Przyslala Rimma Kaul
Grupka innowatorów wymarzyła sobie miasto na piasku. Miało być zielone, zelektryfikowane, europejskie. Tak narodził się Tel Awiw, najmodniejszy dziś adres Bliskiego Wschodu.
Dawid Ben Gurion, jeden z założycieli Izraela i jego pierwszy premier, mówił, że aby być realistą w tym kraju, trzeba wierzyć w cuda. Tel Awiw został powołany do życia takim właśnie aktem fantastycznej wiary, początkowo jego paliwem były tylko potrzeba i wizja. W roku 1909 grupka Żydów mieszkających w Jaffie, starym i ważnym arabskim porcie śródziemnomorskim, którego historia sięga czasów biblijnych, postanowiła pójść na swoje i na położonych nieopodal piaskach stworzyć inne, nowocześnie wymyślone miasto. Miało ono rozwiązać konflikty z większością arabską w Jaffie. A także być nowym początkiem – przeszczepieniem na Bliski Wschód, do sąsiedztwa najstarszych miast w dziejach (syryjskich, egipskich, irackich), modelu miejskiego życia, jakie toczyło się w Odessie, Warszawie czy przeżywającym właśnie boom Nowym Jorku.
Tel Awiw rodził się ze śmiałych pragnień. Dziś na wiele sposobów przerasta tamte odważne założenia.
Jest jednym z najmodniejszych celów tzw. city-breaks, czyli kilkudniowych wypadów turystycznych do miast, do których lata się z Europy, ale także z państw arabskich i azjatyckich. Jest rajem hipsterów, kusi liberalną atmosferą, świetnymi restauracjami i klubami nocnymi, plażami, sztuką i architekturą, wreszcie – różnorodnymi sąsiedztwami, które tworzą kulturowe mikroświaty przypominające nowojorskie Little Italy czy Meatpacking District.
Nikt nie przewidział, że Tel Awiw – oddalony ledwie 60 kilometrów od konserwatywnej, przesyconej miejscami o religijnym znaczeniu i ekstremalnymi napięciami Jerozolimy – stanie się synonimem świeckości, otwartości i najbardziej przyjaznym ruchowi LGBT miastem świata. W zeszłym roku w Paradzie Równości wzięło tam udział 200 tys. ludzi, aż 40 tys. przyleciało na tę okazję z zagranicy. Gdy Jerozolima się modli, Tel Awiw się bawi.Jego założeniu, a także jego współczesnemu rozkwitowi, towarzyszy pionierski mit
przypominający popularną dziś koncepcję start-upu. Start-up to grupka ludzi skupiona wokół pomysłu, który może wydawać się niemożliwy i którego głównym paliwem jest wyobraźnia. Bywa, że sekunduje mu możny inwestor i w krótkim czasie koncept przeistacza się w czynnik zmieniający świat. Taki model „wybuchającego talentu” jest szczególnie modny i wspierany w dziedzinie nowych technologii, które zależą od kreatywności i pomysłowości zwykłych ludzi. Dodajmy, że sukces udaje się odnieść zaledwie trzem procentom start-upów na świecie, reszta ponosi porażkę. W Tel Awiwie ten duch – próbowania i gotowości na to, że się nie uda – jest wszechobecny. Może dlatego właśnie w tym mieście jedną z popularnych rozrywek są „Fuck-up Nights” (Wieczory Wtop), na których – przy muzyce i drinkach – ludzie biznesu w komicznej formie opowiadają o swoich zawodowych katastrofach. Na tę odwagę do ponoszenia porażek nakłada się także istotna lekcja płynąca z religii – Talmud to tekst-dyskusja, jego ciągłe nowe odczytywanie i dyskutowanie jest istotną częścią praktyki religijnej. Spory, argumentacje i nieustanne kwestionowanie są wpisane w judaizm, co – zdaniem badaczy społecznych – przekłada się na twórcze niezadowolenie. Żydom w Izraelu nie wystarcza to, co jest. Ciągle rozprawiają i doszukują się nowych możliwości

Panorama Tel Avivu (fot. Beivushtang / wikimedia.org / CC BY-SA 3.0)
Mówią o sobie, że są narodem start-upowców, ziemią pionierów, którzy – na przekór nieprzychylności arabskich sąsiadów i sceptycyzmowi państw Zachodu – w roku 1948, w dobie prześladowań i w cieniu Holokaustu, stworzyli nowe państwo, a wraz z nim – miasto od podstaw. Nawet jeśli wtedy ich innowacyjność dotyczyła przede wszystkim rolnictwa, była ona unikatowa – dzięki działalności kibuców, dziś uważanych za coś pomiędzy formacją socjalistyczną a organizacją kierującą się zasadami tzw. ekonomii współdzielenia, pustynny kraj dosłownie się zazielenił. Awangardowe myślenie przyczyniło się również do rozwoju armii, wraz z którym – jak w innych rejonach świata – szły innowacje także w cywilnych aspektach życia. Dziś byli wojskowi rozwijają robotykę – pracują w sektorze autorobotyki w Izraelu, również w samym Tel Awiwie, na przykład nad dronami wykorzystywanymi w akcjach ratunkowych.
Izrael nie miał przeszłości, na którą mógłby spoglądać. Jego nowy, złożony z imigrantów naród stanowił konglomerat talentów, zasobów, kompetencji i wiedzy zwiezionych dosłownie z całego świata. Zasilany falami kolejnych uchodźców i marzycieli. Dan Senor i Saul Singer, autorzy książki „Start-up Nation” (2001 r.), w której analizowali fenomen twórczego Izraela i jego gospodarki, nazwali tych przybyszy „niezadowolonymi”, którzy byli spragnieni lepszego miejsca do życia i gotowi je tworzyć. Dziś 99 proc. Izraelczyków to ludzie dobrze wykształceni (mają co najmniej wykształcenie średnie), w większości mówiący w kilku językach. Izrael stał się zagłębiem start-upów także dzięki dalekowzrocznej polityce Szimona Peresa, dwukrotnego premiera, który w latach 80. XX wieku dostrzegał potencjał zaawansowanych technologii i tworzył polityczne podwaliny dla ich rozwoju. Dzisiaj Tel Awiw to drugie po Dolinie Krzemowej najważniejsze siedlisko innowacyjnych technologów.

Tel Aviv w 1913 roku. Wtedy właśnie tak wyglądała nowoczesna zabudowa (fot. autor nieznany / wikimedia.org / domena publiczna)
Unikatowe talenty mieli także twórcy miasta, m.in. Ahalon Chelouche, który przybył do Jaffy z Algierii. Rzutki biznesmen mający przyjaciół wśród Arabów zdołał kupić spore obszary ziemi, i to on utworzył pierwszą żydowską dzielnicę – Neve Tzedek, gdzie do dziś stoi dom jego rodziny, pierwszy dom żydowski poza starożytną Jaffą (w roku 1950 doszło do administracyjnego złączenia Jaffy i Tel Awiwu). Akiva Weiss, kolejny ojciec założyciel miasta, powołał stowarzyszenie, które nabywało następne działki od Arabów, co nie było wówczas łatwe, ale Weiss wykorzystywał w tym celu swoje rozległe kontakty. Zorganizował też legendarną „loterię muszelek”, podczas której dziesięcioletni chłopiec w roli „sierotki” pomógł podzielić ziemię między kilkadziesiąt żydowskich rodzin. Tak 109 lat temu – 11 kwietnia – powstał Tel Awiw.
Sam kształt i plan miasta był dziełem Patricka Geddesa, pochodzącego ze Szkocji architekta i urbanisty zaznajomionego z koncepcją miasta ogrodu opracowaną na Wyspach przez Ebenezera Howarda. Zgodnie z nią w roku 1925 Geddes utworzył szkielet uporządkowanego miasta złożonego z alei, skwerów i ogrodów publicznych, a także mniejszych uliczek, które pozwalały na tworzenie dobrze zintegrowanych sąsiedztw. Taki był zaczyn supermodnych dziś dzielnic: hipsterskiej Florentin, Lev Ha’ir ze sławnym „Białym miastem”, czyli największą na świecie koncentracją modernistycznych, bauhausowskich budynków, a także tzw. Starej Północy utkanej ze sklepików i knajpek, zamieszkiwanej przez młodych, którzy lubią być blisko plaży.

Żydowski pionier podczas budowy Tel Awiwu i plan Patricka Geddesa (fot. autor nieznany / wikimedia.org / domena publiczna)
Geddes nie projektował kluczowych budynków, zrobił to Josef Barsky z Odessy. To jemu Tel Awiw zawdzięcza swe ikony, takie jak sześciokątny kiosk na środku Bulwaru Rotschilda – od ponad stu lat najważniejsze miejsce spotkań. Wkrótce zjawili się inni architekci, wykształceni m.in. w Petersburgu, Paryżu czy Rzymie. Inwestowali swe zdolności w bliskowschodnim mieście, pełnym modnych kawiarni, przestronnych ulic, zelektryfikowanym i z kanalizacją.
Dziś spacer przez Tel Awiw to często nieświadoma przechadzka między siedzibami nie tylko najważniejszych koncernów technologicznych świata (kluczowe firmy wybierają to miasto ze względu na klimat otwartości i różnorodności), ale także pośród biur obiecujących start-upów. Na przestrzeni kilku niewielkich dzielnic skoncentrowanych jest ich ponad 200. Następnym razem, gdy będziecie przesiadywać na Bulwarze Rotschilda, iść obok wieżowców Azrieli Center lub kręcić się wokół Sarona Market, spójrzcie w rozpalone oczy młodych, którzy żywiołowo dyskutują w tamtejszych kafejkach. Ich pomysły mogą spowodować kolejny Wielki Wybuch. Albo przynajmniej wybuch serdecznego śmiechu podczas następnej „Fuck-up Night”.
CHCESZ DOSTAWAĆ WIĘCEJ DARMOWYCH REPORTAŻY, POGŁĘBIONYCH WYWIADÓW, CIEKAWYCH SYLWETEK – POLUB NAS NA FACEBOOKU
Paulina Wilk. Ur. 1980. Pisarka, publicystka. Autorka książek „Pojutrze. O miastach przyszłości”, „Lalki w Ogniu. Opowieści z Indii”, „Znaki szczególne”, a także serii bajek o misiu Kazimierzu. Zajmuje się tematyką międzynarodową i literaturą. Jest autorką kwartalnika „Przekrój”, współpracuje z tygodnikiem „Polityka” i magazynem „National Geographic Traveler”. Jest współtwórczynią Fundacji „Kultura nie boli”, międzynarodowego Big Book Festival oraz centrum literackiego Big Book Cafe.
Kategorie: Polityka

