SCHRONIENIE CHORYCH DUSZ

Jednych porzuciły rodziny, inni przeżyli za wiele, by zachować zdrowie psychiczne. Na wojnie najszybciej zapomina się o najsłabszych. Tu są bezpieczni. Chwilowo.

1528-swiat-andruszewska
Jarosław i Galina. Szpital psychiatryczny w Swatowie, 2015 r. Fot. Mateusz Baj / INPROS

 

Szpital otacza kwitnący ogród. Wśród drzew krzątają się lżej chorzy – sadzą kwiaty. Zza ściany młodych tui wygląda popiersie Lenina. Trudno uwierzyć, że to strefa przyfrontowa. Czyli, jak się mówi na Ukrainie, „strefa ATO” (operacji antyterrorystycznej).

Tutaj ciszę zakłóca tylko śpiew ptaków – 70 kilometrów stąd dnie i noce upływają ludziom na podtrzymywaniu nadziei, że kolejny pocisk nie zburzy ścian ich domu.

W szpitalu psychiatrycznym w Swatowie – niewielkim miasteczku położonym w tej części obwodu łuhańskiego, która pozostaje pod kontrolą Ukrainy – przebywa ponad 700 chorych.

Większość była wcześniej pacjentami szpitali w Łuhańsku i innych miastach strefy działań wojennych.
Tutaj znaleźli schronienie – i przed wojną, i przed sobą.

Przez ogród prowadzi Lena, ordynatorka jednego z oddziałów. Wysoka blondynka o pełnej, kobiecej figurze. Opowiada, jak chciałaby zreformować ukraińską służbę zdrowia.

Szczególnie dużo mówi o nowoczesnych metodach leczenia i podejścia do pacjenta. – Nie używam określenia „szpital psychiatryczny” – zaznacza. – Staramy się stworzyć dla chorych dom. Po ukraińsku można powiedzieć, że to „przytułek dla chorych na duszę”. Tacy są ci ludzie.

– Dość się wycierpieli przez tę wojnę. Chcę, żeby choć tu okazywano im szacunek – dodaje.
Zza zakratowanych okien śledzą nas zaciekawione spojrzenia.

Galina czuje więcej

Już w środku otaczają nas natychmiast, stają wokół, w piżamach. Uśmiechają się nieśmiało, jakby skrępowani niespodziewaną wizytą.

– Goście przyjechali, goście! – cieszy się drobna kobieta w chustce. Podchodzi, przełamuje pierwsze lody. W wyglądzie i zachowaniu przypomina dziewczynkę. Chudą ręką tuli do piersi maskotkę. To jedna z zabawek, które do Swatowa przywiozła polska wolontariuszka Olga Solarz. Galina Wasiljewna pamięta Olgę i jej podarunki.

– Te pluszaki są od przyjaciółki z Polski… – zamyśla się. – Może oddam jej dziś moją porcję jedzenia?
– Jedzenia nie można teleportować do Polski, Galino – tłumaczy pielęgniarka.

Galina prowadzi do jednego z łóżek stojących na korytarzu. Starszy mężczyzna jest w stanie agonalnym. Jego nierówny oddech odbija się echem po ścianach korytarza. Galina przykłada palec do ust, uśmiecha się do chorego.

– Ciii, jego bardzo boli. Biedny nasz, kochany. Może otworzymy okno, żeby posłuchał śpiewu ptaszków?
Mężczyznę przywieziono kilka dni temu z ostrzelanej miejscowości. Zanim go znaleziono, długo leżał w swoim pustym domu, chory i zapomniany.

– Gdy zaczyna się dziać coś złego, starszych ludzi po prostu się zostawia, podobnie jak psy i koty. O najsłabszych się zapomina. Tu przynajmniej odejdzie w spokoju – mówi pielęgniarka.

Galina cierpi na epilepsję. Liczy niewiele ponad 60 lat. Większość życia spędziła w łuhańskich szpitalach psychiatrycznych.

Nieustannie się modli. Od razu prosi mnie o różaniec z Polski. Lena tłumaczy jej, że nie można, bo różaniec mógłby ją zranić podczas ataku padaczki.

– No dobrze, to będę modlić się bez różańca – Galina zgadza się smutno. – Ale chociaż jakiś święty obrazek?
– To nasza jurodiwa, ona odczuwa sercem, a nie głową. Tu, na Wschodzie, szanujemy takich ludzi. Promienieje z niej czysta, szczera wiara – wyjaśnia Lena.

– Czasem, gdy mam jakiś problem, kontakty z takimi jak ona są dla mnie wytchnieniem – mówi lekarka. – Gdy Galina widzi, że źle się czuję, stara się pomóc. Tacy oni są, nasi pacjenci. Trzeba uważać, bo wyczuwają każde wahanie nastroju. Czasem coś ich boli, ale mi nie mówią. Gdy potem pytam, dlaczego, odpowiadają, że widzą, iż jestem zmęczona, i nie chcą mnie martwić. Choć nigdy nie sugeruję, że jestem smutna czy zmęczona, oni to wyczuwają.

Lena: – Kiedyś przywieziono nam pacjenta, nogi poszarpały mu odłamki. Bardzo cierpiał. Pacjenci chodzili wokół niego, głaskali go, pocieszali. Widziałam, że to przynosi mu ulgę. Gdy umarł, zanieśli mu nasz tutejszy rarytas: słodką bułkę maślaną. Żeby zjadł sobie coś dobrego, jak się obudzi. Pomyślałam, że teraz, gdy ludzkie ciała leżą tu na polach bitew jak kawałki mięsa i nikt nie zasłania ich nawet przed psami, to niezwykłe podejście. Nasi pacjenci widzą więcej niż zwyczajni ludzie.

Tymczasem Galina Wasiljewna chce coś powiedzieć. Podnosi rękę w górę, jak uczennica w szkole.
Rumieniąc się i wiercąc, wyznaje, że ma ochotę na coś słodkiego.

– Ostatnie słodycze mieliśmy na Wielkanoc, Galinko – mówi Lena trochę jak matka do córki.

Gdy kupuję im czekoladki w pobliskim sklepie, Galina cieszy się jak dziecko.

– Coś smacznego dla Galinki Wasiljewnej! O, jak ja lubię słodycze! Tylko tego trzeba nam do szczęścia, ciut-ciut słodyczy i zabawek. Przywieziecie więcej z Polski?

Waldek rysuje psa

Ma około trzydziestki; jest tutejszym artystą. W swatowskim szpitalu Waldek spędził już prawie rok.
Jego rodzinny Alczewsk jest dziś na terytorium zajętym przez rosyjskich separatystów. Z jego rodziną od roku nie ma kontaktu. Waldek boi się, że coś się im stało.

Pielęgniarki, choć same też nic nie wiedzą, tłumaczą mu, że w Alczewsku pewnie nie ma zasięgu telefonicznego.
Wtedy Waldek uspokaja się i czeka, aż będzie zasięg.

Potem zapomina i znów pyta, czy nikt z domu do niego nie telefonował.

– To będzie czołg? – pytam, gdy Waldek pochyla się nad kartką i rysuje coś, co przypomina zarys pojazdu opancerzonego.
– Nie, nie czołg. Śpiący pies – odpowiada poważnie.
Po chwili wzbogaca śpiącego psa o armatę i gąsienice.
– On tak zawsze. Gdy da się Waldkowi do rąk kredki, jakby bezwiednie zaraz zaczyna malować wojnę – wyjaśnia pielęgniarka.

Inny obrazek Waldka: ze słońca spadają kule światła, a stojący wokół ludzie wznoszą się do nieba.

– A to co, Waldku?
– Fajerwerki.
Pytam, czy widział kiedyś taki czołg i fajerwerki?
– Czołg widziałem tylko w moim mieście. Ale on stoi na pomniku i w ogóle się nie rusza – zaczyna powoli Waldek.

Po chwili ożywia się, gestykuluje. – Wojna to straszna rzecz. Ludzie chodzą z karabinami, czołgi przejeżdżają ludzi, z nieba spadają bomby i wybuchają: bum, bum, o tak! – uderza kredką o stół.

– A więc jednak widziałeś wojnę?
– Nie. Kiedy się urodziłem, wojny już nie było. Czekaj, czy to był rok 1941? Wiem, że zanim się urodziłem, była wielka i straszna wojna. Była nawet u nas, w Alczewsku. Ludzie mi mówili, że straszna. A jak ty się urodziłaś, wojna jeszcze była? – pyta z ciekawością, jakby nie zauważając, że jestem od niego młodsza.

Nagle spogląda mi głęboko w oczy:
– Ja się bałem.

Elenę razi słońce

Smukła, drobna dziewczyna przysiadła na skraju kanapy, przysłuchuje się rozmowie z Waldkiem.

– Jemu wszystko już się miesza. Myli mu się obecna wojna i wojna ojczyźniana – mówi po angielsku.

Ma na imię Elena. Dostojnie składa dłonie na kolanach. Kwiecisty szlafrok nosi tak, jakby to była elegancka suknia. Jest w niej jakaś elegancja kontrastująca z ubogim wnętrzem szpitala. Przez szpitalny ogród idzie potem powoli, choć wydaje się, jakby każdy krok sprawiał jej ból. Mruży oczy od słońca.

– Nie myśl, że jestem taka jak oni wszyscy tutaj – mówi cicho. – Ja tylko chcę być w bezpiecznym miejscu.
Jeszcze niedawno żyła swoim zwyczajnym życiem – jako dizajnerka, absolwentka artystycznej uczelni. Zwyczajne życie trwało do chwili, gdy separatyści z „Łuhańskiej Republiki Ludowej” wtargnęli do jej mieszkania w Stanicy Łuhańskiej. Co stało się potem – nie wiadomo.

Wiadomo za to, że była w domu sama. I że nigdy nikomu nie opowiedziała, co się wtedy wydarzyło. I że „separzy” ograbili jej mieszkanie, zabrali wszystko, co wartościowe. A po ich odwiedzinach Elena nie była już taka jak przedtem.

Gdy sobie poszli, spaliła paszport i wszystkie dokumenty. Potem pozbierała ubrania, wyszła z domu w stronę separatystycznego posterunku (tu mówią: blokpostu). Na blokpoście rozrzuciła swoje rzeczy, krzycząc, żeby brali sobie je wszystkie. Podobno bojownicy „Łuhańskiej Republiki” cofnęli się, jakby przestraszeni.

Nie do końca wiadomo, czemu jej nie zastrzelili.

Tak czy inaczej, do szpitala Elenę zawiozła jej matka. Była bezradna: nie mogła powstrzymać córki przed tym, aby nie wychodziła z domu podczas ostrzału. Podobno Elena chciała biec tam, gdzie wybuchały pociski. Jakby tamta wizyta zabiła w niej strach. Jakby uznała, że nic gorszego nie może jej już spotkać.

– Chcę już jechać do domu. Chcę już spać w swoim pokoju – skarży się. – Ale wiem, że muszę tu być. Jak to mówią: w miejscu o zaostrzonym rygorze. Bo sama nie wiem, co mogę zrobić. Trudno jest żyć, gdy ci wszystko jedno.
Po chwili dodaje: – Razi mnie to słońce. Chyba wrócę do łóżka.

Swieta biegnie do ognia

Swietłana ma 25 lat i prawie nie wstaje z łóżka. Nie chce rozmawiać, z nikim.

Kiedy wiosną, rok temu, wraz z matką próbowały uciec z Kramatorska, w marszrutkę, którą jechały, trafił pocisk. Marszrutka zaczęła płonąć. Matka Swiety spaliła się żywcem na jej oczach. Swieta nie mogła jej pomóc, nie była w stanie wydostać matki z płonącego autobusu.

– Nic nie chcę. Nie mogłam pomóc mamie – odpowiada teraz zawsze, gdy pielęgniarki próbują ją nakłonić do jedzenia albo do wzięcia leków.

Trzeba uważać, żeby w ręce Swiety nie trafiły zapałki. Albo zapalniczka. Gdy tylko Swieta ma do czynienia z ogniem, od razu próbuje się podpalić.

Jarosław chce być potrzebny

Pulchny chłopak w okularach pochodzi ze Stanicy Łuhańskiej. Choć miasto jest ciągle pod ostrzałem, jego rodzina nadal tam mieszka.

Jarosław nie mógł z nimi tam zostać. Bliscy uznali, że szkoda im jedzenia, aby go karmić. Oddali go do szpitala i nigdy nie odwiedzili.

Gdy w telewizji pojawiały się informacje o ostrzale Stanicy i chłopak dzwonił, żeby dowiedzieć się, czy w domu wszystko dobrze, odrzucali połączenia. Kiedy w końcu odebrali, usłyszał: – Nikt nie chce z tobą gadać, debilu, nie dzwoń więcej.

Odtąd Jarosław często płacze. Obwinia się. Uważa, że sam jest winny temu, iż rodzina tak go traktuje. – Może coś zrobiłem źle? Czy jestem głupi, brzydki? – zastanawia się.

W samotności pisze wiersze o domu. Czytamy je razem. – Ten napisałem, gdy byłem smutny i nawet nie miałem ochoty wychodzić na dwór – wyjaśnia. Czyta:

Nie zabraniajcie mi kochać,
bardzo Was proszę,
Przecież zgubić czyjeś serce
to nic trudnego.
Jak mam z rozbitym sercem żyć
i w ogóle po co?
Nie zabraniajcie mi kochać.
Niech nawet się pomylę i trafię
na dno.
I niech sto razy się poparzę,
błagam was całym sercem.
Nie zabraniajcie mi kochać,
Nie czekajcie mojej śmierci.

– Znam sporo takich historii – mówi Lena. – Jednego z pacjentów wypuściliśmy niedawno do domu. Szybko do nas wrócił, chory i wyczerpany. Krewni nie wpuścili go nawet za próg. Przeszedł od nas do domu kilkadziesiąt kilometrów, na piechotę, a oni nie zapytali go nawet, czy jest cały i zdrowy.

Jarosław przyjaźni się z pielęgniarkami, chętnie im pomaga. Boi się jednak, że także stąd, ze szpitala, ktoś może go wyrzucić.

Mówi, że chciałby kiedyś zostać rehabilitantem i pomagać inwalidom. Dlaczego? Żeby wreszcie być komuś potrzebny.

Lena szykuje piwnicę

Ordynatorka Lena opowiada historie z dziejów swatowskiego szpitala. Na przykład o tym, jak podczas II wojny światowej tutejszy lekarz pomógł rannym niemieckim żołnierzom, dzięki czemu Niemcy nie rozstrzelali chorych. Gdy Armia Czerwona wróciła, NKWD aresztowało lekarza za „zdradę ojczyzny”, trafił na zesłanie.

Lena uważa, że tamten lekarz to wzór do naśladowania: – Jeśli front przesunie się w kierunku Swatowa, zejdziemy do piwnic. Mamy tam przygotowany zapas wody i lekarstw. Nie opuszczę moich pacjentów.

– Ludzi dzielę na chorych i zdrowych, nie na dobrych i złych – mówi. – Zdarza się, że krewni naszych chorych są po stronie separatystów, ale to nie ma znaczenia. Pacjenci nie rozumieją, czemu mama czy brat nie mogą przyjechać w odwiedziny. Tęsknią. Niektórzy bardzo chcą do domu, ale nie możemy ich puścić, bo nie poradzą sobie na blokpostach. Żołnierze – i rosyjscy, i ukraińscy – denerwują się, gdy widzą, że chory nie rozumie, co się do niego mówi. Niektórzy chorzy na sam widok człowieka w mundurze zaczynają uciekać. To byłoby niebezpieczne. Zresztą przejazd marszrutką do takiej Stanicy kosztuje 800 hrywien, przewoźnicy liczą sobie za ryzyko. A my czasem nie mamy nawet 80 hrywien na pampersy dla dorosłych.

Lena opowiada o szpitalu w Popasnej. W ostrzale zginął tam dyrektor i połowa pacjentów: – Pozostali lekarze przywieźli do nas resztę chorych, rannych, przerażonych.

– Natomiast szpital psychiatryczny w Łuhańsku działa, tam pracują moi koledzy ze studiów. Ledwie funkcjonują, z głodu słaniają się na nogach. Gdy jest taka możliwość, przywożą nam pacjentów. Ryzykują, żeby ich przewieźć, bo u nas jest bezpiecznie. Błagałam ich, żeby nie wracali do Łuhańska. Za każdym razem, gdy się z nimi żegnam, nie wiem, czy jeszcze się zobaczymy. Mogę się za nich tylko modlić.

– Pomagamy jak możemy, ale potrzeby są ogromne – mówi Lena. – Cała pomoc humanitarna idzie do armii i dla uchodźców. A ci ludzie są przez wszystkich zapomniani. Wciąż przybywają nowi chorzy. Bywa, że przychodzą do nas bez niczego, w bieliźnie. Nieraz oddawałyśmy im własne stare ubrania, w których już nie chodzimy.

Dziś na deser chorzy jedzą jabłka, które jedna z pielęgniarek przywiozła ze swojego sadu. Do domów zadzwonią z komórki Leny. Pielęgniarki same cerują podartą pościel.
– Może być podarta, ważne, żeby była czysta.

Sasza czeka na syna

Gdy wychodzimy, w oknie szpitalnej stołówki siedzi staruszek. Wpatruje się w drogę przed szpitalem, jakby na coś czekał.

– To pan Sasza. Całe dnie tak spędza przy oknie, czeka na syna. Syn go kocha, ale nie może się nim zajmować – wyjaśnia Lena.

Sasza ma prawie 80 lat, pochodzi z Troicka. Jego syn, choć etniczny Rosjanin, walczy w szeregach ukraińskiej straży granicznej; jego oddział stacjonuje w Szczastie.

Pan Aleksander codziennie ogląda wiadomości. Gdy ogląda, płacze – nie radzi sobie z informacjami o kolejnych poległych. Wtedy inni pacjenci go pocieszają, przytulają.

Syn, Misza, przyjeżdża w odwiedziny, gdy tylko może. Poza tymi wizytami nie ma z nim kontaktu – w Szczastie faktycznie nie ma zasięgu telefonicznego.

Pan Aleksander jest tylko rosyjskojęzyczny. – Spasiba – dziękuje, gdy obiecuję, że będąc w Szczastie zapytam o Miszę.

Lena powie później, iż pracownicy szpitala obiecali kiedyś synowi, że jeśli zginie, nie poinformują o tym ojca. Mógłby tego nie przeżyć. Na świecie ma tylko jego, jedynego syna.

– Ale jak dotąd z synem wszystko w porządku? – pytam.

Lena chwilę milczy. Potem mówi sztywno: – Nie mogę udzielić ci takiej informacji.

Wiadomości

Przed drzwiami szpitala zatrzymuje mnie Galina Wasiljewna.

– A wy w Polsce boicie się, że będzie wojna? – zagaduje. – Bo my bardzo się boimy! Oglądaliśmy wczoraj wiadomości i pani w telewizji mówiła, że znów będzie wojna na Ukrainie – wyjaśnia. – Ale jak przyjdzie wojna, ja schowam się pod łóżkiem i nikt mnie nie zobaczy. ©

Pomóżmy ludziom ze szpitala w Swatowie

 

Stowarzyszenie Pokolenie – skupiające ludzi z dawnej opozycji w PRL, którzy dziś angażują się w pomoc dla Ukrainy – organizuje w lipcu kolejny transport, który ma dotrzeć także do szpitala psychiatrycznego w Swatowie.

Stowarzyszenie prosi o wszelką pomoc – nie tylko finansową, ale też o ubrania, pościel, lekarstwa, kosmetyki, chemię gospodarczą (proszki do prania, mydło), zabawki dla dzieci, a także słodycze; dary rzeczowe można przynosić osobiście lub przesyłać pocztą do siedziby Stowarzyszenia.

Natomiast przelewy („Swatowo” w tytule przelewu) można przekazywać na konta:

Przelew krajowy: ING Bank Śląski 89105012141000002319853707

Przelew zagraniczny: SWIFT/BIC: INGBPLPW IBAN: PL89105012141000002319853707

Adres: Stowarzyszenie Pokolenie, ul. Drzymały 9/4, 40-059, Katowice.

Przyslala MONIKA ANDR USZEWSKA

Blogowy korespondent z Ukariny

monica andruszewitz
https://www.tygodnikpowszechny.pl/schronienie-chorych-dusz-29066

No comments yet... Be the first to leave a reply!

Dodaj komentarz

%d bloggers like this: