A one czuły się jak zwierzęta w zoo
Waldemar Kumór

Wystawa '1945. Nie koniec, nie początek’ w Muzeum Polin (Fot. Kuba Atys / Agencja Wyborcza.pl)
Po wojnie wielu Żydów chciało wyjechać do Stanów. Ale ani tam, ani nigdzie indziej nikt ich nie chciał. Cenniejsi byli rośli chłopi z Łotwy, nawet jeśli współpracowali z Niemcami – mówi Anna Bikont, autorka książki „Nie koniec, nie początek. Powojenne wybory polskich Żydów” i współautorka „1945. Nie koniec, nie początek” w Muzeum Polin.
Waldemar Kumór: Chciałabyś się zaprzyjaźnić z którymś z bohaterów swojej książki?
Anna Bikont (autorka książki „Nie koniec, nie początek. Powojenne wybory polskich Żydów”): Na pewno z Awromem Suckewerem. Poetą niezwykłym, który pisał do końca życia w jidysz, czasami tylko po hebrajsku. Przed wojną napisał zachwycający wiersz opiewający krajobraz Syberii, który później zilustrował jego przyjaciel Marc Chagall. W czasie wojny i po niej pisał już prawie tylko o Zagładzie. Uważał, że musi upamiętnić ofiary i przemawiać w ich języku. Wilno to było jego miasto, jego ukochany świat. Przeżył. Wyjechał – przez Polskę i Francję do Izraela.
„Byłem na Ponarach. Nikogo żywego nie znalazłem, tylko popiół. Ludzki popiół jest lepki i szary. Nasypałem go do woreczka i noszę przy sobie – może to moje dziecko, może moja mama…”.
– To napisał w liście do pisarza Ilii Erenburga. Pojechał do Wilna z Moskwy, od razu gdy dowiedział się, że 13 lipca 1944 roku jego miasto wyzwoliła armia radziecka.
Poszedł do celi, w której gestapo zakatowało Icchaka Wittenberga, dowódcę partyzantów w getcie. Zapisał: „Wszystko jeszcze tu tchnie męką i krzykami torturowanych moich przyjaciół i towarzyszy. Przy świetle zachodzącego słońca, jeszcze bardziej uwydatniającego czerwień ścian, odczytuję: »Zemścijcie się – Ichcak Wittenberg«”. Mściciel?
– Wittenberg nie mógł się zemścić, zginął, ale Abe Kovner, też poeta i też z Wilna, postanowił jego i wszystkich pomordowanych pomścić, zabijając 6 milionów Niemców. O tym też piszę w książce. Wracając do Suckewera: był „najbardziej promienny z nas wszystkich” – wspominał jeden z jego młodzieńczych przyjaciół. Wrażliwy lewicowiec. Artysta. Widział Zagładę, przeżył ją, ale ze wszystkiego, co o nim przeczytałam, wynika, że zapamiętano go jako pogodnego człowieka, z darem zachwytu nad krajobrazem, przyjaciółmi, życiem. Uwielbiał Mickiewicza, Słowackiego, Norwida, Leśmiana. Czesław Miłosz, przecież też z Wilna, chociaż żyli w dwóch różnych światach, czytał w jego wierszach swoje miasto, jego architekturę, „szum naszych dwóch rzek”.
Jak zdołał przeżyć?
– W partyzantce. Ale najpierw, 24 czerwca 1941 roku Niemcy zajmują miasto i tzw. łapacze, Litwini, od razu organizują polowania na Żydów. Przez siedem tygodni ukrywał się na strychu rodzinnego mieszkania. Pisał tam wiersze – że przyszedł mu do głowy pomysł, by z rozpaczy popełnić samobójstwo przy pomocy kawałka szkła. Ale w szkle odbiło się światło księżyca i to przywróciło mu chęć do życia. Odkrył go sąsiad czyhający na mieszkanie, musiał uciekać.
Miał też zawrzeć swoisty pakt z aniołem poezji: „Będę twoim Aniołem Stróżem, dopóki będziesz mi dostarczał piękne wiersze, a jak ci się nie uda, nie mnie masz winić”.

Poeta Awrom Suckewer przed ruinami swojej szkoły w Wilnie. Do rodzinnego miasta przyjechał jeszcze w 1944 roku, gdy tylko dowiedział się, że zostało zajęte przez SowietówFot. ze zbiorów United States Holocaust Memorial Museum, dzięki uprzejmości rodziny Suckewer
Jak to rozumiesz?
– Że dopóki będzie umiał przetworzyć swoje doświadczenie na poezję, będzie żył.
Parę razy udało mu się uciec z łapanek. W czasie jednej schował się w trumnie. I oczywiście napisał o tym wiersz: „Leżę w trumnie,/ Jak w ubraniu z drewna./ A może/ Jak w kołysce/ Czy jak w łódce/ Miotanej przez morze”. „Łapacze” litewscy nie przestawali. Kogo złapali, lądował najpierw w więzieniu, bity, torturowany, potem Żydzi z Wilna trafiali do Ponar. Zabito tam ich 70 tysięcy.
I zdarzył się znów cud. Suckewer, uciekając, zapukał do przypadkowych drzwi. Janowa Bartoszewicz obiecała, że przechowa go do końca wojny. Mało tego, obiecała, że pomoże też jego matce i ciężarnej żonie, które zostały w getcie; przekradała się tam i dokarmiała. Ale Suckewer zdecydował się tam wrócić, by nie zostawiać samej matki i żony, która miała na dniach rodzić. Urodził się syn, Niemcy zabili go od razu. Jego matka wprawdzie doczekała narodzin wnuka, ale zabili ją w Ponarach. Dowiedział się, że nie żyje – rozpoznał po czerwonych butach na wozie z rzeczami po zamordowanych, o tym też jest wiersz. Z żoną dzięki przedwojennym kontaktom z ludźmi kultury udało się uciec z miasta i przedostać do partyzantów, a potem do Moskwy.
Jego wojenne losy są niesłychane. Piszesz o nim tak: „Drobne ciało, karabin przewieszony przez ramię, okulary w drucianych oprawkach. Jakby został naszkicowany cienką kreską wyobrażeń, jak ma wyglądać partyzant, poeta i Żyd”.
– Tak wygląda na fotografii, nie widać, że oczy ma jasnoniebieskie. A wiesz, że w getcie ludzie przychodzili na jego czytanie wierszy, które potem przepisywano i recytowano. Dawały nadzieje. Jest relacja Rywki Basman, jak skończył czytać i getto nie wyglądało jak wcześniej – „nasze życie nie wydawało się takie tymczasowe, ja sama byłam odmieniona”.
Był ważnym świadkiem na procesie nazistów w Norymberdze. W samolocie wiozącym świadków na proces siedział obok słynnego niemieckiego feldmarszałka Friedricha Paulusa, dowódcy spod Stalingradu.
– Nie wiedział, koło kogo siedzi. Miły pan tłumaczył mu, że Lorelei to jest pieśń ludowa, którą sobie przywłaszczył Heine, Suckewer w Norymberdze chciał koniecznie zeznawać po żydowsku, ale zmuszono go, by mówił po rosyjsku. Opisywał, że przed zeznaniem nie mógł spać przez parę dni. Zamartwiał się, że po rosyjsku nie będzie umiał „przekazać drżenia swojej duszy”.
W maju 1946 wyjechał z żoną i urodzoną już w Moskwie córeczką do Polski, do Łodzi. Nie zostali tu długo. Wyjechali, bo dwa miesiące potem doszło do pogromu kieleckiego. Mieszkali chwilę w Paryżu, pojechali do Bazylei, gdzie byli zaproszeni na kongres syjonistyczny. Tam poznali Goldę Meir, która im załatwiła wyjazd do Erec Izrael jesienią 1947. Na statku „Patria” też pisał wiersze, o współpasażerach, m.in. o starszej kobiecie ściskającej lalkę. Bez przerwy płakała, bo uratowała lalkę wnuczki, ale dziewczynki nie.
„Wybitny poeta Abraham Suckewer powrócił do Polski” – pisał w tymże maju 1946 roku „Biuletyn Centralnego Komitetu Żydów w Polsce”.
– Gdy umierał, w 2010 roku, w wieku 97 lat, Ryszard Krynicki napisał w wierszu: „Umarł Suckewer/ W żadnej polskiej gazecie/ Ni słowa żalu”.
I po to też jest książka i wystawa, którą przygotowałam razem ze świetnym badaczem młodego pokolenia Kamilem Kijkiem. Może ktoś wyrazi słowa żalu, że po wojnie nie został tu ani Suckewer, ani tysiące polskich Żydów, którzy wyjechali w kolejnych falach emigracji. Zdecydowana większość wyjechała, wśród tych, którzy zostali, niektórzy do końca życia ukrywali nawet przed najbliższymi, kim są. Pokazujemy ich powojenne wybory, żeby spróbować zrozumieć tę garstkę Żydów, która przeżyła Zagładę.
Ale wracam do odpowiedzi na twoje pierwsze pytanie: już się trochę zakolegowałam z Roaldem Hoffmanem, chłopcem ze Złoczowa, rozmawiałam z nim na uniwersytecie Cornell w stanie Nowy Jork, ale chętnie zakolegowałabym się bardziej.
Dlaczego akurat z nim?
– Jest taka szczególna kategoria ludzi, którzy mają wokół siebie taką aurę, że już sam fakt przebywania w ich obecności sprawia przyjemność. Taki jest Roald.
Przeżył z matką ukryty na strychu, uczył się tam z podręczników geografii, też po niemiecku. Po wojnie wzięli z rodzinnego domu, gdzie już ktoś mieszkał, tylko album ze zdjęciami i wyjechali do Polski, a w końcu dostali się do tej wymarzonej Ameryki. Ale oczywiście z uchodźczymi przygodami.
Bardzo wielu Żydów chciało wyjechać do Stanów. Ale ani tam, ani nigdzie indziej nikt Żydów nie chciał. Dużo cenniejsi do prac gospodarskich niż pokiereszowani Żydzi byli rośli chłopi z Łotwy, nawet jeśli współpracowali z Niemcami.
Roald i jego matka Klara Safran nie mogli wyjechać, mimo że mieli papiery od rodziny w Stanach, która deklarowała, że jest ich w stanie utrzymać. W końcu kupili niemieckie papiery po Hoffmanie (stąd nazwisko), pewnie żołnierzu Wehrmachtu, który zginął na froncie wschodnim – USA przyjmowała jeszcze Niemców; obowiązywały kwoty, a kwoty dla Żydów dawno przekroczyły limit. I potem ten chłopczyk ze Złoczowa w 1981 roku dostał Nagrodę Nobla z chemii.
Intrygująca jest historia Barbary Beatus, komunistki, która przeżyła łódzkie getto, Auschwitz i inne obozy koncentracyjne. I tak jak stała, postanowiła wrócić do Łodzi.
– Życiorys jak z socrealistycznej czytanki. Pochodziła z niewyobrażalnie biednej, wielodzietnej, robotniczej rodziny żydowskiej. Nie było ich stać na szkoły, pracowała od małego, nauczyła się sama pisać i czytać. Za komunizm lądowała w więzieniach. W getcie konspirowała, pomagała innym. Zdążyłam porozmawiać ze zmarłym niedawno Marianem Turskim, opowiadał, że Beatus to był „fajny, ludzki człowiek”.

Proporzec autorstwa Zuzanny Herzberg na wystawie '1945. Nie koniec, nie początek’ w Muzeum Polin. Został uszyty ze szmat do mycia podłogi. W centrum artystka umieściła portret Barbary Beatus, Żydówki, komunistki i dziennikarki, która przeżyła łódzkie getto, Auschwitz i kilka innych obozówFot. Kuba Atys / Agencja Wyborcza.pl
Koniec wojny zastał ją w Magdeburgu, gdzie z koleżankami z obozu w Bergen-Belsen pracowały w fabryce amunicji. Szły do Łodzi pieszo, bały się gwałtów, więc nie wsiadały na wojskowe ciężarówki. Dotarły po 17 dniach marszu. I od razu usłyszały w tramwaju od konduktora, któremu tłumaczyły, że są po obozach koncentracyjnych i dlatego nie mają biletów: „To tyle was jeszcze zostało?”.
Byłem w szoku, gdy przeczytałem u ciebie, w latach 80. XX wieku podziemnej redaktorki znakomitego „Tygodnika Mazowsze”, że Beatus nie chciała się angażować w „Solidarność”, bo jest Żydówką.
– Ona wciąż z tym miała problem. Nie chciała, żeby ludzie gadali, że Żydzi rządzą „Solidarnością”. To jest kompleks wcześniejszego ode mnie pokolenia. Ja nie miałam nigdy takich kompleksów, ale je rozumiem, nawet jak kiepsko znoszę.
Ewa Zysman, jej podopieczna w Auschwitz i później przybrana córka, przed wojną uważała, że antysemityzm jest czymś absolutnie naturalnym, „jak oddychanie powietrzem”. Ale wierzyły, że po wojnie będzie zupełnie inaczej. A tu szok – nie chciano jej i jej przyjaciółek z obozu przyjąć do pracy w fabryce włókienniczej. Powód: są Żydówkami. Dopiero interwencja Beatus pomogła. Dalej wierzyły, że to minie, że to pozostałości sanacji, teraz jest zupełnie inny ustrój, lepszy.
– Te włókniarki przychodziły oglądać grupę dziewcząt – jak mówiły o sobie: „z obozowej rodziny” – od Beatus. Mówiły: „O! Żydówki przyszły”, a one czuły się jak zwierzęta w zoo.
Bodaj pierwsze strajki w Polsce już we wrześniu 1945 roku wybuchły nie z ekonomicznych, ale z antysemickich powodów. Powód: mianowanie w fabryce włókienniczej Greyera dyrektora technicznego, na temat którego – uwaga! – „wrogie elementy rozpuściły pogłoski, że jest Żydem”. Wcześniej, w czerwcu 1945, w fabryce Biedermanna robotnicy strajkowali dwa i pół dnia. Postulat: „Nie chcemy mieć dyrektora Żyda”. Turski, który znał dobrze Beatus, mówił mi, że oni wszyscy działający jeszcze w getcie w Lewicy Związkowej idealizowali robotników i jaki to był szok dla tych młodych dziewczyn, gdy włókniarki okazały się strasznymi antysemitkami.
Gdy poszły do szkół wieczorowych, potem na studia, było podobnie.
– Zysman poszła do szkoły wieczorowej dla zapóźnionej edukacyjnie z powodu wojny młodzieży. Czytała na tablicy: „Nie chcemy Żydów w klasie”.
Beatus potem została dziennikarką, pisała reportaże w „Głosie Robotniczym”. Czytane teraz wydają się co najmniej naiwne.
– Pisała prostym językiem, konkretnie, pozytywnie. W sumie bez nadmiaru partyjnej nowomowy. Ale to wszystko nijak się miało do prawdziwego życia robotników. Wkrótce została wicenaczelną gazety. Nie rozumiała, nie dopuszczała do siebie, że robotnice skandują: „Dosyć mamy polityki, dajcie nam jeść!”.
Miała potem wyrzuty sumienia? Co o tym wszystkim myślała?
– Ona sama siebie nie rozumiała z tamtych lat. Namawiała w swoich tekstach te swoje koleżanki, które przeżyły obozy, do współzawodnictwa. One uważały, że to jakieś głupoty i stąd też antysemityzm niektórych robotnic – uważały, że te głupoty wymyślają Żydzi.
Muzeum Polin zaprosiło na wystawę kilku artystów, w tym Zuzannę Herzberg, artystkę interdyscyplinarną, aktywistkę, performerkę i badaczkę. Jej twórczość często dotyczy pamięci historycznej, tożsamości i doświadczenia kobiet w kontekście historii Żydów w Polsce.
Na naszą wystawę wykonała wielki, piękny proporzec przypominający proporce wiejskie szyte ze szmat do podłogi z namalowaną na nich Matką Boską. Tylko u niej Barbara Beatus jest w miejscu Matki Boskiej.
Na wystawie kończymy przestrzeń poświęconą żydowskim komunistom cytatem z dziennika Beatus, że jakby diabeł pomieszał w jej życiu, toby gorzej nie namieszał, i że wszystko, co ona zrobiła, było bezsensowne, szkodliwe i że żałuje swojego życia. Ale na proporcu wykonanym przez Zuzannę jest cytat z Barbary Beatus, też z jej dziennika, z tego samego czasu, zupełnie inny, że zawsze wierzyła w idee socjalistyczne i że jest z tego dumna.
To mi uprzytomniło, jak subiektywnie piszę czy przygotowuję wystawę, żebym nie wiem, jak starannie pracowała nad źródłami. Wybrałam taki cytat, bo utwierdzał mnie w moim przekonaniu, że ludzie, którzy wybrali komunizm, przegrali życie. Dla Zuzanny jest pewnie ważne, że komunizm był alternatywą dla wrażliwych ludzi, którzy nie mogli znieść kapitalizmu, imperializmu, kolonializmu itd. A nasza bohaterka Barbara Beatus była pewnie rozpięta między tymi dwoma cytatami. Tak naprawdę nie zmieniłaby swojego życia, w którym broniła klasy robotniczej, a z drugiej strony wiedziała, że cała ta propaganda i to wszystko, co robiła w latach 50., były do niczego.
Czy jej historia może być argumentem, a właściwie pseudoargumentem dla tych, którzy uważają, że Polską rządziła wtedy żydokomuna?
– Tak, bo każdy Żyd komunista jest potwierdzeniem tezy, że wszystko, co się stało, to zrobili Żydzi, a Polak komunista nie świadczy o tym, że to, co się stało, zrobili Polacy. No skąd? A przecież Polaków wspierających władze po wojnie było nieporównywalnie więcej niż Żydów, co wynika z prostego faktu, że Polaków było nieporównanie więcej. Fakty: jesienią 1945 roku 1,7 proc. wszystkich pracowników Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego było Żydami.
Zacytuję informację z wystawy: te 1,7 proc. „to wyraźna nadreprezentacja (Żydzi stanowili po wojnie 0,5 proc. ludności), co nie zmienia faktu, że 98 proc. pozostałych Żydami nie było. Im wyżej w strukturze władzy, tym odsetek Żydów był wyższy. Jesienią 1945 na 500 kierowniczych stanowisk w MBP Żydzi zajmowali 67, czyli ponad 13 proc.”.
– Tak czy owak: proporcje były takie, że Żydów wśród komunistów było mało. Wojnę przeżyła garstka. W dodatku zagłosowali nogami, to znaczy zdecydowana większość wyjechała z Polski w sprzeciwie wobec nie tylko antysemityzmu, ale komunizmu też.
W powojennej Polsce i do tej pory ludzie snują rozważania, kto we władzach był Żydem. Taki „antysemityzm detektywistyczny”, jak trafnie nazwał historyk Marcin Zaremba. W lokalnych, małomiasteczkowych urzędach bezpieczeństwa mało było Żydów; dominowali Polacy, którzy chcieli się jakoś urządzić przy nowej władzy. Chodziło o przywileje. Dawni partyzanci, nierzadko okradający i zabijający Żydów, mogli się tam schować czy po prostu można było banalnie, bezkarnie pić. A stereotyp o żydokomunie, że Żydzi to komuniści, a komuniści to Żydzi, stał się pretekstem po wojnie do zabijania kobiet, dzieci, religijnych Żydów, tych, co się szykowali do wyjazdu z Polski.
W pierwszych trzech powojennych latach zamordowano co najmniej 1080 Żydów. Na wystawie przygotowaliśmy mapę miejscowości, w których ich zabijano. Udało się ustalić, że w 379 miejscowościach doszło do 600 morderstw, w których zamordowano czasem pojedyncze osoby, czasem większą grupę.
Ważna, odkrywcza i ciekawa jest historia żydowskiego Dzierżoniowa na Dolnym Śląsku.
– Weszłam w nią głęboko dzięki Kamilowi Kijkowi. Gdy mnie oprowadzał po mieście, czułam, że ten żydowski Dzierżoniów ożył. Znał go doskonale. Pokazywał, gdzie w tych dawnych niemieckich kamienicach była siedziba syjonistów, gdzie dom dziecka, klub sportowy, a gdzie szpital żydowski, biblioteka, teatr, a gdzie szkoła, w której mówiło się po hebrajsku, a gdzie szkoła w jidysz. W żydowskiej spółdzielni rolniczej nadawano imiona krowom w jidysz.
Tuż nad rzeką był dworzec kolejowy, gdzie wystawali działacze syjonistyczni i namawiali przyjezdnych do zamieszkania w ich kibucu, a stamtąd droga już miała prowadzić do Palestyny. Na wystawie pokazujemy plakat: „Żydowskie Brygady Żniwiarskie to twój szczytny obowiązek! Kosa w twoich rękach przekreśli głód i da Ojczyźnie i Twoim najbliższym chleb!”.

Ku nowemu życiu. Żydzi na Dolnym Śląsku w latach 1945-1970 – wystawamateriały organizatora
Dlaczego Dzierżoniów?
– Były tam gotowe domy do zamieszkania po wyrzuceniu Niemców. Tu kierowano pociągi z Żydami wracającymi ze Związku Radzieckiego. Centralny Komitet Żydów ustalił to z nową władzą latem 1945 roku. Była temu przychylna, bo osadnictwo żydowskie na Ziemiach Odzyskanych miało przekonać aliantów, by uznali nowe zachodnie granice Polski.
Kijek uświadomił mi, że społeczność żydowska Dzierżoniowa odtworzyła bogactwo kulturowe przedwojennych sztetli. Różnica: bez ich biedy.
Czuli się bezpiecznie?
– Na Dolny Śląsk, jak opisuje historyczka Natalia Aleksiun, można było wtedy wyjechać i nie konfrontować się z Zagładą. Sąsiedzi nie nosili ubrań po twoich najbliższych i nie mieli w mieszkaniu mebli po swoich znajomych. Jak to opisał Dariusz Stola, Dolny Śląsk „to był pomysł paradoksalny, pomysł na pozostanie w Polsce i jednocześnie wyjazd z Polski”.
Na Dolny Śląsk przyjeżdżały delegacje organizacji żydowskich ze świata, dziennikarze żydowscy z Nowego Jorku. Najpierw oglądali pustkę po getcie w Warszawie, grozę Treblinki czy Majdanka, a potem jechali do Dzierżoniowa. Byli w szoku – wszędzie słychać było jidysz, szyldy na sklepach były w jidysz, plakaty, transparenty nawołujące do obchodów 1 maja czy głosowania 3 × TAK. Jednocześnie, jak podkreśla Kijek, Dzierżoniów to nie była beztroska wyspa oddzieloną od reszty Polski. Gdy Żydzi chcieli tam założyć szkołę rolniczą, od urzędnika usłyszeli, że Żydzi to pasożyty i on dziwi się, że Niemcy ich wszystkich nie wymordowali. Jesienią 1946 roku, już po pogromie kieleckim, ktoś zastrzelił stojącego na posterunku 26-letniego Moszego Becalela Zylberga z organizacji syjonistycznej.
Niektórzy bohaterowie książki mówią, że Polacy zachowywali się czasem, jakby mieli „drzazgi w butach”, coś ich uwierało. Rozumiesz Polaków, którzy napadli i okradali Żydów w pociągach? Albo po prostu zajmowali mieszkania po Żydach i nie mieli zamiaru się wynieść, gdy zjawiali się ich właściciele? Wychodzi na to, że antysemityzm jest powszechny, najbardziej „demokratyczny”, a człowiek jest z natury beznadziejny.
– W tej książce nie zajmuję się korzeniami antysemityzmu, wpływem Dmowskiego, Kościoła katolickiego czy Hitlera. Bardzo mi zależało, żeby napisać ją z perspektywy ocalałych Żydów, dlatego jeśli opisuję morderstwa Polaków na Żydach, nie piszę, że w tym czasie trwała w jakieś mierze wojna domowa, to przecież nie umniejszało ich bólu. Jak bólu Marii Galler z rodziny, w której cudem uratowali się rodzice i dziecko, a to się prawie nie zdarzało. Uciekali z Polski, gdy partyzanci z oddziału Józefa Kurasia „Ognia” zaatakowali ich ciężarówkę już niedaleko granicy, zamordowali 11 osób.
Maria przeżyła, ale słyszała, jak umierał jej syn, 12-letni Dawid Józef, i jeden z morderców mówił: „Ten mały dużo stęka, popraw mu”.
Na moje spotkania autorskie przychodzą z reguły niesłychanie mili i życzliwi ludzie. Ale oni się głównie zajmują przeżywaniem tego, co złego i dlaczego zrobili Polacy, mają poczucie winy. Przypominam im, że ci Żydzi też byli obywatelami polskimi i mogą się z nimi utożsamiać, z nimi czuć bliskość i empatię.
Dojmująco smutna jest konstatacja, że nie znalazłaś ani jednego przypadku wśród ocalałych, by – tak jak to się zdarzało milionom ludzi, gdy zakończyła się wojna – ktoś wrócił do swojego dawnego życia, do swojej społeczności, do domu, rodziny, pracy. Musieli wymyślić i zbudować życie na nowo.
– Na mnie też zrobiło to wrażenie, że nie znalazłam takiej historii. Wydaje się oczywiste, że koniec wojny oznacza, że wracamy do przerwanego nią życia. No i nie dla wszystkich Zagłada się skończyła. Opowiadam o Fani Szumacher, która przypadkiem wysiadła z pociągu repatriacyjnego na peronie w Kielcach. Dołączyła do kibucu, grała na gitarze, uczyła hebrajskiego. Chciała jak inni wyjechać do Palestyny, bo jak można żyć na cmentarzu? Trzeba uciekać, no i też, choć wojna się skończyła, wciąż zabijają Żydów. Mało, a właściwie nic o niej prawie nie wiem. Nie wiadomo, czy pochodziła z Równego, może ze Stryja. Długo szukałam o niej jakichkolwiek informacji – archiwa spłonęły. Nie ma jej na żadnych listach polskich obywateli repatriantów z ZSRR. Ktoś uważał, że skoro mówiła po hebrajsku, to skończyła gimnazjum Tarbutta. Ktoś – że była geolożką. Może skończyła studia w Saratowie? O Saratowie mówił ponoć jej chłopak Baruch Dorfman, gdy wysiedli na dworcu Kielcach. Dwa tygodnie przed pogromem.
Jedyne, co wiemy na pewno, to to, że zamieszkała na drugim piętrze domu przy Plantach 7 i była jedną z 42 ofiar pogromu. Jedyne szczegółowe informacje o niej pochodzą z sekcji zwłok: miała 160 cm wzrostu, wyglądała na 20-25 lat. Z opinii biegłego wynika, że „obrażenia zostały zadane narzędziem twardym, tępo-krawędziastym, a śmierć nastąpiła natychmiast wskutek wgniecenia kości czaszki”.
Tyle.
Zastanawiałaś się może, co ty byś zrobiła?
– Wyjechałabym. Tak jak większość Żydów wyjechała po pogromie kieleckim.
Kazimierz Wyka jesienią 1945 pisał: „Jedynym krajem w Europie, gdzie antysemityzm nadal trwa i prowadzi do politycznych i moralnych zbrodni, jest Polska. Kraj, gdzie Żydzi byli wytrzebieni najgruntowniej i gdzie za okupacji siła oporu przeciwko Niemcom była najgwałtowniejsza”.
– To nie była dokładnie prawda, ale prawdą jest, że Żydom w małych miasteczkach nie szło żyć. Lokalni partyzanci organizowali napady, mordowali kilkoro ocalałych, też kobiety i dzieci. I zostawiali karteczki z ultimatum, że pozostali mają opuścić miasteczko, bo spotka ich podobny los. Lepiej było w dużych miastach, w Warszawie, Łodzi, na Dolnym Śląsku.

Dzierżoniów, 1947. Kurs kroju i szycia zorganizowany dla ludności żydowskiej przez Organizację Rozwoju TwórczościFot. PAP / PAP
Przywódca powstania w getcie Marek Edelman zdecydował, że zostanie w Polsce.
– Został. Ale już w 1968 roku namówił żonę i dzieci, by wyjechali.
Tytuł książki i wystawy: „Nie koniec, nie początek. Powojenne wybory polskich Żydów”. Jak to dobrze, że ktoś nie wpadł na pomysł korporacyjnej mowy-trawy i napisać o „strategiach przetrwania” albo „strategiach na życie”.
– Tytuł wymyśliła Dorota Siarkowska z Muzeum Polin. Też nie lubię tych określeń. Bo to wymagało niesamowitej odwagi i chęci życia, żeby zacząć życie od nowa.
Cytuję Annę Mass z Przemyśla, która wyskoczyła z pociągu do Treblinki, przeżyła, mimo że została postrzelona w plecy: „Z rodziny niestety nikogo nie zastałam i sama się pytam, po co się tak rwałam do tego życia? Po co?”.
Wystawę „1945. Nie koniec, nie początek” w Muzeum Historii Żydów Polskich „Polin” można oglądać do 15 września
Nie koniec, nie początek. Powojenne wybory polskich Żydów
Anna Bikont
Wyd. Czarne

Anna Bikont 'Nie koniec, nie początek. Powojenne wybory polskich Żydów’Fot. Wydawnictwo Czarne
Kategorie: Uncategorized


Zachowam ten artykul,szkoda ze moje dzieci nie znaja polskiego.Wlasciwie nie szkoda, wpoilem ze z Polska nic nie moza miec wspolnego, ale artykul by to lepiej wyjasnil