Uncategorized

 Kulmowie (10)


Etyka interesu 

W dykteryjce zatytułowanej „Etyka interesu”,  filozof Jan Kulma, tak swobodnie buszujący po obszarach „prawdziwej etyki”, zbudowanej na fundamencie teologii katolickiej, wykazuje się jak gdyby pewną naiwnością, gdy przychodzi  mu roztrząsać dialektyczną sprzeczność między interesem robotnika i jego pracodawcy:

     «Gdy przyszła rewolucja w 1905 roku, to pod domami fabrykantów zebrała się masa ludzi: przyszli wyrżnąć tych krwiopijców, co w salonach się rozwalają i nic nie robią. I wtedy wyskoczył znany złodziej, który już wszystkich bogaczy zdołał okraść. I zakrzyknął wielkim głosem: „Wara wam do pana Alaksandra. On nie dał mnie ziandarom, jak po mnie przyśli. On za mnie ręczył, to tera ja za niego”. I nic Landsbergom się nie stało. Oto jaki zysk przynosi dzielenie się swoim zyskiem z ludźmi.
I jeszcze jeden bywa interes takiej bezinteresowności: nawet po 150 latach ludzie o tym pamiętają i Rada Miasta z dumą może napisać w dyplomie  Honorowej Obywatelki : „Joanna Kulmowa jest wnuczką wielkiego fabrykanta tomaszowskiego”.» 

     Wszystko wskazuje na to, że tomaszowski Żyd , dziadek naszej katolickiej poetki Joanny Kulmowej, ciemiężył lud chrześcijański  w znacznie mniejszym stopniu niźli czynili to inni fabrykanci włókienniczy, tak malowniczo opisani w powieści Władysława Reymonta „Ziemia obiecana” i nakręceni w filmie Andrzeja Wajdy pod tym samym tytułem. I chociaż filozofia marksistowska, wraz z zanikiem wielkoprzemysłowej klasy robotniczej w XXI wieku, bardzo straciła na znaczeniu, to jednak odkryta przez Karola Marksa „wartość dodatkowa” nie straciła swojej wartości w naukach ekonomicznych.  Jeśli Aleksander Landsberg tak szczodrobliwie obdarowywał swoje miasto żłobkami i przedszkolami, a także dawał robotnikom „wynagrodzenie godziwe”, to ani przez chwilę nie „dzielił się zyskiem z ludźmi” z przyczyn etycznych i powodowany miłosierdziem, lecz tylko oddawał część zrabowanej ludziom „wartości dodatkowej”, żeby chytrze pomnożyć swój zysk.

   W XIX wieku wokół ogromnych, zelektryfikowanych  hal fabrycznych Landsberga ufortyfikowało się całe miasto Tomaszów. W pałacu dziadka Aleksandra poeta Tuwim recytował swoje wiersze, wirtuoz Rubinstein na pałacowym  bechsteinie dawał recitale muzyki chopinowskiej, więc „herbatki literackie” u Landsberga to był niewątpliwie cenny  żydowski wkład do proletariackiej  tomaszowskiej kultury.

     Wszystkie trzy książki wspomnieniowe Joanny Kulmowej wydano w pierwszych latach dwudziestego pierwszego wieku. „Ciułanie siebie” i  „Topografia myślenia” są próbą powrotu poetki do barwnego i szczęśliwego  dzieciństwa w Tomaszowie i w Łodzi.  Dużo później Joanna wydaje wspomnienia o swoim ponad trzydziestoletnim bytowaniu w Puszczy Goleniowskiej, gdy zamknięta była w „zakonie we dwoje”. W każdym z tych tomów urzeka kunszt prozatorski, żeby jednak tej prozy posmakować, trzeba wziąć głęboki oddech.

    Ja sam miałem przecież szczególne powody, żeby przeczytać już pierwsze wydanie z 2001 roku, a jednak po przewertowaniu kilku kartek odłożyłem „Topografię” na półkę, żeby sięgnąć po nią dopiero za kilka lat w celu sporządzenia reprintu w drukarni cyfrowej SOWA. Pięćset egzemplarzy rzuciłem  między wieprze, rozdałem szkołom w Tomaszowie na nagrody dla uczniów. Myślę, że niewielu spośród obdarowanych chociażby spojrzało na zadrukowane kartki, zapewne nikt nie przeczytał wspomnień Kulmowej w całości.
  Wszystkie ważne fragmenty z życia Joanny Kulmowej znalazły swoje odbicie w bogatej literaturze wspomnieniowej i w reportażach prasowych. I talko najważniejsze doświadczenie okupacyjne, pobyt w klasztorze katolickim, pozostaje całkowicie przykryte milczeniem.
  Z pewną dozą przesady oświadczam, że dopiero film Braci Sekielskich uświadomił mi bezmiar cierpień, jakich doznawali i doznają młodociani ministranci od pedofilów odzianych w sutanny. W drugim roku stanu wojennego, jako bezbożny dziennikarz pisma katolickiego „Słowo Powszechnego”, udałem się na proces dwu rzezimieszków o literackich nazwiskach Wajda i Pasternak, oskarżonych o zamordowanie proboszcza w Sędziszowie Małopolskim.  Komunistyczna Prokuratura Wojewódzka w Rzeszowie zażądała kary śmieci dla obu złoczyńców za zabójstwo z zamiarem ewentualnym.  Dowody były niezbite, do powieszenia sprawców parła i komunistyczna prokuratura i rzeszowska kuria biskupia, a tymczasem ja, z właściwym mi reporterskim wścibstwem, odkryłem, że oskarżenie całkowicie zbagatelizowało i pominęło raport milicyjnego patologa, w którym doktor Jacek Dera jednoznacznie stwierdzał, że śmierć księdza nastąpiła na skutek uduszenia się  krwią zalewającą nos rozbity w czasie szamotaniny i z powodu zakneblowania ust ręcznikiem. Złoczyńcy, którzy przyszli zrabować  pieniądze, w momencie , gdy stwierdzili u księdza brak oddechu, podjęli sztuczne oddychanie i nadspodziewanie fachowy masaż serca, jednakże cała ta akcja reanimacyjna, trwająca według obliczeń patologa około godziny, nie przyniosła oczekiwanego rezultatu. Ksiądz nie żył.

   Wszystkie  liczące się gazety, „Nowiny Rzeszowskie”, „Gazeta Krakowska”, „Życie Warszawy” i „Trybuna Ludu”  w jednolitym tonie pisały o bestialskich mordercach księdza katolickiego i tylko specyficznie katolickie „Słowo Powszechne”, organ PAX-owskich komuno -faszystów, zamieściło mój artykuł, który wykazywał, że nie można mówić o „morderstwie z zamiarem ewentualnym” zagrożonym kodeksową karą śmierci przez powieszenie, w sytuacji, gdy sprawcy , ryzykując pochwyceniem na miejscu zbrodni, podjęli godzinną akcję reanimacyjną. Był to raczej niechciany wypadek przy pracy włamywaczy, wynikający z braku doświadczenia, a nie ze złej woli. Skutek publikacji był taki, że przy głośnych protestach kurii biskupiej, obu rabusiom i sprawcom śmierci człowieka, wymierzono terminową karę piętnastu klat więzienia.

      Po zapadnięciu wyroku,  już z czystej chęci zysku, napisałem o zabójstwie księdza w Sędziszowie sążnisty reportaż pt „Mord na plebanii” dla wydawnictwa książkowego „Express reporterów”. Podkreśliłem w nim i uwypukliłem talent detektywistyczny autora, ale było to samochwalstwo nadmierne, skoro wiedząc, że bandzior nazwiskiem Pasternak, jako niedorostek sprawował u proboszcza wieloletnią posługę ministrancką, nie zbadałem dokładnie seksualnego podtekstu zbrodni. Bo niewykluczone, że Wajda z Pasternakiem zabili nie „księdza katolickiego”, co powinno brzmieć dumnie, lecz działając w podświadomej zemście, zamordowali pospolitego pedofila. Próba reanimacji ofiary napaści rabunkowej byłaby w takim razie jedynie okolicznością łagodzącą wyrok dla morderców, bez zmiany kwalifikacji prawnej…

   Przypominam o tym rzeszowskim incydencie, żeby uświadomić Czytelnikowi, że ja nie snuję tutaj historyczno-literackich rozważań, do których nie mam fachowego przygotowania, lecz prowadzę wnikliwe dziennikarskie dochodzenie w sprawie morderstwa popełnionego z użyciem kołka osinowego do zabijania wampirów.

     Znam wiele powieści  autotematycznych o „pogłębionej tematyce żydowskiej”, jak na przykład Henryka Grynberga „Żydowska wojna”, albo Jerzego Kosińskiego „Malowany ptak”. U Grynberga osobiste cierpienia  wzmagają się , zamiast wyciszać się w naturalny sposób wraz z upływem lat. Natomiast Kosiński  w „Malowanym ptaku”, w celu epatowania amerykańskiej publiki szczególnie wyczulonej na Holokaust, posłużył się hipertrofią  własnych cierpień doznanych od chrześcijańskiej ludności i, na przykład, opowiada całkowicie absurdalną historię topieli żydowskiego dziecka w kloace, dokonanej przez wieśniaków na wsi gdzieś daleko na kresach wschodnich Rzeczypospolitej. Otóż we wsiach na kresach wschodnich w ogóle nie było kloak. W wiejskich dworach szlacheckich szczytem nowoczesnego pojmowania higieny był wychodek, czyli drewniana wygódka, usytuowana z dala od budynku mieszkalnego, z którego substancje płynne infiltrowały do gleby. Kloakę mógł Kosiński widzieć jedynie w Łodzi, w domach pozbawionych instalacji kanalizacyjnej, gdzie ładu sanitarnego pilnowały wozy asenizacyjne. Nie byłoby żadnego problemu z kloaką, gdyby Kosiński w publicznych oświadczeniach nie zarzekał się, że „Malowany ptak” jest zapisem jego autentycznych osobistych doświadczeń bez cienia fikcji literackiej, i że topieli w kloace zaznał on sam.

   Jakże inaczej wyglądałyby relacje  między okropną rzeczywistością i malowniczą fikcją literacką w opowieści Joanny Kulmowej o jej pobycie w klasztorze katolickim, gdyby taka opowieść została napisana! Ale, po pierwsze , autorka wychowana w pałacu fabrykanckim osobiste i szczere wynurzenia mogła uważać za coś, czego jej czynić nie wypada. Po drugie na zawadzie projektowi nowej „Zakonnicy”, napisanej z uwzględnieniem doświadczenia Holokaustu, stał Jan Kulma, człowiek światły, lecz nadmiernie ufny w Miłosierdzie Boże.

  Co w pełni zrozumiałe, mistrz Jan wobec całej twórczości Joanny pełnił funkcję jakby artystycznego impresario, a także muzy inspirującej i pobudzającej do aktu twórczego. Jego nad miarę wybujała pobożność musiała być też hamulcem dla zmysłu satyrycznego Joanny Kulmowej, przytłumionego najpierw przez zatrudnienia zarobkowe przy pisaniu wierszyków dla dzieci, a później wygaszonego obowiązkami „wybitnej poetki nurtu katolickiego”.

    „Bałam się ludzi, którzy tak niespodziewanie pozwolili mi przeżyć.” W miejscu , w którym czytelnik spodziewa się podziękowania za ocalenie życia – słowa o strachu.  Po przejściach w klasztorze katolickim, w którym „tak niespodziewanie pozwolono jej przeżyć”, Joanna łacno mogła popadać w zalęknienie na widok schludnych szat  „naszych kochanych sióstr siostrzenic”, które w domostwie przy Noakowskiego niosły dla dwojga staruszków jedynie pomoc w gospodarstwie i opiekę medyczną na poziomie co najmniej felczerskim.

    Jesienią 2021 roku dominikanie okazali się zakonem po stokroć paskudniejszym od krzyżaków, którymi od stuleci straszyła nas patriotyczna literatura. „Na kazania dominikanina o. Pawła M. we Wrocławiu przychodziły tłumy. Potrafił wykorzystać każdą zdobytą informację, uzależnić od siebie kolejne osoby, stopniowo odbierając im wolność. Upokarzał, molestował, gwałcił. Wierni przemieniali się w niewolników, którzy dla swojego duszpasterza mogli zrobić wszystko” –  pisał w „Plusie Minusie” Tomasz Terlikowski, zdumiewająco weredyczny pobożniś, który w raporcie Komisji 

Komisja eksperckiej dotyczącej działania Pawła M. oraz instytucji Prowincji w jego sprawie,u dowodnił, że bezeceństwa Pawła M. skrzętnie ukrywali jego przełożeni.

   Do czego na przełomie dwudziestego i dwudziestego pierwszego wieku Joannie przed obejrzeniem filmu „Siostry Magdalenki” mogła być potrzebna  świeża lektura „Zakonnicy” Diderota? Bo jeśli nie dla lepszego zrozumienia samego filmu, to może dla konfrontacji starożytnego oświeceniowego dzieła literackiego i współczesnego produktu kinematografii, z własnym  projektem w zasadzie na ten sam  temat?

    Jaki  tytuł można byłoby nadać wspomnieniom z życia klasztornego:„Monachomafia”, „Siostry Miłosierdzia” lub też po prostu „Siostry”? Nikt nie był tak dobrze wprowadzony w temat, jak Joanna Kulmowa. Siostry zakonne ocaliły jej życie, „siostry siostrzenice” snuły się po jej domostwie przez lat kilkanaście, swoimi naukami Jan sprawił, że jedna ze słuchaczek Akademii Strumiańskiej otarła się o śluby zakonne, a chłopiec imieniem Józek, w czasie pobierania lekcji fortepianu  przeżył mistyczny akt powołania do życia w świętości i wstąpił do Zakonu Ojców Jezuitów, żeby, przy kobiecym wsparciu, wyjść z niego dopiero po kilku latach.

    Nawet był do wzięcia grant w kwocie trzystu tysięcy złotych na opracowanie tego tematu, tak bardzo akceptowalnego dla  władz PRL,  zaoferowany przez prezesa Telewizji Polskiej  „krwawego Maćka” Szczepańskiego. Joanna napisałaby libretto, a Jan znalazłby do operetty pt. „Monachomafia” stosowną muzykę jakiegoś dwudziestowiecznego kompozytora, lub też napisałby ją sam, chociaż kompozytorem wybitnym nie był.      

     Może rozważania na temat utworów nie napisanych są grzechem przeciw dobrym obyczajom w literaturoznawstwie, ale nie w  przypadku badań nad twórczością Joanny Kulmowej. Szczególne właściwości psychiczne mistrza Jana sprawiły, że Joanna podczas dziesięcioleci uwięzienia w strumiańskim „zakonie we dwoje” doznała okaleczenia swojego talentu satyrycznego i humorystycznego. Najlepiej widać to w teczce z rysunkami Joanny i na marginesach w teczkach z rękopisami, gdzie najczęstszym motywem dla bazgrołów w pierwszych latach „strumiańskiego wędrowania” jest starożytny amorek, sympatyczna figurka gołego bobasa z łukiem i strzałą, która z upływem czasu, pod wpływem bigoteryjnego terroru, przeistacza się w odzianego w komżę, regularnego skrzydlatego aniołka z barokowych kościołów.

    Dopiero teraz, w osiemdziesiątym czwartym roku mego żywota, kiedy  już tak bardzo zawodzi mnie pamięć, ale kołek osinowy wrażony między żebra zaostrza mi zmysł krytyczny, przypomina mi się , że Kulmowie, zarówno Joanna, jak i Janek,opowiadali mi o pobycie Katarzyny Gaertner w Strumianach. Sławna autorka „Mszy Beatowej” pokonała niewygody podróży z Warszawy do leśniczówki zaszytej w ostępach Puszczy Goleniowskiej, żeby przedłożyć Joannie propozycję współpracy.

     Gaertner objawiła się w latach sześćdziesiątych ubiegłego wieku, jako utalentowana pianistka w zespołach jazzowych, a swoją sławę kompozytorki ugruntowała napisaniem „Mszy bitowej” do słów Ernesta Brylla i odegranej w sławnym kościele księdza Leona w Podkowie Leśnej przez markowy big-beatowy zespół „Czerwono czarnych”. Do zawiązania spółki autorskiej Joanny Kulmowej i Katarzyny Gaertner  nie doszło, ponieważ Kulmowie jednomyślnie uznali, że nie będą firmować swoim nazwiskiem  przedsięwzięć z dziedziny popkultury muzycznej.

    Gdy już wszyscy o Katarzynie Gaertner zdążyli zapomnieć, w roku 2014 skomponowała mszę kanonizacyjną „Missa Santo E Gia Santo” z okazji kanonizacji Jana Pawła II. Treść tego monumentalnego utworu, odegranego na rynku w Rzeszowie w dniu kanonizacji Papieża Polaka przez dwustu artystów, opiera się zarówno na słowach Jana Pawła II, jak i na tekstach poetyckich związanych z osobą Papieża, autorstwa Ernesta Brylla, Andrzeja Poniedzielskiego, Bożeny Ptak, ks. bp Józefa Zawitkowskiego i Marty Ziembikiewicz. 

    Teraz, po upływie tak wielu lat, uświadamiam sobie, że jednomyślne słowa o tym, że Kulmowie nie będą firmować przedsięwzięcia z dziedziny popkultury, osobiście musiał wypowiedzieć Janek, ponieważ sława duetu artystów ze Strumian ugruntowała się w kolejnych przedstawieniach Warszawskiej opery Kameralnej, opartych o libretta Joanny i reżyserowanych wyłącznie przez Jana. A tymczasem dla mszy kanonizacyjnej Katarzyny Gaertner napisanie słowa wiążącego i reżyseria zastrzeżone były dla męża sławnej kompozytorki , Kazimierza Mazura.  No i słowa o tym , że Kulmowie nie będą się zniżać do poziomu big beatowego, dziwnie przypominają mi tekst wypowiedziany gniewnie do mojego przyjaciela Mariana Kutiaka, że Nobliści nie będą się szlajać po knajpach, gdy Magda Gessler w restauracji „U Fukiera” przygotowała uroczystą kolację dla Wisławy Szymborskiej i Czesława Miłosza oraz ich przyjaciół, wydaną z okazji zakończenia Warszawskich Dni Literatury.

  Msza Kanonizacyjna dla Jana Pawła II, skomponowana przez Katarzynę Gaertner do libretta Joanny Kulmowej, to byłoby naprawdę coś, co zaspokoiłoby gust najwytrawniejszych smakoszy i krytyków muzycznych, z Jerzym Waldorfem na  czele. Nawet dla tak zatwardziałego antyklerykała jak ja, Warszawa tak samo warta jest mszy, jak Watykan.

Jakub Kopec

  

Kategorie: Uncategorized

9 odpowiedzi »

  1. @ml
    … dokonuje co i raz doniosłych odkryć. Czy raczej wynalazków.
    Teraz właśnie wynalazł nikomu wcześniej nieznaną powieść Sołżenicyna:
    ”Ostatni Krag” Solzenictna”
    Sołżenicyn nagrodę Nobla otrzymał m in za powieść „W krugie pierwom”, w polskim tłumaczeniu „Krąg pierwszy”. Kto powieść czytał, ten wie, dlaczego „Krąg pierwszy” (a nie na przykład czwarty), nawet, jak nie zna „Boskiej komedii”.
    A „Ostatni krąg?”

  2. Slyszalem o ”Malowanym Ptaku” ze dwa czy 3 lata zanim nie wyjechalismy. Jak chyba wszyscy slyszeli, ze to ” antypolska propaganda”.
    I ze autor ”nie mogl tego przezyc jak twierdzi, bo go rodzice wogole nie zostawili na wsi w przedeniu 1 Wrzesnia”
    Ksiazke preczytalem kilka lat po wyjezdzie, ciezko to czytac o zezwierzeceniu chlopstwa polskiego w czasie wojny, ale np. Profesor Jan Grabowski tez w przytoczonych tu na Blogu opracowaniach calkowicie potwierdza podobne zdarzenia.
    Wtedy twierdzili ze ” klamal ze to jego osobiste przezycia”, teraz niektorzy bzdurza ” to nie w Polsce bylo” , ” Kosinski nigdy nie twierdzil ze sam to przezyl” itp.
    Tak jak kiedys slyszalem Rosjanke twierdzaca ze ”Ostatni Krag” Solzenictna, to czysta fantazja, na niczym nie oparta.
    Kosinski fantazjowal ze byl sam jako dziecko na wsi, czy nie fantazjowal, ale prawie 60 lat temu odmalowal prawde o tym czemu tylko Hamas dorownal teraz wobec bezbronnych Zydow, moze dlatego te nowe zaprzeczania.

  3. @Autor

    ” gdyby Kosiński w publicznych oświadczeniach nie zarzekał się, że „Malowany ptak” jest zapisem jego autentycznych osobistych doświadczeń bez cienia fikcji literackiej,”

    Tak twierdzi pan Jakub Kopec. Ja jakoś nigdy się nie spotkałem z tymi ”publicznymi oświadczeniami”, w których Kosiński jakoby twierdził, że ”„Malowany ptak” jest zapisem jego autentycznych osobistych doświadczeń bez cienia fikcji literackiej”, ale chętnie zmienię zdanie. Chyba pan Kopec jest w stanie udowodnić swoje twierdzenie?

  4. @Leon Schatz

    ”TP , czy moglbys poinformowac kiedy ” Malowany ptak” byl lektura szkolna w Polsce ?”

    Na pewno w pierwszej połowie lat 90-tych. Solidnego dowodu nie przedstawię, ale silne poszlaki. Na przykład polski głos z pysków.. sorki, z _dyskusji_ na tematy wiadome:

    ”… Również zdawałem maturę w 1994 roku, i ”Malowanego ptaka” akurat czytaliśmy.
    Ale czy był lekturą (nawet nadobowiązkową), głowy bym nie dał. Nasza
    polonistka
    znana była z wyciągania książek, których nikt inny nie brał.
    Z poważaniem, Rafał Kuc, (chwilowo) Babimost…”

    Dziewczyna, Polka, z która mieszkałem kiedyś tam dawno, zapytana przeze mnie, też pamiętała, że tego ”Ptaka” ”przerabiała” w ogólniaku, też początek lat 90-tych. Tego oczywiście w żaden sposób nie udowodnię.

    Książka najwyraźniej nadal poczytna, choć Kosińskiego tak zajadle obrzucano łajnem. Ciągle wznawiana i dostępna:

    https://www.taniaksiazka.pl/ksiazka/malowany-ptak-jerzy-kosinski

  5. TP , czy moglbys poinformowac kiedy ” Malowany ptak” byl lektura szkolna w Polsce ?

  6. Nie wiem, czy ktoś tu w ogóle czytał ”Malowanego ptaka”. To fikcja literacka, ciutke surrealistyczna, nigdzie w książce nie pada informacja, że akcja powieści rozgrywa się w Polsce, równie dobrze mogłaby to być Białoruś czy Ukraina. ”Malowany ptak” przez długi czas był w Polsce lekturą szkolną. Nienawiść do Kosińskiego nakręcana jest z powodów, że tak powiem, rozporkowo-rasowych. Tu nie chodzi o zawartość jego książek, tylko o zawartość rozporka. Szkoła rozporkowa w dziedzinie historii literatury usiłuje zgnoić i opluć także Tuwima i Brzechwę, także i aryjczyków (na przykład Miłosza, za ”Campo di Fiori”). Korczak jest ok, bo dał dobry przykład do naśladowania.

  7. Jakub Kopec twierdzi ze w wiejskich okolicach wschodniej Polski ,o ktorych opowiada Kosinski w Malowanym ptaku ,nie bylo kloak . Dziwne,ale mozliwe ,ze tylko dziedzic posiadal ten luksus a chlopi srac chodzili za chalupe ,gdzies w pole .Przypominam sobie ,ze na filmie Lantzmana ”Shoa” jest wypowiedz polskich wiesniaczek zazdrosnych o wychodki ,jakie mieli Zydzi ,bo chlopstwo za potrzeba szlo za stodole ,pod gole niebo .Slawojki ,byc moze , nie dotarly na wschodnie ,zacofane tereny ,a moze dotarly ,ale nie do kazdej wsi .Nie lubie jednak ,ze Kosinskiego tak dopadaja za Malowanego ptaka .

  8. ml, masz rację, tyle że to nie Marszałek Rydz-Smigły, ale Premier Sławoj-Składkowski promował ustępy na wsiach (stąd ich popularna nazwa „sławojki”). Po powstaniu warszawskim znalazłam się na wsi pod Łowiczem, gdzie mieszkałam aż do „Wyzwolenia”, czyli do wiosny, szmat czasu. Mogę poświadczyć z własnego doświadczenia, że każda chałupa miała wychodek jak należy i można tam by było kogoś łatwo utopić, a zwłaszcza dziecko. Od czasu do czasu przyjeżdżał wóz zaprzężony w konia, (raczej rodzaj beczki z desek czy cysterny) i opróżniał zawartość kloaki, którą używano jako nawóz. Ten system funkcjonował w latach 40tych ubiegłego wieku, więc Kosiński nie musiał uciekać się do fantazji czy twórczej imaginacji.

  9. Hmm, wydaje sie nieusadnione napady na Jerzgo Kosinskiego ” Malowany Ptak”.
    Argument autora ze to Kosinski wymyslil w celu ” epatowania Amerykanow” bo ” na wsi nie bylo kloak, a tylko w dworkach szlacheckich” ( wiec chlopi go nie mogli usilowac utopic tam) jest czysta nieprawda, .
    Byl przed wojna Marszalek Polski Rydz-Smigly, ktory wslawil sie ze rozjezdzal sie po wsiach polskich w poszukiwaniu ” najlepszych wygodek” ( wiec wcale nie po dworach szlacheckich) i wreczal nagrody tym z najczystszymi sr.czami, co tez oglaszano w gazetach. Doszlo do malego skandalu kiedy wyszlo ze chlop z najczystszym sr..czem i nagroda, uzywal tez ten nagrodzony przybytek do przechowywania serow.. Prosto i swiezi ze wsi..
    A wiec sr..cze, dziury w ziemi byly( a moze i sa) na wsi polskiej, i wszystko co Kosinski napisal w ” Malowanym Ptaku” jest potwierdzane np, przez Profesora Grabowskiego we ” Mordy na Zydach we wsiach podwarszawskich”, zamieszczonego kiedys tu na Blogu.

Zostaw odpowiedź Czekam na Twoje przemyślenia! Napisz w komentarzu.

Ta strona używa Akismet do redukcji spamu. Dowiedz się, w jaki sposób przetwarzane są dane Twoich komentarzy.