydanej na 40-lecie Orderu Uśmiechu
Patrycja Dołowy
Kategorie: Uncategorized


