Uncategorized

Kulmowie. ( 8 )


Jakub Kopec

Wspinaczka na Golgotę

     Przed połową wieku zakochałem się w Kulmach od pierwszego wejrzenia. Na stację w Stargardzie Szczecińskim przyjechał po mnie brodaty pan w sile wieku. Wsiedliśmy do moskwicza, nazywanego „Zielonym Amadeo”. Jan ruszył za szybko i prowadził troszkę , jak dla mnie, zbyt ryzykowanie, a z całą pewnością drastycznie przekraczał dopuszczalne prędkości. Zatrzymał auto przed neogotycką kirchą, bo miał słówko do powiedzenia miejscowemu księdzu. Zwierzył się, że czasami przyjeżdża tutaj, żeby sobie poćwiczyć gamy , bo jest organistą z wykształcenia i nie chce wyjść z wprawy. Wspomniałem  wówczas, że jestem wnukiem i synem  organistów, że uwielbiałem wdrapywać się z tatą na chór kościelny i słuchać, słuchać „groźnej muzyki Bacha”. 

    Po rozmowie z księdzem, po krętych kamiennych schodach wdrapaliśmy się  na chór kościelny, bo Jan chciał mnie przekonać, że muzyka bachowska wcale nie jest „groźna.” Zasiadł przy manuale, włączył elektryczne miechy, przycisnął stosowne rejestry i uderzył w klawisze.

   To był szok jak sto diabłów. Jan grał z biegłością wirtuozerską! Najpierw zagrał coś co przypominało mi „Chaconę”, utwór na skrzypce solo, transkrybowany w wielu wersjach na fortepian. Ciarki mi szły po plecach, wydłuż kręgosłupa przeszywał mnie dreszcz rozkoszy. Grał bez nut, z głowy, jak to się mówi, i sam obsługiwał przy tym rejestry. Mojemu tacie nuty przekładała siostra Joanna-Amelita i ona w odpowiednim czasie pociągała za dźwigienki rejestrów. Ja nie dostąpiłem nigdy tego zaszczytu, bo brakowało mi, nad czym cierpiałem i ubolewałem niepomiernie,  muzycznego wykształcenia. Kochałem muzykę całym sercem, a ona, jędza, że tak powiem, traktowała tę miłość z lekceważeniem. Dużo, dużo później, przy okazji śpiewu chóralnego na użytek telewizyjny, Jan zbadał mnie pod kątem muzykalności i stwierdził, że słuch muzyczny mam bez zarzutu. 

    Gdy skończył grać i wyłączył już elektryczne miechy, spytałem, co to było, czyja to była kompozycja, bo trochę słyszałem Bacha i trochę Vivaldiego. Odparł, że zagrał zaledwie kilka taktów z „Chacony”, żeby pokazać mi, jak bardzo Jan Sebastian potrafi być słodki, a potem już tylko tak sobie brzdąkał, żeby zademonstrować możliwości zabytkowego instrumentu. Nie była to kompozycja, nawet nie improwizacja, tylko brzdąkanie, a ja, profan i dyletant, przeżywałem najprawdziwszą rozkosz obcowania z monumentalną muzyką organową w neogotyckim kościele.

   Spóźniliśmy się na obiad. Joanna przywitała nas z lekkim wyrzutem, lecz Jan udobruchał ją uwagą o pociągach, które przyjeżdżają,  kiedy im się podoba. O wdepnięciu do księdza Henryka na słówko w ogóle nie wspomniał. Po obiedzie obowiązkowa krótka sjesta. Spanie dostałem w gabinecie Joanny na pięterku, bo  pokój gościnny na parterze zajęty był przez goszczącego akurat w Strumianach Zbigniewa Turskiego, prezesa Stowarzyszenia Kompozytorów Polskich.  Ściany wytapetowane książkami, biurko w okleinie z jakiejś egzotycznej brzozy, przy łóżku stolik przykryty haftowanym obrusikiem, a na stoliku, jakby specjalnie dla mnie kokieteryjnie otwarte dzieło pod tytułem „Jak to Panjezusek cierniowy po świecie przepatrywał”,   wydrukowane na grubym papierze ręcznie czerpanym i oprawione w lniane płótno.

    Właściwie dzieło nie było wydrukowane, lecz odbite w kilkudziesięciu zaledwie egzemplarzach z obrazków linorytowych. Z przyczyn technicznych farby występowały na białym tle wyłącznie w dwu kolorach, czarnym i czerwonym. Wszystko przed sporządzeniem kilkunastu egzemplarzy musiało być zapisane i wyrysowane w odbiciu lustrzanym. Jak to zrobił Jerzy Duda Gracz – nie wiem. Znam się na druku offsetowym, a także wypukło- i wklęsłodrukowym, bom przepracował lata jako redaktor techniczny, czyli drukarz w „Życiu Warszawy”. A jednak pozostaje dla mnie tajemnicą, jak gigant polskiego malarstwa uzyskał na papierze efekt czcionki gutenbergowskiej z wymuskanymi i przez to uroczymi, dostrzegalnymi gołym okiem błędami składu ręcznego…

    Już na okładce, w samym tytule „Panjezuska…”, a następnie w dwu figurach Aniołów naśladujących technikę drzeworytu, przejawiało się pokpiwanie obojga autorów z ludowej obrzędowości. Autorka poematu przedstawiona jest pod postacią anielicy z koźlimi kopytkami, wysterczającymi spod długiej sukni, autor zaś ilustracji jest aniołem w zgrzebnej koszulinie, dzierżącym w ręku malarską paletę.  Głowy obojga postaci rozświetlają złociste aureole. Te aureole są oczywistym żartem, nabijaniem się z naszej rodzimej ikonografii rzymskokatolickiej.

   Dwadzieścia lat później w cyklu malarskim „Golgota Jasnogórska”, zdobiącym ściany i łukowe wnęki kaplicy NMP w częstochowskim klasztorze paulinów, na jednym z wielkoformatowych płócien Duda-Gracz we właściwej sobie manierze sportretował wszystkich, lub prawie wszystkich polskich świętych, ale już bez przysługujących im, wedle prawa kanonicznego, aureoli. Na innym płótnie swoją chłopską twarzą z perkatym nosem malarz przyozdobił postać człowieka z tłumu, pomagającego nieść krzyż na Golgotę. 

   Temat Drogi Krzyżowej malarz Duda-Gracz wyczerpuje na osiemnastu wielkoformatowych płótnach, chociaż wedle kaonu chrześcijańskiego stacji w drodze na Golgotę wyliczyć można tylko czternaście. Trzeba oddać honor jasnogórskim paulinom i hierarchom kościoła katolickiego, że przyjęli dar artysty dla częstochowskiego sanktuarium z całym należnym mu nabożeństwem, nie bacząc, że tu i ówdzie, jak gdyby mimowolnie i mimowiednie, z obrazów wycieka na świat wizja karykaturalna, kpina z ludowej pobożności i  świętokradczy zamysł. Paulini , nie bacząc na trudne do akceptacji szczegóły, dostrzegli niebiańskie piękno całości cyklu.

Nuncjusz papieski, Jego Eminencja arcybiskup Kowalczyk, dokonał aktu poświęcenia obrazów w kaplicy NMP na Jasnej Górze, a tej uroczystości sakralnej  asystowała orkiestra filharmonii katowickiej, najwybitniejsi artyści scen operowych śpiewali, patriotyczne wiersze recytowali aktorzy teatralni Sceny Narodowej. Jakby tej apoteozy była za mało, Duda-Gracz pośmiertnie doczekał się uświęcenia „Golgoty Jasnogórskiej”  przez skopiowanie w skali jeden do jednego całego cyklu osiemnastu płócien i ozdobienie nimi zabytkowego drewnianego kościoła w Złotowie. Cały zespół artystów przez długie miesiące dłubał przy tej robocie, którą Duda-Gracz wykonał mimochodem. I tak oto Jerzy Duda-Gracz wszedł na ołtarze kuchennymi schodami, chociaż nie poniósł męczeńskiej śmierci w obronie wiary, ani też nikogo nie zdołał telepatycznie uzdrowić.

    Wielkie i proste zamysły Boże chadzają krętymi ścieżkami. W albumie pt. „Golgota” wydanym w 2001 roku Jerzy Duda -Gracz wyznaje, że cały Cykl Jasnogórski wywodzi się z trzynastu linorytów, którymi dwadzieścia lat wcześniej przyozdobił poemat Joanny Kulmowsej pt. „Jak Panjezusek Cierniowy  po świecie przepatrywał”. Późniejsze albumy o  takiej  proweniencji „Golgoty Jasnogórskiej” słowem już nie wspominają. Dzieje się tak być może z tej przyczyny, że w 1998 roku Warszawska Kuria Biskupia obłożyła anatemą książeczkę, w której Joanna   Kulmowa wykorzystała mit Zbawiciela do swojego indywidualnego krzyku na temat Holocaustu. 

   Drewniany świątek z kapliczki przydrożnej wędruje po świecie i popada w ciężkie tarapaty. W poetyckim skrócie Kulmowa  odtwarza nastrój pogromowy z Kielc 1947 roku i z Białegostoku już w XXI wieku:

   Poetka antycypuje też osobliwy klimat epoki Kaczyńskiego, Dudy i Morawieckiego:

 Żaden ze mnie religioznawca czy teolog , ale o chrześcijańskim obrządku wiem swoje, bom ochrzczony.  Zresztą aluzja do Zagłady i do kościelnego przyzwolenia na gwałt, jest do bólu oczywista:

    Apoteoza Dudy-Gracza w sanktuarium Jasnogórskim i w kościele w Złotowie nie jest pomyłką Ojców Paulinów i hierarchów kościoła katolickiego, lecz akceptacją  dzieła malarskiego pomimo jego widocznych gołym okiem defektów i bluźnierstw z punktu widzenia kanonu wiary. I to jest jeszcze jeden argument, żeby „Panjezuska Cierniowego” Joanny Kulmowej z ilustracjami Jerzego Dudy-Gracza uznać za dzieło pod każdym względem przewyższające wartość tego wszystkiego, co powiedział nam Marian Turski w swoim niezwykłym przemówieniu podczas rocznicowych obchodów w Auschwitz.

    Jeśli tysiące ludzi ,w tym setki osób autorytatywnych, o  nazwiskach uznanych za wielkie w nauce bądź sztuce, uznało przemówienie Mariana za dzieło godne Pokojowej Nagrody Nobla, to tym bardziej wspólne dzieło poetki i malarza zasługuje na nagrodę Nobla w dziedzinie literatury i plastyki. Nie na darmo sławna Anda Rottenberg, kustosz warszawskiej „Zachęty”, uznała malarstwo Dudy-Gracza za  „nazbyt literackie”, czy zgoła „publicystyczne”. 

   Jakby mało było tego, że Kulmowa potraktowała Jezusa  Chrystusa wzgardliwym „żydowinem”, jakby nie wystarczało, że dumny napis „Oto człowiek!” Duda gracz zilustrował krzyżem z nieheblowanego drewna z tabliczką firmową „CEPELIA” i wizerunkiem dupiastego księżula o nalanym obliczu, to jeszcze  fragment  poematu  poświęcony aktowi resocjalizacji Marii Magdaleny zilustrował scenką rodzajową w pokoiku, gdzie Panjezusek pod kraciastą kołdrą czeka na roznegliżowaną rubensowską babę w wieku balzakowskim, czyniącą ablucje nad miską z wodą.

     Oboje autorzy linorytowego „Panjezuska…” w epoce gierkowskiej  śpiewali w jednym chórze. Drogi ich rozeszły się dopiero po obradach Kongresu Kultury Polskiej, przerwanych przez wprowadzenie stanu wojennego. Wolnomyślni Kulmowie z powodu zablokowania pieniędzy na książeczce oszczędnościowej PKO pozostali w mrocznym i mroźnym grudniu kompletnie bez środków do życia, toteż poszli  na służbę do księdza proboszcza parafii poczernińskiej. I tak im ta służba przykościelna posłużyła, że po trzydziestu latach zgodnego małżeństwa cywilnego, wzięli ślub kościelny.  Niby nic się złego nie stało, ale warunkiem mariażu przed ołtarzem było ochrzczenie Żydówki, uratowanej w końcówce okupacji w przyklasztornym sierocińcu.  To był gwałt na bezwyznaniowej duszy Joanny. Czuła się po trosze zdrajczynią tak ciężko przez holokaust doświadczonego własnego narodu.

   Duda Gracz po 13 grudnia też ostał się bez środków do życia, a sytuację miał o tyle cięższą, że , jako mój rówieśnik, miał córeczkę Agatę, dokładnie w wieku mojej córki Magdy, i musiał jakoś zadbać o dopływ gotówki.  Przeto po rozwiązaniu buntowniczego Związku Polskich Artystów Plastyków przez władze wojskowe, wstąpił do reżimowego związku artystów plastyków, a nawet był jednym z jego założycieli. Swoje odszczepieństwo artysta próbował zneutralizować przez namalowanie autoportretu pt. „Ora et colabora”, gdzie  brzuchatego człowieczka w zgrzebnej koszulinie wyposażył w wizerunek własny i w napoleoński kapelusz, uformowany ze szmatławej „Trybuny Robotniczej”, ukazującej się w Katowicach nakładem Komitetu Wojewódzkiego PZPR. 

    Zarówno poetka, jak i jej malarski partner artystyczny, zostali przez doświadczenie stanu wojennego  ciężko poharatani. A mnie, byłemu przewodniczącemu Rady Głównej zbuntowanego Stowarzyszenia Dziennikarzy, dzięki przyjaznemu zbiegowi okoliczności udało się wyjść z opresji bez ciężkich ran na ciele i duszy. Mój kumpel, słynny alpinista Zbyszek Jurkowski, zastępca naczelnego w paxowskim niby-katolickim „Słowie Powszechnym”, po wyrzuceniu ze „Szpilek” przyjął mnie na etat pod żartobliwie wyrażonym warunkiem, że zaakceptuję dziesięcioro przykazań kościelnych , na co ochoczo wyraziłem zgodę z wyłączeniem przykazania szóstego. Przykazanie „Nie pożądaj żony bliźniego swego” jest odhumanizowane i na dodatek sprzeczne z wolą bożą. Można powstrzymać się od zdradzania własnej żony, lecz nie od pożądania cudzych żon… 

                                                 Jakub Kopeć

Wszystkie wpisy Jakuba TUTAJ

Kategorie: Uncategorized

Zostaw odpowiedź Czekam na Twoje przemyślenia! Napisz w komentarzu.

Ta strona używa Akismet do redukcji spamu. Dowiedz się, w jaki sposób przetwarzane są dane Twoich komentarzy.