
W Szwecji politykę migracyjną ocenia się na podstawie tego, co ona sygnalizuje, a nie tego, do jakich skutków prowadzi. Społeczeństwo nie może jednak opierać się na moralnych pozach, a polityka polega na wyważaniu różnych czynników w oparciu o całościową ocenę sytuacji.
Czym jest chrześcijańska polityka migracyjna?
Co definiuje dobre zarządzanie: intencje czy wyniki? Dla etyka cnoty liczy się to pierwsze, dla etyka konsekwencjalnego – to drugie. Szwedzka debata polityczna ma tendencję do dogmatyzmu. Najważniejsze rzadko jest to, co faktycznie zawierają propozycje polityczne i reformy; liczy się głównie to, co symbolizują.
W tym świetle należy postrzegać trwającą debatę na temat polityki migracyjnej i chrześcijaństwa. Z dyskusji zainicjowanej przez głosy z kościołów wolnych wynika przekonanie, że osoby opowiadające się za restrykcyjną polityką migracyjną – mającą na celu ograniczenie liczby nowo przybyłych do Szwecji po dziesięcioleciach chaosu i nieodpowiedzialności – nie powinny być postrzegane jako dobre ani chrześcijańskie. Krytyka wymierzona jest w rząd Tidö w ogóle, a w szczególności w chrześcijańskich demokratów. W ten sposób polityka zostaje zredukowana do swego rodzaju wyznania wiary, w którym każdy, kto nie podziela określonego poglądu, traktowany jest z podejrzliwością – nie ze względu na swoje argumenty, lecz z powodu przypisywanych mu cech charakteru.
Jest to pod wieloma względami trudna dyskusja, która osiągnęła punkt kulminacyjny w wymownej debacie w programie Aktuellt. Wystąpili w niej biskup Andreas Holmberg oraz mój partyjny kolega z Chrześcijańskiej Demokracji, Hans Eklind (były duchowny), który postawił pytanie w sposób tak ostry, że pozostawił biskupa bez odpowiedzi.
„Czy powinniśmy mieć całkowicie otwarte granice? Nie, nie powinniśmy! /…/ Nie można przyjmować nieograniczonej liczby osób. Nie jestem politykiem, nie mam gotowych rozwiązań. W rzeczywistości to rząd i politycy są odpowiedzialni za wypracowanie rozwiązań politycznych”.
Zgadzam się z biskupem i właśnie dlatego rozsądnie byłoby przemyśleć swoje stanowisko, zanim wystąpi się na żywo w telewizji…
Punkt wyjścia tej dyskusji jest z natury binarny: albo opowiada się za swobodną imigracją, albo nie. Jeśli ktoś ją popiera, uznając, że życie naznaczone wykluczeniem i przestępczością w Szwecji jest lepsze niż podobny los gdzie indziej, musi zastanowić się, jak taka migracja wpłynie na społeczeństwo – zwłaszcza na oparte na zaufaniu, finansowane z podatków świeckie państwo opiekuńcze.
Należy odpowiedzieć na pytanie: czy wszystkie miliony ludzi na świecie, którzy potencjalnie chcieliby przyjechać, powinni mieć taką możliwość i korzystać ze szwedzkiego systemu opieki społecznej? Jeśli tak, to jak drastycznie zwiększone wydatki publiczne wpłynęłyby na inne grupy osób potrzebujących? Czy należy zlikwidować system opieki społecznej, aby móc przyjąć więcej osób? Jak wysokie mogą być podatki? Czy państwo ma taką samą odpowiedzialność – moralną i ekonomiczną – wobec ludzi poza swoimi granicami, jak wobec własnych obywateli? Czy ograniczone zasoby należy przeznaczyć na stosunkowo niewielką grupę osób, którym udaje się dotrzeć do Szwecji, czy na znacznie większą rzeszę tych, którzy pozostają w swoich krajach?
Jeśli natomiast nie opowiadają się Państwo za swobodną imigracją, oznacza to poparcie dla polityki ograniczonej i regulowanej, za którą ja również się opowiadam. Takie regulacje niosą za sobą konkretne konsekwencje. Dopóki istnieje jakakolwiek granica, zawsze pojawią się sytuacje, w których osoby znajdujące się tuż przy niej uznają ją za zbyt sztywną.
Regulacje z definicji oznaczają granice. Granice oznaczają odmowę. Odmowa zaś oznacza tragiczne losy ludzkie. Nie jest to argument przeciwko regulacjom – to ich nieunikniona konsekwencja.
Obecny poziom imigracji nie jest nam dany przez Boga. Wszystko, co znajduje się poniżej tego poziomu, nie jest automatycznie wynikiem ksenofobii czy braku chrześcijaństwa – tak samo jak wszystko powyżej nie jest automatycznie dowodem na większą dobroć. Gdyby tak było, samo istnienie jakichkolwiek regulacji musiałoby być uznane za zło.
Skoro akceptują Państwo istnienie regulacji, to ich progi mogą być dostosowywane w górę lub w dół, m.in. w zależności od zdolności państwa do przyjmowania nowych osób – a ta, po dziesięcioleciach braku jakichkolwiek wymagań, jest bardzo ograniczona. Dlatego twierdzenia, że nie wolno dyskutować o liczbach i poziomach, są bezpodstawne. Nic nie wskazuje bowiem na to, że dzisiejszy poziom jest jedynym słusznym, a każda próba jego obniżenia to przejaw faszyzmu.
Spójrzmy na konkretny przykład: rodzina przybywa do Szwecji z Etiopii 11 lat temu. Urząd ds. Migracji wielokrotnie rozpatruje ich wniosek o azyl i decyduje, że nie ma podstaw do udzielenia ochrony, wydając decyzje o wydaleniu. Rodzina jednak nie chce opuścić kraju. Czy ostatecznie powinni móc zostać? Jeśli tak, to jaki jest sens długotrwałego procesu administracyjnego i sądowniczego, skoro w praktyce i tak mamy do czynienia z nieuregulowaną, swobodną imigracją?
W Hiszpanii testuje się to obecnie w praktyce. Socjalistyczny rząd podjął decyzję o amnestii dla pół miliona osób przebywających tam nielegalnie. Pojawiają się doniesienia o kolejkach m.in. przed konsulatem Pakistanu w Barcelonie, gdzie setki mężczyzn czekają na wymagane dokumenty. Według danych BBC, liczba nielegalnych imigrantów w Hiszpanii wzrosła z ok. 107 tysięcy w 2017 r. do blisko 838 tysięcy w 2025 r. – to prawie ośmiokrotny wzrost.
Jaki sygnał wysyła to do tych, którzy przestrzegali procedur, uszanowali odmowę i opuścili kraj? Jeśli „nie” w rzeczywistości nie oznacza odmowy, lecz zaproszenie do pozostania, dopóki system nie „pęknie”, to słowo „tak” również traci swoją wartość.
Odpowiedzialność za całość nie jest biurokratycznym wymysłem, lecz moralnym imperatywem. Społeczeństwo to nie zbiór izolowanych dobrych uczynków, lecz złożony system zależności. Kiedy decyzje polityczne są podejmowane bez uwzględnienia wydolności systemu, konsekwencje zawsze dotykają kogoś innego – często tych, którzy już teraz znajdują się na samym dole drabiny społecznej.
Dlatego odpowiedzialność nie może sprowadzać się jedynie do chęci pomocy. Kto traktuje moralność poważnie, musi wyważyć potrzeby jednostki względem możliwości zbiorowości. W przeciwnym razie współczucie staje się przywilejem tych, którzy nie muszą mierzyć się ze skutkami własnych decyzji.
W państwie opiekuńczym widać to najwyraźniej. Każde prawo wiąże się z obowiązkiem, każda obietnica z finansowaniem. Udawanie, że te powiązania nie istnieją, nie jest wyrazem wyższej moralności, lecz intelektualnego lenistwa, nawet jeśli ubiera się je w szaty chrześcijaństwa. Gdy zasoby stają się rozproszone, nie odczują tego najbogatsi, lecz ci, którzy są zależni od sprawnej szkoły, opieki zdrowotnej i sieci zabezpieczeń społecznych. Wydaje się, że ta świadomość dotarła w końcu do szwedzkich socjaldemokratów, choć wiele wskazuje na to, że ich nagłe zainteresowanie porządkiem ma charakter głównie kosmetyczny i oportunistyczny.
Państwo nie może ponosić nieograniczonej odpowiedzialności. Państwo, które stara się być wszystkim dla wszystkich, ryzykuje, że stanie się niczym dla nikogo. Zaufanie, solidarność i hojność historycznie rozwinęły się w ramach państwa narodowego. Bez poczucia, kto tworzy wspólnotę („my”), solidarność staje się abstrakcją – łatwą do deklarowania, lecz niemożliwą do utrzymania na dłuższą metę.
Tu ujawnia się kluczowa różnica między moralnością osobistą a odpowiedzialnością polityczną, której biskup próbuje uniknąć. Jednostka może – i powinna – postępować miłosiernie w bezpośrednim spotkaniu z potrzebującym. Państwo natomiast musi ważyć miłosierdzie względem sprawiedliwości, a chęć pomocy względem jej realnych skutków dla całej społeczności. Gdy te role się mieszają, obie tracą na sile.
Wzięcie odpowiedzialności za całość oznacza umiejętność powiedzenia „nie”. Nie dlatego, że człowiek po drugiej stronie granicy jest bezwartościowy, ale dlatego, że system, który ma wspierać nas wszystkich, może ulec załamaniu. Polityka, która ignoruje tę przesłankę, nie jest ludzka – jest sentymentalna. A sentymentalizm to fatalny fundament dla budowania państwa.
Etyka chrześcijańska wymaga czegoś więcej niż dobrych chęci. Wymaga odpowiedzialności za konsekwencje i za całość społeczeństwa, które ma stać na straży zarówno miłosierdzia, jak i prawa.
Wszystko inne nie jest dobrocią. Jest oszukiwaniem samych siebie. Na szczęście nie mamy już roku 2015 – nawet jeśli debata publiczna sprawia wrażenie, jakby od tamtego czasu nie posunęła się ani o milimetr.
Kiedy dobroć staje się alibi dla nieodpowiedzialności
Kategorie: Uncategorized

