Fragment z ksiazki „Powrót Do Ziemi Praojców ” cz. 5

 

powrotW Paryżu

Marek nie wyobrażał sobie, że podróż do Palestyny będzie tak skomplikowana i długa. Siedzieliśmy już ponad rok w Niemczech i nikt nie wiedział, do kiedy wypadnie nam tu jeszcze pozostać. Zaczął martwić się, a nawet żałować, że pozwolił mi w ogóle wyjechać. Odwiedzał Ichiela na Poznańskiej, ale ten życzliwy nam kierownik nie mógł go o niczym poinformować. Orga¬nizacja w Polsce nie wiedziała niczego o losach towarzy¬szy, których żegnała w kibucu w Warszawie.
Marek zaczął tracić cierpliwość. Postanowił działać, aby mnie wydobyć i z kibucu, i z Niemiec… Ale nie do Polski z powrotem, lecz do Francji. Kilku jego przyjaciół z lat studiów w Paryżu przed wojną uratowało się i pozostało w tym mieście. Zwrócił się teraz do nich, aby mu pomogli przewieźć siostrę z Niemiec do Francji. Napisał mi o swym nowym planie. Pojadę do Paryża i tam będę uczyć się. Jego przyjaciele zatroszczą się o mnie. Wyślą mi papiery i zaopiekują się mną w Paryżu. On i jego żona wkrótce ukończą studia i przyjadą do mnie. Znowu będziemy razem. Po ukończeniu gimnazjum i uniwersytetu będę mogła pojechać do Palestyny, jeśli zechcę…
Czytałam ten list w zdumieniu. Nie wiedziałam, co z sobą robić. Ogarnął mnie lęk. Brat prosił i tłumaczył. Malował przede mną cudowny obraz życia w Paryżu. Byl oczarowany tym miastem jeszcze z czasów swego tam pobytu w latach 1937—1939. Latem 1939 roku przyjechał do Polski na wakacje. Byliśmy wtedy w Urlach, nad Liwcem… Pisał mi o wielkich możliwo¬ściach zdobycia wykształcenia i rozwoju w Paryżu, o zabezpieczeniu lepszej, pewniejszej przyszłości, przy-rzekając o wiele więcej, niż mógł zrobić dla mnie naprawdę. Wierzyłam głęboko każdemu jego słowu. Jego energia, siła, rozmach i dalekowzroczność budziły we mnie entuzjazm, podrywały do działania. Czułam, że brat roztacza przede mną wspaniałe, rozległe hory¬zonty, kusi wizją życia bogatszego, bardziej wartościo¬wego i obiecującego. Chociaż dusiłam się monotonną codziennością kibucową, to bałam się jakichkolwiek zmian. Zdawałam sobie jednak sprawę, iż utkwiłam w miejscu, nie czytałam, nie uczyłam się, nie rozwijałam. Pracowałam przeważnie w kuchni — przy zmywaniu naczyń, obieraniu kartofli — lub na polu i żyłam wyczekiwaniem wyjazdu na stałe miejsce w Palestynie. To było moje jedyne marzenie. I Adam… Nasze wciąż zakłócane licznymi nieporozumieniami stosunki i usilne starania ich poprawienia stanowiły namiastkę sensu w tej nieszczęsnej pustce, która mnie wypełniała od miesięcy w Niemczech. To wszystko. A tam słynny Paryż, nauka, normalne życie i ludzkie warunki bytu. Ale jak powiedzieć o tym w kibucu? Jak to wy-tłumaczyć? Nagle też przestraszyła mnie myśl, że utracę

Adama. Uświadomiłam sobie z żalem, że nie próbował odwieść mnie od zrealizowania propozycji brata i od rozłąki z nim. Powiedział, że muszę słuchać się brata. Jest za młody, nie może brać na siebie odpowiedzialno¬ści za mój los. Będzie czekał na mnie w Palestynie, aż ukończę studia. Przez niego nie wolno mi zaniedbywać nauki. On nie posiada nikogo, kto by się o niego troszczył, musi iść z kibucem… Nie mogłam napisać bratu, że mam przyjaciela i pragnę, aby pojechał ze mną do Francji. Była to wszakże moja największa tajemnica, którą ukrywałam przed nim. Przyrzekłam, że nie zwiążę się z nikim… I jak teraz zostawić przyjaciela, wyjechać do kraju, gdzie będę żyć w lepszych warunkach? A co z ideałami kibucowymi, które tak opiewałam w swych utworach i z takim przejęciem czytywałam na wieczor¬kach piątkowych? Jak stanąć przed towarzyszami i po¬wiedzieć, że ich opuszczam i jadę do Paryża?
Nie spałam po nocach z powodu tych rozważań i wahań. Gdyby Adam sprzeciwił się naszej rozłące, okazał żal — odmówiłabym bratu. Wyznałabym całą prawdę i zostałabym tutaj. Rzeczowa, niesentymentalna Golda była o wszystkim poinformowana. Śmiała się z moich skrupułów. W jej oczach były one niepoważne wobec naszej ówczesnej sytuacji bez wyjścia. Przekonywała mnie i dodawała odwagi, radziła przyjąć propozycję brata. I pomagała mi w chwilach, gdy wszyscy odsunęli się ode mnie. „Nieważne, co mówią towarzysze i oburzony kiero¬wnik, nieważny Adam” — mówiła. Adam poczeka na mnie, jeśli kocha, a jak nie, znajdę sobie innego… Powin¬nam słuchać brata, który pragnie mi pomóc.
Fela zdziwiła się tym planem i zawołała: „Więc nie chcesz pojechać razem ze wszystkimi towarzyszami do Palestyny, do kibucu?!” To właśnie najbardziej mnie niepokoiło, spowodowało tyle wyrzutów sumienia. Przed kimś jednak musiałam czuć się winna — albo przed kibucem, albo przed jedynym, ocalałym z całej rodziny bratem. Tak trudno mi było się zdecydować!
Zawiadomienie o wizie z konsulatu francuskiego we Frankfurcie położyło kres moim wahaniom. Było to latem 1947 roku (nasz kibuc pozostał w Eschweige do jesieni). Wyznałam kierownikowi, że jadę do Francji uczyć się. Musiałam otrzymać zwolnienie z pracy na jeden dzień i pieniądze na bilet do Frankfurtu, a to zależało oczywiście od niego. Z wrogim, zaciętym wyra¬zem twarzy wysłuchał mnie i dał pieniądze. Od tej chwili jednak wszyscy towarzysze zaczęli ignorować mnie, jakbym była powietrzem. Nie rozmawiali ze mną, nie miałam prawa uczestniczyć wieczorem w zebraniach. Ciężko mi było nawet siedzieć wśród nich w jadalni. Wszędzie czułam ich wrogie spojrzenia. „W Palestynie są również szkoły, ale ty wolisz przeklęty galut!” — mówili. Tłumaczyłam, że przyjadę do nich po ukoń¬czeniu nauki, że muszę być posłuszna bratu, ale oni lekceważyli moje argumenty, drwili z brata. Nie wyob¬rażałam sobie, że spotkam się z takim brakiem tolerancji i zrozumienia. Ostatnie dni przed wyjazdem z kibucu były zupełnym koszmarem!
Dwukrotnie jechałam do Frankfurtu — raz po ode¬branie wizy i następnie, aby wsiąść do pociągu do Paryża. Adam towarzyszył mi w tych podróżach. Miał
swoje prywatne oszczędności i to wystarczyło mu na bilety w obydwie strony. Imponowała mu ta cała „zawierucha” wokół mojego wyjazdu, zwolnienie z pra¬cy, ucieczka z monotonnej codzienności. Pomagał mi w przygotowaniach i w załatwianiu sprawunków. Adam lub Fela przynosili mi do pokoju posiłki, żebym nie musiała wysłuchiwać obelżywych uwag towarzyszy w ja¬dalni. Golda również dodawała mi otuchy, uśmiechała się do mnie serdecznie, gdy ktoś obrzucał mnie wrogim spojrzeniem bądź słowem.
Wreszcie Adam zapakował mi walizeczkę, którą zdo¬był dla mnie. Miałam jeszcze trochę odzieży przywiezio¬nej z Warszawy. Z kibucu nie dostałam niczego, nawet ręcznika czy chusteczki do nosa… Adam wpakował mi kilka kanapek do walizki i opuściłam Eschweige. Jak złodziej, jak zdrajca… Zamieniłam wszak kibuc i szczyt¬ne ideały narodowe na zdemoralizowane społeczeństwo i jego przestarzałe tradycje w galucie… Równało się to przestępstwu, brakowi moralności. Było mi ciężko na duszy. Fela pożegnała mnie żydowskim „Zej gezunt” (Bądź zdrowa), Golda natomiast przycisnęła mnie moc¬no do siebie, wyrażając tym jednocześnie pełne uznanie dla mojej decyzji. Jakbym wychodziła na wolność, która dla niej była nieosiągalna.
Na dworcu we Frankfurcie zapytałam napotkaną kobietę, gdzie znajduje się peron, z którego odchodzi pociąg do Paryża. Byłam przekonana, że posiadam wszystko konieczne do wyjazdu, otrzymałam przecież w konsulacie wszelkie upoważnienia… Kobieta przypa¬trzyła mi się uważnie i zapytała, czy już kupiłam bilet?
Nie. Niczego nie kupowałam, w konsulacie zaopatrzyli mnie we wszystko… Pokazałam dokumenty. Oczywiście nie było w nich biletu. Niebawem dowiedziałam się, że bilet można nabyć wyłącznie za obcą walutę — a ja nie miałam nawet miejscowej! Moja nowa znajoma zaopie¬kowała się mną i Adamem. Była Żydówką, studiowała we Frankfurcie. Wzięła nas do swego pokoiku w mieś¬cie, dała coś • zjeść i przenocowała. Nazajutrz rano zaprowadziła nas do urzędu Hajasu (Żydowskie Towa¬rzystwo Pomocy Żydom, pragnącym wyemigrować do Ameryki), gdzie otrzymałam bezpłatny bilet do Paryża i kilka franków szwajcarskich na drogę. Pożegnaliśmy się z tą dobrą kobietą i znów ruszyliśmy na dworzec, mimo że powiedziano nam, że mam pociąg dopiero we czwartek. Nie chciałam wierzyć. Był początek tygodnia i nie miałam po prostu co z sobą zrobić. Do kibucu nie mogłam już wrócić, nie miałam nawet dość pieniędzy na bilet, a we Frankfurcie również nie mogłam poradzić sobie bez pieniędzy. Nie chciałam także wracać do tej obcej kobiety. Zwróciłam się do zawiadowcy stacji i zapytałam, z jakiego peronu odchodzi pociąg do Paryża? Wskazał na pociąg stojący na peronie, obok którego właśnie się znajdowałam. Nie namyślając się ani chwili, wbiegłam do wytwornego wagonu, Adam wniósł mi walizkę i pożegnał się ze mną. Usiadłam przy oknie w pustym zupełnie przedziale. Po kilku minutach zapeł¬nił się oficerami amerykańskimi — i pociąg ruszył.
Nikt nie kontrolował biletów ani dokumentów. Po¬ciąg nie zatrzymywał się na stacjach. Jechali tu tylko amerykańscy oficerowie, więc kto miał ich kontrolować?
Bałam się ich. Amerykanie próbowali rozmawiać ze mną, ale nie odpowiadałam. Nie rozumiałam ani słowa po angielsku. Śmieli się, podawali poczęstunek, gazety. Wykręciłam się do nich plecami, aby ukryć swoje zażenowanie i lęk. Zaczęli rozmawiać między sobą i zapomnieli widocznie o mojej obecności. Zdrzemnęłam się. Kiedy rozbudziłam się, pociąg stał na jakiejś sta¬cji — mówiono tam po francusku. Ledwie mogłam uwierzyć. Byliśmy już we Francji. Moje napięcie zelża-ło — wszystko jest w porządku!
Nad ranem wszedł do wagonu konduktor. Sprawdzał bilety. Podałam swój, nie przeczuwając nic złego, ale konduktor powiedział coś surowym tonem. Przestraszy¬łam się nie na żarty. Pokazałam wszystkie dokumenty. Przecież dali mi to we francuskim konsulacie, koledzy brata załatwili wszystko… Czego on chce ode mnie?! Czy zawróci mnie do Niemiec? Dlaczego się tak złości? Jeszcze mnie zaaresztują i nikt nawet nie dowie się o tym. Poczta kursuje tak powoli i nieregularnie! Najgorsze myśli przychodziły mi do głowy. Konduktor rzucił moje dokumenty i coś wyjaśniał jednemu z siedzą¬cych tu oficerów, który wmieszał się w ten incydent. Nie rozumiałam niczego. Byłam przekonana, że brak mi jeszcze jakichś dokumentów. W końcu oficer podniósł się, wyjął portmonetkę i podał konduktorowi pieniądze. Dał mi do zrozumienia łamaną niemczyzną i na migi, że mój bilet nadaje się do wagonu trzeciej klasy, której w ogóle nie było w tym pociągu dla wojskowych amerykańskich. Pociąg taki kursował tylko raz w tygo¬dniu — we czwartki… Dopłacił za mnie różnicę. Ńa szczęście uwierzyli mi, ze nie myślałam nikogo oszuki¬wać. Dojeżdżaliśmy już do Paryża.
Wysiadłam ze swą walizką, którą tragarz wyjął mi z ręki i wyniósł na ulicę. Musiałam zapłacić szwajcar¬skimi frankami z Hajasu za nie proszoną usługę. Więcej nie posiadałam. Nie wiedziałam, dokąd udać się w tym olbrzymim, ruchliwym mieście. Nikt na mnie nie czekał, gdyż trudno było kogoś zawiadomić o dokładnej dacie mojego przyjazdu. Trzymałam w ręku adres Doroty, córki naszych dobrych znajomych sprzed wojny. Przyja¬źniła się z Markiem w getcie. Uczyła się w szkole dla pielęgniarek przy szpitalu żydowskim. Marek pracował w tym szpitalu. Ojciec Doroty, bogaty fabrykant, bar¬dzo go lubił za jego energię i pracowitość. Brat Doroty studiował wraz z Markiem na uniwersytecie w Paryżu. Starsza siostra pojechała na wakacje do brata i tam już oboje przetrwali wojnę. Rodzice wyszli na „aryjską” stronę w czasie likwidacji getta. Ukryli się w bunkrze u Polaków, ale ktoś ich zadenuncjował. Było ich tam kilkoro. Gestapo wyprowadziło ich z tego bunkra i rozstrzelało. Wcześniej jeszcze spotkaliśmy ojca Doro¬ty podczas wielkiej selekcji, zwanej „kotłem” na Miłej. Poradził wtedy mamie, żeby ukryła się gdzieś, gdyż bez numerka i z dwojgiem dzieci (ja i kuzynka) na pewno nie ma szans. Przed przejściem na „aryjską” stronę rodzice Doroty zostawili nam wiele drogocennych pro¬duktów żywnościowych. Wkrótce potem zostali zabici. Dorota wychodziła na miasto, posiadała „aryjskie” papiery i „dobry” wygląd. Któregoś dnia złapano ją w czasie łapanki wraz z wieloma Polakami i wysłano do
Niemiec do pracy na roli. Uchodziła za Polkę. Poznała tam młodego Polaka, również więźnia. Pomagał jej bardzo, opiekował się nią, jak mógł. Po wyzwoleniu pobrali się i pozostali w obozie w Austrii. Marek, który po wojnie z nieopisaną pasją poszukiwał swych znajo¬mych i krewnych na całym świecie, odnalazł Dorotę i skontaktował ją z siostrą i bratem we Francji, ponie¬waż wpadł na ich ślad wcześniej. I tak dotarła z mężem do Paryża. Kiedy byłam w Eschweige, Marek prosił ją
0 pisanie listów do mnie. Chciał, abym nie czuła się osamotniona, może też przypuszczał, że listy z Francji dotrą do mnie szybciej niż z Polski. Dorota, pod jego wpływem, także namawiała mnie do opuszczenia kibucu
1 do rozpoczęcia nauki w Paryżu.
Zupełnie oszołomiona podeszłam do pewnej starszej pary. Pokazałam karteczkę z adresem i dodałam w kilku słowach, które mogłam wymamrotać po francusku, że jestem „deporte”, czyli byłym więźniem nazistów — znajduję się po raz pierwszy w Paryżu i… nie mam pieniędzy. W owym czasie każdy tu wiedział, co oznacza słowo „deporte”; nikt nie zostawiał takiego człowieka bez pomocy. Wzięli mnie do metra, zapłacili za bilet i doprowadzili pod drzwi mieszkania Doroty. Zapukali, wyjaśnili Dorocie wszystko i żegnając się serdecznie odeszli.
Dorota była bardziej zdumiona niż uradowana moim zjawieniem się. Z trudem wykrztusiła z siebie jakieś słowa podziękowania tym starszym ludziom, nie wie¬dząc, skąd wzięli się tutaj i co zrobić ze mną. Dłuższą chwilę milczała, przypatrując mi się od progu. Ja również stałam jak zdrętwiała. Jakby pochłonęła mnie ciasna, ciemna klatka bez wyjścia. Zrobiło mi się tak duszno, tak strasznie! Gdybym mogła zbiec tymi kręty¬mi schodami, uciec szybko, ile sił w nogach, z tej zimnej, ciemnej sieni starego domu na rue de La Harpe, dogo-nić z powrotem pociąg do Eschweige i… wrócić do kibucu, do przestronnej farmy i wesołego hałasu. Tam, gdzie moja obecność była pożądana. Tu nikomu nie jestem potrzebna. Dorota nawet nie starała się zama¬skować tego uczucia. Dławiło mnie w gardle. Zmagałam się z sobą, aby nie wybuchnąć płaczem. Zresztą, na co by się teraz zdały łzy! Nie poruszą obojętności gos¬podyni domu, nie zapewnią mi możliwości ucieczki, powrotu! Po co tutaj przyjechałam, dlaczego dałam się namówić?! Czułam się tak, jakbym wpadła w pułapkę. Bezsilna, bezradna. Nie wiem, jak długo to trwało, ale w końcu dotarło do mnie pytanie: „Dlaczego stoisz w progu? Wejdź, odstaw walizkę”. Wydawało mi się, że drwi z mojego rozżalenia, z widocznych wysiłków przezwyciężenia łez. Nie chciała mnie tutaj i obser¬wowała bacznie moją reakcję. Miała wąskie, zaciśnięte wargi, bladą twarz, gęste, kędzierzawe włosy, garbaty nos. Wciąż jeszcze trzymałam walizkę w ręku, nie mo¬gąc pogodzić się z sytuacją. „Siadaj, odstaw wreszcie walizkę, nikt ci jej nie zabierze” — zaśmiała się głośno. Słuchałam jej automatycznie, wciąż myśląc, skąd się tutaj wzięłam i po co. Kiedy przyjedzie mój brat i nie będę zależna od tej przykrej, a tak obcej mi kobiety?! Wymamrotałam głośno to pytanie, jednocześnie po¬równując obecne zachowanie się Doroty z serdecz¬
nymi, pięknymi listami, które otrzymywałam od n|eJ w Niemczech. Moje rozczarowanie nie miało granic- Rozglądałam się w osłupieniu. Jeden mały pokoik. Stoł i kilka krzeseł, szafa, tapczan, za parawanem kuchenka gazowa i zlew. A przed moimi oczami wciąż jeszcze wczorajszy obraz rozległej farmy, pełne młodzieńczego gwaru pokoje towarzyszy, śpiew, hora, marzenia o dale¬kiej, niezwykłej podróży do Palestyny. Tutaj taka cisza, pustka! I ta odpychająca niechęć! .
Cienkim, piszczącym głosem Dorota oświadczyła, że ma dla mnie dwadzieścia dolarów. Przysłał je dla mnie na prośbę Marka wuj z Argentyny, brat matki, któiy wyemigrował do Ameryki Południowej przed moim urodzeniem. Znałam go tylko z fotografii. Dorota poinformowała mnie, że suma la wystarczy mi tym¬czasowo na skromny hotel, aż znajdzie się jakieś inne wyjście. Marek rychło nie przyjedzie. Uczy się. Potrwa to rok, a może dłużej!… Jakby kamienie spadały mi na głowę. Co z sobą pocznę? Jak wytrzymam samotność w tym ogromnym, obcym i nie znanym mieście? Bez znajomości języka? Hotel? Nigdy w życiu nie byłam w hotelu. Bałam się tego potwornie. „O, gdyby mi tylko pozwoliła tu zostać i nie odsyłała do hotelu!” — myś¬lałam w duszy. „Nie ma dla mnie miejsca, nie ma domu, który by mnie przygarnął” — huczało mi w głowie. Brat jest daleko i nieprędko przyjedzie. Dlaczego nie pisał mi prawdy, dlaczego nie zabrał mnie do siebie, do War¬szawy, jeżeli tak pragnął, żebyśmy byli razem i żebym się uczyła?!
Byłam całkowicie nie przygotowana do tego zwrotu w moim życiu. Marek pisał mi przecież, że jego przyja¬ciele czekają na mnie, że przyjmą mnie w Paryżu jak prawdziwą siostrę… Przyjście Wacława, męża Doroty, okazało się wybawieniem. Był radośnie zaskoczony moim przybyciem. Wypytywał serdecznie o szczegóły podróży, o życie w kibucu. Pomógł nakryć uroczyście do stołu na cześć gościa… Zapraszał wciąż do jedzenia. Jestem wszak głodna i zmęczona po długiej podróży… Trzeba też zadbać o posłanie na noc, przecież nie pośle samej dziewczyny do hotelu!
Kamień spadł mi z serca. Ktoś wreszcie zrozumiał, ktoś odgadł moje myśli, mój lęk! Miałam ochotę błagać, aby nie odsyłali mnie ze swego domu aż do przyjazdu Marka. Ale Dorota była taka zdecydowana, może zresztą słusznie. Mieszkanie było maleńkie, ciasne. Jed¬nakże przy dobrej woli wszystko jest możliwe. Byłam szczęśliwa na posłaniu, jakie urządzili mi na podłodze. Dorota śmiała się. Zgodziła się, mimo że to ona decydowała o wszystkim w tym domu. Pancerz obojęt¬ności powoli z niej opadał. Byłam wszak siostrą jej przyjaciela młodości, pamiętała mnie sprzed wojny, wiedziała, co przeszłam. Dwie duże fotografie jej rodzi¬ców stały na kominku w pokoju. Rodzice pochodzili z Litwy, ale mieszkali w Warszawie, mieli tam dużą fabrykę konserw. Szczególnie ubóstwiała ojca. Był przy¬stojnym, barczystym mężczyzną, zaradnym i kochają¬cym. Ja taże pamiętałam jej rodziców. Ona znała moich. Łączyła nas wspólna przeszłość z Warszawy, z getta. Opowiedziałam im o tych ostatnich dniach w getcie, kiedy to jej ojciec uratował nam życie.
Z czasem Dorota bardzo polubiła moje opowiadania
0 ki bucu, o moich planach i doświadczeniach z przeszło¬ści. Polubiła mój entuzjazm i naiwną wiarę w życie
1 ludzi, tak obcą jej charakterowi, który cechowały chłód i cynizm. Stanowiłam dla niej urozmaicenie, wniosłam nową barwę w jej monotonny, ograniczony tryb życia i zainteresowania. Pomagałam Dorocie w pracy domowej, chodziłam z nią po zakupy. Przecha¬dzałyśmy się po ulicach, zatrzymując się długo przed wytwornymi wystawami. Dorota wzdychała tęsknie do prezentowanych na nich luksusów, które były dla niej nieosiągalne. Marzyła o futrach, biżuterii, pięknych sukniach — o aucie… Również ciastka w drogich cukierniach i inne łakocie wchodziły w krąg tych marzeń. Ubóstwiała słodycze. Mnie nie porywały jej ambicje i aspiracje. Nie zarażałam się jej entuzjazmem. Wolałam te z kibucu.
W niedziele towarzyszyłam Dorocie i Wacławowi w spacerach. Lubili zadziwiać mnie czarem Paryża. Wacław znał zaledwie kilka słów francuskich, mimo że mieszkali już tutaj ponad dwa lata. Dorota mówiła i pisała płynnie po francusku. Wacław pochodził ze wsi we wschodniej Polsce. Był przystojny, szczupły i dob¬roduszny. Jasna, typowo słowiańska twarz, gładkie ciemnoblond włosy i niebieskie oczy. Miał dwadzieścia kilka lat. Jego poziom intelektualny i wykształcenia był niższy od Doroty, ale rozumieli się i kochali. Wacław otaczał żonę serdeczną opieką, słuchał jej we wszystkim. Pracował w żydowskiej instytucji opieki nad sierotami wojennymi (OPG) jako magazynier. Zarabiał niewiele.
Żyli więc skromnie i oszczędnie. Dorota była dobrą, rozsądną gospodynią. Oboje marzyli o emigracji do Ameryki, będąc przekonani, że za oceanem dorobią się szybko majątku. Po latach, przy pomocy mojego brata i krewnych Wacława, zrealizowali to marzenie i rzeczy¬wiście powiodło im się tam.
Podziwiałam, jak Dorota, będąc kiedyś tak wypiesz¬czoną, bogatą córką wielce wpływowego ojca, przy¬stosowała się do ubogiego życia. Sama nie podkreślała nigdy swego pochodzenia, jakby starała się raczej zapo¬mnieć o tym. Ale wciąż jeszcze zależało jej na modnej, eleganckiej odzieży, na naczyniach i sprzętach w najlep¬szym gatunku i smaku, takich, jakich używano w domu jej rodziców przed wojną.
Dorota dbała również i o mój wygląd zewnętrzny. Doradzała mi taką odzież, która ukrywała okrągłość moich kształtów, wydłużała niewielką postać i odpowia¬dała mniej więcej panującej modzie. Niewiele wtedy mogłam sobie kupić, ale coś niecoś Dorota uszyła mi u niedrogiej krawcowej albo dawała mi niektóre drob¬nostki z własnej garderoby. Mówiła, że ciemniejsze barwy wyszczuplają mnie, dłuższe suknie i pantofle na wysokich obcasach przydadzą mi wzrostu, a wysoko zaczesane, gęste i faliste włosy dopełnią reszty. Na szczęście włosy miałam ładne i niczego nie trzeba było w nich poprawiać… Dorota przykładała do tych spraw dużą wagę. Zawsze też radziła się w tym Ali, swej starszej siostry, kobiety eleganckiej, na której guście polegała bardzo i wzorowała się. Położenie finansowe Ali nie było najlepsze, ale mieszkała w dużym, pięknym
fi-i
domu w bogatej dzielnicy Paryża. Mieszkanie miała po mężu, z którym rozwiodła się. Pracowała jako sekretar¬ka brata i zarabiała na skromne utrzymanie. Dzieci nie miała. Dwa razy wychodziła za mąż, ale w obydwu przypadkach niefortunnie. Między siostrami panowały doskonałe stosunki. Miały takie same zapatrywania, gust, aspiracje. Zakres ich zainteresowań był ograniczo¬ny i ciasny, a poglądy na świat przestarzałe, pełne ślepego uporu. Często wymieniały między sobą złośliwe uwagi pod adresem krewnych lub znajomych, których gusta i światopogląd były w sprzeczności z ich wła¬snymi. Niejednokrotnie wyśmiewały się z planów Mar¬ka, o których pisał w listach do Doroty. Jego rozmach i entuzjazm wydawał im się nierealny i przesadzony, toteż drwiły z niego bezlitośnie. Było mi niezmiernie przykro tego słuchać, ale milczałam, gdyż wyśmiałyby mnie tak samo za wrażliwość i sentymentalizm. W duszy zdumiewałam się, jak mój mądry, bystry brat nie zna wcale swoich przyjaciół i nie potrafi dobrać ich właś¬ciwie. Dawniej polegałam na nim tak bardzo i ślepo wierzyłam we wszystko, co mi mówił, ale teraz przeko¬nałam się, że nie zawsze wie i ma rację…
Brat Doroty, Jacques, zaczął starać się dla mnie o miejsce w internacie OPG w miasteczku Virofle, na linii Paryż—Wersal. Pół godziny jazdy pociągiem do Paryża. Jacques prowadził zamożne życie. Mieszkał ze swą rodziną w pięknym, obszernym mieszkaniu. Oczy¬wiście, nie znalazło się tam miejsca dla siostry przyjacie¬la. Zresztą nie czułam się u nich dobrze nawet wtedy, gdy wraz z Dorotą i jej mężem bywałam zapraszana na obiad. W domu tym panowała oficjalna atmosfera i jakieś przykre, żenujące napięcie. Oddychałam z ulgą, gdy wracałam do mieszkania Doroty i Wacława. Jac¬ques był bliskim przyjacielem Marka w latach uniwer¬syteckich i przyrzekał mu wszelką pomoc dla mnie, gdy przybędę do Paryża. Tak samo mniej więcej zachowali się względem mnie i inni jego koledzy, o których pisał mi „cuda” do Eschweige.
Moje pierwsze listy do brata były pełne żalu i wy¬rzutów. Byłam rozczarowana wszystkim, a głównie faktem, że nie przyjeżdża do Paryża i będę musiała długo być sama wśród obcych. Odpisywał mi szybko i bardzo obszernie. Starał się mnie uspokoić, dodać odwagi i otuchy. Przyznawał mi rację we wszystkim, przepraszał, chwalił mnie i tłumaczył, jak ważna jest nauka w tak wielkim i kulturalnym mieście, jakim jest Paryż. Kazał mi się uzbroić w cierpliwość, być silną i samodzielną. Wierzył, że moja inteligencja pomoże mi wytrwać i przezwyciężyć wszelkie trudności. Nie byłam ani tak bardzo o tym wszystkim przekonana, ani szczęśliwa. Nie było jednak rady.
Tęskniłam za Warszawą, za językiem polskim, w któ¬rym o tyle łatwiej byłoby się uczyć. Tęskniłam za kolegami i koleżankami z kibucu. Tutaj nie znałam nikogo oprócz Doroty i jej rodziny. Wlokłam się za nimi wszędzie. Opowiadałam często Dorocie o życiu i dąże¬niach w kibucu. Słuchała mnie uważnie, a potem powtarzała mężowi i siostrze, przyprawiając to wła¬snymi komentarzami i drwiną. Kpiła zwłaszcza z komu-ny, ze wspólnoty mienia, etosu pracy i z gorącego
klimatu pustynnej i ubogiej Palestyny, w której prag¬nęliśmy osiedlić się i żyć… Cieszyła się, że te głupie mrzonki są już poza mną. Również z opowieści o Ada¬mie zaśmiewała się. Nie ma zawodu ani pieniędzy, jaką więc egzystencję może zapewnić rodzinie? Wszystko to są dziecinne głupstwa, z których wyleczę się, gdy spoważnieję i nabiorę rozumu.
Lato było w pełni. Wakacje. Rozpoczęłam naukę francuskiego na specjalnych kursach w Alliance-Fran- ęaise, a potem w prywatnym gimnazjum, gdzie od¬bywały się dodatkowe kursy z rozmaitych przedmiotów dla słabszych uczniów. Czułam się źle wśród francuskich uczniów. Byłam obca, inna. Godziny w klasie upływały mi w napięciu i zdenerwowaniu. Dlatego tak tęskniłam za Warszawą. Tam nauka przychodziła mi z łatwością. Nie wyobrażałam sobie, jak zdołam zdać maturę. Brat był przekonany, że przezwyciężę te trudności, opanuję wkrótce język i dalej wszystko potoczy się gładko. Tylko początki są ciężkie — pisał w swych optymistycznych listach. Był zadowolony, że już nie znajduję się w Niem¬czech, nie marnuję czasu w kibucu.
Rzeczywiście, robiłam szybkie postępy w nauce języ¬ka. Starałam się o to bardzo. Nawet listy do brata zaczęłam pisać po francusku, żeby się wprawiać i nie tracić czasu. A on cieszył się i wychwalał moje postępy, przesadzając niemało dla dodania mi otuchy. Poznałam też lepiej topografię Paryża i układ komunikacyjny miasta, co zwolniło mnie od poprzedniej zależności od Doroty i jej męża. Mogłam już sama poruszać się swobodnie. Nie przestawałam jednak marzyć o po¬wrocie do kibucu, o wyjeździe do Palestyny, aby żyć wśród mnie podobnych — wśród Żydów. Paryż — nie zniszczony, piękny, rozświetlony tysiącami świateł i barw — jeszcze bardziej przypominał mi o moim sieroctwie i ubóstwie. W Warszawie wszystko było zniszczone, wszędzie ciemność i gruzy. Po wojnie każdy szukał drogi do odbudowy swej egzystencji, nie byłam więc wyjątkiem. W Paryżu w ogóle nie odczuwało się, że była wojna, naziści, obozy śmierci. Spadłam tutaj jakby z niepojętego świata koszmarów. Może tylko zdawało mi się, że tak jest, w porównaniu z tym, co wyzierało na zewnątrz w Warszawie i w Paryżu. Nie pasowałam do tego, niczym nie zaćmionego, krajobrazu. Tęskniłam do towarzyszy losu, z którymi łatwo znajdowałam wspólny język. Gdyby choć mój brat był blisko!
Dorota i Wacław trzymali mnie u siebie w domu, spałam z nimi w pokoju na podłodze. Byłam im nieskończenie wdzięczna, że nie posłali mnie do hotelu i nie skazali na przerażającą samotność. Polubili mnie, przyzwyczaili się do mojej obecności, jednak byłam kimś, kogo dziwny przypadek narzucił im, a oni — z rozmaitych przyczyn — pogodzili się z tym faktem. Ich dom nie był moim domem. Byłam zdecydowana uczyć się pilnie, aby jak najprędzej ukończyć szkołę i wrócić do kibucu, gdzie będę żyć jak równa wśród równych. Nawet w domu brata nie czułam się tak, jak w kibucu. Nie zapomniałam tego ani w Niemczech, ani w Paryżu, mimo że warunki życia w Warszawie i w Pa¬ryżu były o wiele lepsze od tych, które panowały w kibucu.

Upały sierpniowe w maleńkim mieszkanku Doroty dawały się nam mocno we znaki. Duchota doprowadza¬ła do szału. Myliśmy się w zlewie za parawanem, tam też prałyśmy bieliznę i zmywały naczynia. Nierzadko chło¬dziliśmy się nad brzegiem Sekwany wraz z setkami Francuzów, czasami wyjeżdżaliśmy na weekend na wieś lub do Lasku Bulońskiego.
Przypatrywałam się wszystkiemu wokoło: ulicom peł¬nym świateł, reklam i wspaniałych wystaw sklepowych, a także różnokolorowym tłumom mieszkańców mia¬sta — Murzynom, Azjatom. Nigdy przedtem tego nie widziałam. Dlatego czułam się tak często zagubiona w tym ogromnym, różnorodnym tłumie. Bez przynależ¬ności do kogoś, oderwana, zignorowana. Starałam się dopasować, upodobnić do ogółu. Zapomnieć o prze¬szłości dalekiej i bliskiej, aby nie przeszkadzała mi wtopić się w atmosferę paryską.
Będę musiała stanąć do egzaminów razem z uczniami francuskimi, nauczyć się tego, co oni nabyli w szkole stopniowo, rok po roku, normalnie. Dogonić i dorów¬nać rówieśnikom paryskim. Przytłaczał mnie ciężar tego obowiązku i odpowiedzialności. Tyle materiału trzeba będzie nadrobić! Czy podołam? Jak długo to potrwa? Czy przyjmą mnie potem do siebie towarzysze kibuco- wi? Czy wybaczą, że opuściłam ich? Czy Adam będzie czekać na mnie? Byłam pełna wątpliwości. Brat wierzył w moje siły, ale znajdował się daleko, w Warszawie, i wciąż, z różnych powodów, odraczał termin swego przyjazdu do Francji. Bez dyplomu lekarskiego nie wyjedzie z Polski, nie zrezygnuje z długoletnich wysił¬ków. Kiedy jeszcze byłam w Niemczech i nie okazywa¬łam chęci wyjazdu do Francji, pisał, że przyjedzie do mnie szybko, nawet jeżeli będzie musiał przerwać chwi¬lowo studia. Teraz czekałam na niego, żyłam tym wyczekiwaniem — od listu do listu… Kiedy wreszcie zrealizują się jego wspaniałe obietnice?
Otrzymywałam również listy od bliskich przyjaciół z kibucu. Było w nich wiele błędów ortograficznych, ubóstwo wyrazów. Cieszyłam się tymi listami, ale wska¬zywały mi one także, jak bardzo oddaliłam się od moich kolegów, od ich poziomu. Już nie stałam w miejscu, jak oni w Eschweige. Uczyłam się, robiłam postępy w nauce języka, nabierałam ogłady. To wielkie miasto oddziały¬wało na mój rozwój. Poznałam jego piękno i czar. Jakaś lekkość i szyk tutejszych mieszkańców udzieliły mi się również — albo łudziłam się, że tak się dzieje. Na-śladowałam paryżanki, wydawało mi się, że jestem jedną z nich. Jakiś głos wewnętrzny wmawiał mi to poczucie i nakazywał wykreślić z pamięci wszystko inne… Nie było to trudne, gdyż nikt nie znał mnie tu przedtem, nie mówił moim językiem, nie żył według moich dotych¬czasowych obyczajów, nie był świadkiem ani towarzy¬szem mojej niedawnej niedoli i cierpień. Myślałam często o towarzyszach z kibucu, ale oni także z każdym dniem stawali się coraz bardziej obcy duchowo.
Rzeczywistość jest silniejsza od wszystkiego. Przeko¬nałam się o tym niejednokrotnie w moim krót- kim-długim życiu. Konieczność dopasowania się, aby
móc istnieć, umożliwia ujawnienie zdolności i zaradno¬ści, o które przedtem człowiek nawet siebie nie podej¬rzewał. Może to właśnie moja straszna przeszłość obda¬rzyła mnie siłą przezwyciężania wszelkich przeszkód i trudności? Rozmaite „cuda”, które zdarzyły mi się wtedy, wpoiły we mnie nadzieję, że znajdzie się roz¬wiązanie każdego problemu i że istnieje wyjście z każdej niebezpiecznej i skomplikowanej sytuacji. Życie wciąż zdumiewało mnie na nowo rozmaitymi niespodzianka¬mi, co dzień, co godzinę… Zawsze układało się inaczej, niż myślałam, niż planowałam. Fakt, że przeżyłam oku¬pację hitlerowską i obozy zagłady, to jeden wielki, nie-możliwy cud — jak więc nie wierzyć dalej? W owych latach na skraju śmierci nie było zła, po którym nie mogło przyjść jeszcze gorsze, ale poznałam też dobro, miłość i bezgraniczne oddanie oraz ich cudotwórczą po¬tęgę. Moi bliscy tak troszczyli się o mnie, tak drżeli
0 mój los! Nigdy przedtem nie okazywali mi, że jestem im tak droga, że będą gotowi tyle dla mnie poświęcić. Doświadczenia te zahartowały mnie, nauczyły odgady¬wać intencje każdego słowa, wyrazu twarzy lub uśmie¬chu skierowanego do mnie. Może i ta umiejętność po¬mogła mi wówczas przeżyć? Odgadywałam bowiem róż¬ne rzeczy, wyczuwałam niebezpieczeństwo jak ścigane zwierzę i reagowałam natychmiast. Wtedy nic nie było stałe, nic nie było pewne, nic nie było wiadome.
Teraz musiałam nauczyć się dawania sobie rady ze wszystkim, nie tylko ze swym ciężarem przeżyć. Rany
1 blizny zaleczyły się na tyle, że nie przeszkadzały mi już żyć. Nie było czasu myśleć o nich, zeszły na drugi plan wobec palących problemów teraźniejszości. Czułam, że przeszłość, jakkolwiek by była wielka i wstrząsająca, obecnie nie liczy się. Aby istnieć, należy zakorzenić się w rzeczywistości, nie oglądając się wstecz i nie zatrzymując się na tym, co było. Na Majdanku i w Oświęcimiu…
Pod koniec lata Jacques załatwił mi miejsce w inter¬nacie dla sierot żydowskich w Virofle. Rozumiałam doskonale, że nie mogę dłużej obciążać Doroty i Wacła¬wa. Ich mieszkanie było tak małe — a tu jeszcze ja na skrawku podłogi za stosem kołder! Również wiele produktów żywnościowych kupowało się jedynie na przydział, w tym też chleb i mięso, do których jako cudzoziemka nie miałam prawa, a dochody Wacława były bardzo niskie. Oczywiście, nie dawali mi odczuć tych trudności, ale byli radzi, gdy Jacques znalazł rozwiązanie tego problemu. Wytłumaczyli mi, że inter¬nat w Virofle jest obszerny i piękny. Na pewno będzie mi o wiele wygodniej niż u nich. Niełatwo można dostać się do tego domu, więc powinnam być wdzięczna, że mnie się udało, tym bardziej że nie jestem Żydówką francuską.
Nastał nowy rok szkolny. Rozpoczęły się nużące podróże między Virofle a Paryżem. Kolega brata zapisał mnie do pierwszej licealnej, według wieku, a nie klas, które ukończyłam. Nie wziął pod uwagę przerobionego już materiału, który był mi nie znany, i mojej słabej znajomości języka francuskiego, w jakim miałam to wszystko nadrabiać, ucząc się równocześnie bieżącego programu. W klasie dręczył mnie niepokój i wstyd przed Francuzami. Nie rozumiałam wykładów, nie śmiałam
prosie o dodatkowe wyjaśnienia, nie wiedziałam, jak i gdzie ukryć swoje zeszyty przed oczami siedzących obok mnie uczniów, aby nie śmieli się z moich nie¬zliczonych błędów. Często przypatrywali mi się uważnie, jakby pytali, kim jest ta dziwna, grubiutka i speszona ciągle „petite Polonaise” i co tu pośród nich robi? Dlaczego tak bardzo stara się dotrzymać im kroku i tak wszystkich się lęka? Byli normalną młodzieżą, mieli dom, rodzinę. Uczyli się raczej z obowiązku, a niejedno¬krotnie z jawną niechęcią. Podczas długiej przerwy obiadowej wracali do domów, aby coś zjeść, odpocząć, przygotować się do dalszych lekcji. Ja musiałam biec, aby nie spóźnić się na pociąg — tam i z powrotem, cztery razy dziennie, zjeść szybko w internacie, wy-słuchać nie zawsze przyjemnych uwag z ust gospodyni domu, a potem wracać czym prędzej do klasy.
Jak już wspomniałam, zaczęłam naukę w czasie wakacji, ale we wrześniu wszystko stało się trudniejsze. Nie były to już kursy pomocniczo-przygotowawcze dla opóźnionych z niektórych przedmiotów, a regularna nauka, egzaminy i stopnie decydujące o kontynuacji studiów.
Dorota i Wacław zapraszali mnie, abym odwiedzała ich w czasie przerwy obiadowej i razem z nimi zjadała posiłek. Nie robiłam tego, nie chciałam nadużywać ich dobroci, i to na co dzień. Siadywałam w parku na ławce w pobliżu gimnazjum i uczyłam się. Jednakże chłód jesienny wzmagał się, nastały deszcze i nie mogłam pozostawać w parku. Musiałam wracać do internatu. Starałam się wykorzystać czas w trakcie jazdy. Czytywa¬łam teksty francuskie w pociągu nawet wtedy, gdy odbywałam podróż na stojąco. Nie opuszczało mnie przygnębienie. Nie miałam warunków do tak trudnej nauki. Wieczorami w pokojach internatu panowały hałas i tłok. Prawie wszystkie dziewczęta uczyły się zawodu. Wieczorami szukały odprężenia. Śpiewały, sprzeczały się głośno, opowiadały sobie o chłopcach itp. Ja jedna uczęszczałam do gimnazjum i ślęczałam upor¬czywie nad książkami i zeszytami — nikt nie rozumiał, po co mi to. Co to za dziwne, niepraktyczne zajęcie… Tutaj wyglądało to nawet na snobizm. Nie mówiłam przecież o strojach, o modzie, fryzurach, o powodzeniu u chłopców. Niekiedy opowiadałam o jakichś dziwnych, nierealnych kibucach, o dalekiej i nie mniej egzotycznej Palestynie, o wojnie i obozach śmierci, o moich tam przeżyciach i grozie ścinającej krew w żyłach. Dziwna istota, „petite Polonaise”…
Przesiadywałam do późnej nocy nad książkami i sło-wnikami. Czytałam literaturę francuską z poprzedniego stulecia, szukając tłumaczenia starego francuskiego na nowy — a potem na polski, żeby nareszcie zrozumieć tekst i móc odrobić lekcje. Pomijam już trudności w przedmiotach matematycznych, do których nie mia¬łam dostatecznego przygotowania z poprzednich klas. W internacie nikt nie mógł mi pomóc, nikt nie in¬teresował się tym, co robię. Interesowano się raczej mną samą, moim uporem w ślęczeniu nad książkami, fascy¬nującymi opowieściami. Mój entuzjazm i wiara w war-tości ludzkie wzbudzały zaciekawienie i sympatię. Było coś we mnie, czego dziewczęta z internatu nie znały.

Jakaś szczerość i umiejętność przekazywania własnych doświadczeń. Jednak nie współuczestniczyłam w ich rozrywkach, w sprawach codziennie je absorbujących. Lubiły mnie, ale nie byłam jedną z nich. Żyłam obok nich — a nie wśród nich… Mój świat nie mógł być ich światem, Byłam obca w każdym miejscu, w którym znalazłam się po wojnie. Byłam „inna”, czasem lepsza, czasem gorsza, nigdy taka jak wszyscy, choć tak bardzo pragnęłam nie wyróżniać się.
Kierowniczka internatu, Żydówka francuska, osoba niezmiernie energiczna, sucha i chłodna, odnosiła się do mnie bez jakiejkolwiek sympatii. Mieszkała tutaj z mꬿem i dzieckiem. Starała się prowadzić internat pedan¬tycznie i oszczędnie. Były to ciężkie czasy powojenne. Wszystkie posiłki były w regularnych porach i ilościach — to samo odnosiło się do używania elektryczności w po¬kojach. O godzinie dziesiątej wieczorem należało gasić światło — a ja jeszcze nie miałam odrobionych lekcji… O tej porze dopiero uciszało się w internacie i mogłam nareszcie skupić się należycie. Chowałam się z książ¬kami i zeszytami do łazienki, ale tam również dosięgało mnie baczne oko kierowniczki. Karciła mnie, nie chciała zrozumieć, nie pozwalała zapalić światła. Mimo tego robiłam poważne postępy w nauce. Mój francuski poprawił się wyraźnie. Dostałam nawet dobry stopień za wypracowanie klasowe. Tematem wypracowania był „Uśmiech dziecka”. Opisałam dziecko, które uśmiech¬nęło się do mnie w spokojną, piękną niedzielę na wsi francuskiej. Nauczycielka wezwała mnie do siebie. Za¬pragnęła dowiedzieć się o mnie czegoś więcej. Moje wy¬pracowanie wskazywało na umiejętności, o jakie mnie nie podejrzewała… Oceniła wypracowanie jako reali¬styczne i posiadające siłę wyrazu. Miałam wtedy siedem¬naście lat. Byłam szczęśliwa jej oceną i tym wyróż¬nieniem! Zaczęłam wierzyć, że również i w innych przedmiotach poszczęści mi się w końcu.
W końcu października niespodziewanie otrzymałam telefon od Ramiego, madrycha naszego kibucu. Znaj¬dował się u swych paryskich krewnych i nie mógł w żaden sposób porozumieć się z nimi. Nalegał, abym mu pomogła. Opanowało mnie niesamowite wzruszenie, gdy usłyszałam jego głos w słuchawce. Miałam wraże¬nie, jakbym powróciła do dawnego, mniej skompliko¬wanego świata. Nazajutrz zjawiłam się w domu jego krewnych. Natychmiast dowiedziałam się, że nasz kibuc jest już w Marsylii i oczekuje na odpłynięcie do Pale¬styny… Ostatni etap podróży! Słowa Ramiego przy¬prawiły mnie o przyspieszone bicie serca. Chciałam usłyszeć jak najwięcej. Tylko on mógł wyrwać się do Paryża, inni nie mieli takiej możliwości. Żałowałam bardzo. Jednak ucieszyłam się ogromnie tym spotka¬niem, jakbym przez Ramiego powitała cały kibuc. Ale tu, w tym paryskim mieszkaniu, ukazał mi się kierownik w innym zgoła świetle. Jakiś nędzny i nieokrzesany. Wzbudził we mnie przykre uczucie poniżającej litości. Były chwile, że po prostu wstydziłam się za niego… Tłumaczyłam na francuski, co mówił, cenzurując to jakoś, aby nie dotknąć jego krewnych. Byli urodzeni we Francji, zakorzenieni w tym kraju, przywiązani do niego. Nie znali swego polskiego krewnego — nie rozumieli nie tylko dlatego, że nie mówił ich językiem. Szumne hasła o syjonizmie i Palestynie, które Rami zwykł był głosić z powodzeniem na odciętej od świata farmie w Eschweige, wśród ludzi nie posiadających nikogo i niczego — tutaj brzmiały absurdalnie, a nawet nieprzyzwoicie. Gdyby raczej opowiedział coś o sobie, o losach rodziny, zapytał o szczegóły ich życia! Przecież nie znali się w ogóle, a on od razu o powinności wyjazdu każdego Żyda do Palestyny i o wyższości moralnej takich jak on ludzi, żyjących w kibucach.
Starałam się skierować rozmowę na inny temat i tym samym poprawić nieco atmosferę. Ale Rami nie potrafił myśleć o tym, co odczuwają inni ludzie, ani mówić
0 czymś innym niż o swej kibucowej teorii. Nie miał wszak pojęcia o zapatrywaniach krewnych, o ich ży¬ciu — był gościem z tak daleka, i to obcym, łączyła ich bowiem jedynie utrata krewnych w latach zagłady. A mądrych był widocznie zbyt przejęty swą misją syjonistyczną, aby to pojąć i właściwie ocenić.
Kiedy wyszłam z nim na spacer po Paryżu, sytuacja nie była wcale lepsza. Wciąż musiałam zwracać uwagę, napominać, że nie znajduje się teraz na farmie w Esch¬weige i trzeba trochę opanować głos, ruchy, gesty… Reagował na wszystko, co widział, jak ktoś z zapadłej, głuchej wsi. Czułam się starsza od niego, poważniejsza odpowiedzialna za jego zachowanie. Postać kierow¬nika, który był naszym nauczycielem i w pewnym sensie władzą, tak bardzo zmalała w moich oczach! Wspom¬nienie kibucu podlegającego mu z taką dyscypliną i posłuchem straciło również na swym czarze, do którego przecież nieraz tęskniłam. Byłam speszona tym odkryciem. Pragnęłam zwalczyć je w sobie. Najbardziej raziło mnie to, że Rami w ogóle nie odczuwał swej groteskowości, demonstrował głośno pewność siebie i jakieś dziecinne, denerwujące mnie, zadowolenie z sie-bie. Jednocześnie rozpływał się w okazywaniu mi poufa¬łego koleżeństwa. Jakby nigdy nie był moim zwierzch¬nikiem, nie wydawał nakazów, sądów i kar. Nie mogłam tego pojąć. Zbyt dobrze pamiętałam jego zimny dystans w kibucu, a szczególnie jego zachowanie wobec mnie, gdy powiedziałam mu, że muszę pojechać na pewien czas do Francji… Był wtedy taki niedostępny i władczy!
Rozmowy na temat towarzyszy w kibucu, z którymi rozstałam się przed paroma miesiącami, stanowiły re-kompensatę tego rozczarowania. Pociągały mnie z jakąś magnetyczną siłą. Porywał mnie każdy szczegół o ich życiu, o tym, co działo się z każdym z nich po moim- wyjeździe. Z listu Adama wiedziałam już, że przyjechali do Francji. Pojechałam nawet do Marsylii, aby ich odszukać. Dorota umożliwiła mi tę daleką i drogą podróż, ostrzegając jednocześnie, żebym nie ośmieliła się pozostać w kibucu i wyjechać z nim do Palestyny. Nie miałam takich zamiarów. Chciałam tylko spotkać towarzyszy, zobaczyć Adama. Całą noc jechałam pocią¬giem z Paryża do Marsylii. Zwracałam się do rozmai¬tych organizacji żydowskich. Odsyłano mnie z jednego adresu pod drugi — i w końcu wróciłam do Paryża z niczym… Miejsce pobytu moich towarzyszy, jak i innych, podobnych do nich, nielegalnych imigrantów — było otoczone tajemnicą. Nie dopuszczono mnie do nich. Moje błagania nie wywierały żadnego wrażenia.
Długo nie mogłam otrząsnąć się z przygnębienia i goryczy, że nie było mi dane spotkać się z przyjaciółmi. Ledwie zebrałam się w sobie i weszłam z powrotem w trans nauki, gdy w Paryżu zjawił się Rami. Znowu powstał zamęt w moim życiu. Nie mogłam pogodzić się z myślą, że oto nastał wreszcie ostatni etap przeprawy do Palestyny, a ja pozostanę we Francji… Nie spałam po nocach. Przeżywałam każdy szczegół swego życia, od¬kąd powróciłam z obozu — aż do przybycia do internatu. Oceniałam, komentowałam, porównywałam. Przeżywałam to wszystko od nowa. Szukałam w tych wspomnieniach przekonywającego argumentu, że po¬winnam teraz wrócić do kibucu. Brat był daleko i nie mogłam naradzić się z nim. Nie miałam nawet czasu, aby powiadomić go o moich wątpliwościach, gdyż Rami musiał wracać za dwa dni do Marsylii. A co oczekuje mnie tutaj, w Paryżu? Czy nie będzie mi lepiej w kibucu w Palestynie? Będę pracować, wyjdę za mąż, założę rodzinę i będę panią swojego losu…
Opowiedziałam o swych rozterkach koleżance w in¬ternacie, a potem Dorocie. Dorota osłupiała niemal, gdy przedstawiłam jej swą decyzję. Dla wzmocnienia wła¬snego sądu przytoczyłam jej zdanie, które kiedyś wypo¬wiedziała przy mnie: „Lepiej jest być u najgorszego męża niż u najlepszego brata”… Zamknęłam jej tym usta. Zwierzyłam się także kierowniczce internatu. Oka¬zała wielki entuzjazm dla wyjazdu do Palestyny. Jak się okazało, była również syjonistką. Po latach spotkałam ją przypadkowo w sklepie spożywczym w Ramat-Ganie (miasto w pobliżu Tel-Awiwu).
W dniu, w którym kierownik miał wyjechać z Paryża, wiedziałam już, że nie dam mu zniknąć mi z oczu. Tylko ja mogę postanowić, co jest dobre dla mnie! Z początku obawiałam się, że kierowniczka internatu zwróci się do policji i w ten sposób uniemożliwi mi wyjazd za granicę bez zezwolenia moich opiekunów. Myślałam już o ucie¬czce… A tu nagle takie gorące poparcie! Musiałam wytłumaczyć się jeszcze przed kilkoma znajomymi. Wacław zdumiał się i rozgniewał. Starał się przekonać mnie, jak ciężko jest żyć w tak gorącym i biednym kraju, jak Palestyna, ostrzega! przed lekkomyślnością, powoły¬wał się na mojego brata w Warszawie i zobowiązanie wobec niego. Dorota nie mając więcej argumentów wzięła do pomocy swych krewnych. Jacques uśmiechał się tylko. Ala poświęcała uwagę wyłącznie sobie i swej najbliższej rodzinie. Nie pasjonowały jej moje awantur¬nicze przygody.
Zapakowałam walizkę. Dorota poświęciła mi cały dzień na zakup podarunków dla towarzyszy (brat przekazał mi przez krewnych z Ameryki trochę pienię¬dzy, których dotąd nie wydałam). Doradzała mi, co kupić i w co zaopatrzyć się na drogę. „W Palestynie nie dostaniesz tego…” — mówiła. Mnie ta wymarzona Palestyna wydawała się piękna, nęcąca, potężna! Nie mogłam uwierzyć nikomu, kto mówił, że jest to mały, biedny i nękany problemami kraj. W mojej wyobraźni była wspaniałą legendą, którą pragnęłam poznać.

Wybrala i przyslala Halina Birenbaum

birenbaum

No comments yet... Be the first to leave a reply!

Leave a Reply

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

%d bloggers like this: