Uncategorized

Fragment ksiazki Powrót Do Ziemi Praojców cz. 8

powrot Trudne Początki

… byliśmy tak różni! Ale oboje impulsywni, nerwowi, reagowaliśmy zbyt szybko i bez opanowania, czego później przeważnie żałowaliśmy… Zaprzyjaźniliśmy się od razu na początku, gdy wstąpiłam do kibucu w War¬szawie. Adam, starszy ode mnie o rok, jedyny, który mówił czystą polszczyzną, zaopiekował się mną. Wypy¬tywał o moje losy w latach okupacji, a choć był życzliwy, nie narzucał się, nie krępował mnie poufałoś¬cią. Jasnowłosy, drobny, o głęboko osadzonych, niebie¬skich oczach i różowych policzkach, które pokrywa! ledwie widoczny zarost. Poznałam go lepiej dopiero wtedy, kiedy… pogniewaliśmy się. W swym zapalczy¬wym gniewie, lak samo niespodziewanym jak poprze¬dnia życzliwość i gotowość pomocy, ujawnił zawziętość i kamienny upór. Nieprzejednana wrogość, jaką mi wtedy okazywał na każdym kroku, nasunęła mi przypu¬szczenie, że została tu ugodzona nie zwykła przyjaźń, ale coś więcej. Prawdopodobnie miłość, o której przedtem nie myślałam — ale której zapragnęłam, gdy odsunął się ode mnie. Z początku nawet nie miałam pojęcia, o co się tak pogniewał.
Urodził się w Warszawie. Ojciec jego był krawcem. Mieszkali na Sierakowskiej. Po śmierci rodziców i naj¬młodszej siostrzyczki wydostał się wraz z młodszą siostrą z getta i udał się na wieś. Jego „aryjski” wy- gjątj — jasne włosy, niebieskie oczy — i dobry akcent polski stwarzały szansę ratunku, przeżycia. Włóczył się z dziewięcioletnią siostrą od chłopa do chłopa, pracując, gdzie się dało, na kawałek chleba i nocleg. Ponieważ trudno było znaleźć stałe miejsce dla dwojga — roz-łączyli się, szukając ratunku na własną rękę. Starali się jednak utrzymać kontakt i pomagać sobie nawzajem. Z biegiem czasu nauczyli się chłopskich obyczajów, akcentu, pacierzy i wszelkich obrzędów religijnych. Upodobnili się do wieśniaków, u których dostawali przytułek i pracę na jakiś czas. Pozwalało to łatwiej im się maskować. Kiedy Adam wyczuwał instynktow-nie, że ktoś go podejrzewa lub domyśla się, że jest Żydem, przy pierwszej okazji uciekał do innej wsi. Siostra nie wytrzymała długo tej poniewierki i nędzy, choć dziewczynce łatwiej było zmylić otoczenie. Za¬chorowała i z braku opieki i leczenia umarła. Odtąd Adam został już zupełnie sam. Podobnie jak inni parobcy nauczył się zaglądać do karczmy. Po pijanemu nierzadko wygadywał to, co stanowiło dla niego śmier¬telne niebezpieczeństwo — prawdę o swym pochodze¬niu. Nauczył się ordynarnie kląć, nie dowierzać nikomu i mścić się. Niemało zła przylgnęło do niego w tych latach, wyciskając swe piętno na jego charakterze już po wojnie. Wielokrotnie stawałam zdumiona i oburzona lawiną wyzwisk i klątw, jakie rzucał w błahych sprzecz¬kach bądź konfliktach. Potem przepraszał mnie, przy¬rzekał, że to się więcej nie powtórzy… I znowu wy-buchał. Koledzy przyzwyczaili się już widzieć nas często pogniewanych. Śmieli się. Nieporozumienia
powtarzały się między nami na rozmaitym tle, z prze¬różnych powodów. Z początku myślałam, że miłość pokryje wszystko, uleczy, poprawi, wychowa. Zmaga¬łam się z sobą, walczyłam. Nie myślałam o nikim in¬nym. Nie mogłam znieść samotności, nie próbowałam zmian, skoro już los mnie z nim zetknął.

Statek krążył kilkanaście godzin wokół południowych granic Palestyny. Przewodnicy z „Hagany”, którzy przez cały czas podróży utrzymywali kontakt telefonicz- no-radiowy ze swymi towarzyszami w kraju i otrzymy¬wali od nich wszelkie wskazówki, zamierzali tutaj wysa¬dzić nas na ląd. Nie udawało się. Anglicy dokładnie pilnowali tych zaplanowanych przez „Haganę” punk¬tów. Musieliśmy więc dalej krążyć po morzu i czekać szczęśliwej okazji, żeby przekraść się niepostrzeżenie do brzegu. Pływaliśmy w pobliżu Aleksandrii i innych miejsc, zbliżaliśmy się i oddalali.
W nocy 5 grudnia 1947 roku statek zarzucił kotwicę w pobliżu Tel-Awiwu. Przy zgaszonych światłach za¬trzymał się z dala od brzegu, jak przed dwoma tygod¬niami w Bandolu. Koniec przeprawy? Modliliśmy się o to najgoręcej.
U wylotu na pokład widać już było migotanie świate¬łek telawiwskich domów… Wszyscy cisnęli się teraz natarczywie do wylotu i na górne nary, aby przekonać się o tym na własne oczy i zobaczyć, co się dzieje na zewnątrz. Czy nie nadpływają Anglicy, aby odesłać nas na Cypr? Panowało ogromne napięcie, serca waliły nam mocno, wzruszenie nie miało granic. Przewodnicy krzycze¬li, aby odsunąć się od wylotu. Mogą nas zauważyć z zewnątrz i będzie źle! Ale niełatwo było opanować się. Coraz kto inny wyglądał i przekazywał reszcie, co widzi. Nasze zdenerwowanie i napięcie wzrastały z każdą chwilą.
Nagle z ciemności wyłoniły się kontury maleńkich łódek. Łódki zbliżały się do nas szybko i lekko. Wresz¬cie były przy nas. Mężczyźni wskoczyli bezszelestnie na statek. Po cichu wydawali rozporządzenia i pomagali ludziom zejść ze statku do gumowych łódek. Plecaki kazali nam zostawić — przewiozą je później. Musimy spieszyć się, zanim Anglicy coś spostrzegą. Przewodnicy chwytali pewnymi, mocnymi rękami wiosła i prowadzili nas do tych migających przyjaźnie światełek — na ląd, wprost do Tel-Awiwu. Reflektory Anglików przeszywa¬ły raz po raz ciemności. Jednakże nie dosięgały nas. Jeszcze kilkadziesiąt metrów i jesteśmy na miejscu!
Na nadbrzeżu czekały dziesiątki ludzi zorganizowa¬nych specjalnie przez „Haganę”. Natychmiast wmiesza¬liśmy się w tłum, aby w ten sposób nie dać się schwytać Anglikom, gdyby się nagle pojawili. Podawano nam gorącą herbatę, pomarańcze i słodycze i doprowadzano do czekających aut, którymi odwieziono nas do wyzna¬czonych domów w Tel-Awiwie. Lokowano po dwie— trzy osoby w jednym mieszkaniu, gdzie gospodarze serdecznie zaopiekowali się nami. Uporawszy się z roz¬mieszczeniem ludzi, „nocni żeglarze” sprowadzili nasze rzeczy ze statku. Wszystko poszło gładko i sprawnie. Ta noc była jak fantastyczny film, jak bajka…
Nikt nie zmrużył oka tej nocy z powodu nie dającego się opisać wzruszenia. A gospodarze wraz z nami. Przygotowali nam kąpiel, kolację, dali czystą odzież. Wypytywali o szczegóły naszej przeprawy, o kraje, z któ¬rych pochodzimy, o wojenną przeszłość. Wiele opowia¬dali o sobie. Byli nie mniej wzruszeni niż my. Nasz statek był pierwszy, który wylądował w ich mieście. Mieszkańcy Tel-Awiwu wiedzieli o przybywających nielegalnie do Pa¬lestyny rozbitkach z zagłady, o ich zmaganiach z Angli¬kami i ciężkich przeprawach, ale tym razem zetknęli się z nimi bezpośrednio, gościli pod swoim dachem.
Nazajutrz odbyło się zebranie u pewnego działacza naszego ruchu, Mapam (Haszomer Hacair należał do tej partii lewicowych socjalistów). Rozdali nam tymczaso¬we dowody osobiste i poinformowali o naszej najbliższej przyszłości. Na razie nie ma dla nas stałego miejsca, nie wiadomo, jaki kibuc nas przyjmie. Będziemy musieli także przejść długotrwałe przeszkolenie. Przysłuchiwali¬śmy się tym słowom z rosnącym zdumieniem. Jak to możliwe? Przecież w ciągu tych wszystkich lat wysłan¬nicy z Palestyny opowiadali nam, że tutaj czekają na nas, jesteśmy im potrzebni. A teraz okazuje się, że nigdzie nie ma miejsca? Niczego nie pragnęliśmy więcej, jak zrzucić z siebie wreszcie plecaki i zaprzestać wędró¬wki — a tu dopiero zaczyna się… O naszym losie decydowali w centrali kibucu Haszomer Hacair, w Mer- chawii. Wysłannik centrali wyjaśnił, że przeszkolenie trwa co najmniej rok. Po nim dopiero będziemy dosta¬tecznie przygotowani do osiedlenia się we własnym ki¬bucu, do stworzenia go wspólnie z grupami podobnymi do nas, z którymi zjednoczymy się. Trzeba będzie znaleźć odpowiednie grupy… Długa to procedura. Po zjednoczeniu (Haszlama) okres samodzielnej próby na tymczasowym miejscu i dopiero potem można mówić o założeniu własnego kibucu… Na jak długo pójdziemy do tymczasowego kibucu i dokąd? Nie było jasnej, zadowalającej odpowiedzi. „Sawlanut” — cierpliwości, „Beseder” — będzie w porządku, te dwa słowa stanowi¬ły odpowiedź na wszystkie nasze żale. Rychło stały się wyrazem gorzkiej drwiny w naszych ustach.
Nie było wyjścia, musieliśmy być posłuszni. Nie znaliśmy tu nikogo, nie posiadaliśmy niczego. Ludzie, którzy przybyli z nami na tym samym statku i nie byli chalucami — pionierami, lecz zwykłymi śmiertelnikami, zostali posłani do domu imigrantów — Bet-Olim (ro¬dzaj punktu zbornego). Ich położenie nie przedstawiało się lepiej niż nasze. Tylko ten, kto posiadał pieniądze lub krewnych w Palestynie, okazał się szczęśliwcem godnym zazdrości. Ale takich było niewielu.
Dowiedzieliśmy się, że wcześniejsze przeszkolenie za granicą — niezliczone zebrania, lekcje o życiu w komu¬nie, teorii kibucu itp. — tutaj się nie liczy. Na miejscu wszystko robi się inaczej, lepiej, tak jak być powinno. Musimy otrząsnąć się z galutu, z wszystkiego, co go przypomina. Odzwyczaić się od dawnych zasad i nawy¬ków, aby zacząć wszystko od nowa… Odniosłam wraże¬nie, że żądają od nas zrezygnowania z własnej osobowo¬ści, twarzy — z przeszłości dalekiej i bliskiej.
Dopóki nie zmienimy się (a na to trzeba wiele czasu i… cierpliwości!) — nie możemy zjednoczyć się z in- nyini pionierami w kraju i osiedlić. Będziemy uczyć się nowego życia w starych kibucach, pracując w tamtej¬szych gospodarstwach. Powinniśmy być radzi, że już przyjechaliśmy do kraju i możemy rozpocząć proces przeistaczania się w prawdziwych Izraelczyków. Ludzie, którzy przyjechali tu dawno i zbudowali tu wszystko, czekali dłużej, niż nam przyjdzie czekać, i cierpieli wtedy bardziej niż my. My przyjechaliśmy na gotowe, a to dzięki cierpieniom i wytrwałości, tych pierwszych…
Milczeliśmy. Rzeczywistość była zupełnie inna niż nasze oczekiwania, marzenia. To było przebudzenie z pięknego, nierealnego snu, do czego nie chcieliśmy się przyznać sami przed sobą. Tylko nieliczni zdobyli się na głośne, krytyczne uwagi i znaczące westchnienia. Więk¬szość jednak orzekła: zaczekamy, zobaczymy, jak poto¬czą się sprawy. Może ten wysłannik przesadza tylko? Może jest inaczej, niż to określił? Entuzjastyczne przyję¬cie w Tel-Awiwie pozwalało wierzyć, że spotkanie z towarzyszami w kibucu nie będzie gorsze. Wszakże należymy do tego samego ruchu politycznego, posiada¬my wspólne idee i cel!
W południe przyjechał autobus, główny i jedyny niemal środek komunikacji, który miał nas odwieźć do jednego z dawno założonych kibuców. W uroczystym nastroju, wzruszeni, zajęliśmy miejsca. Wkrótce zoba¬czymy prawdziwy kibuc palestyński! Tyle przecież opo¬wiadano nam o kibucu, o panującej w nim równości i braterstwie. Już wcześniej wychowywano nas tak, abyśmy byli godni współżycia z tymi niezwykłymi ludźmi.
Ze wzrastającym entuzjazmem przyglądaliśmy się mijanemu krajobrazowi. Wszystko było tu inne. Za¬dziwiała piękna zieleń w grudniu, ludzie w lekkiej odzieży — w krótkich spodenkach i bluzkach bez rękawów… Tylko Arabowie nosili długie, czarne chałaty i dziwne, białe chusty na głowach. Kobiety arabskie przykryte były od stóp do głów ciemnymi, grubymi szatami. Wielbłądy i osły znane mi przedtem z obraz¬ków. Za każdym razem, gdy przejeżdżaliśmy obok pardesów (sadów cytrusowych), nie mogliśmy opano¬wać okrzyków radości na widok masy pomarańczy, mandarynek i cytryn. Pamiętaliśmy je z dawnych, dobrych czasów przedwojennych.
Wielkie wzruszenie ogarniało nas na widok szyldów i reklam napisanych w języku hebrajskim — języku modlitewnych ksiąg… Poczułam, że rozpiera mnie uczu¬cie dumy i dziwnej przynależności do tego wszystkiego, co stworzyli tu moi rodacy. Wszystko wydawało mi się własne, drogie i bliskie, jakbym tu była od zawsze…
Autobus zatrzymał się. Przybyliśmy do kibucu Ejn- -Hachorejsz. Wzięliśmy plecaki i niektóre podarki, otrzymane od nowych znajomych, którzy ugościli nas w Tel-Awiwie, i wysiedliśmy ogromnie podnieceni. Wre¬szcie palestyński kibuc, nasze stopy dotykają jego ziemi po tylu wędrówkach! Jesteśmy tutaj ze wszystkimi swoimi pragnieniami na przyszłość i z ogromnym baga¬żem przeszłości. Mamy nadzieję, że tutaj nie tylko zrealizujemy nasze marzenia, ale i znajdziemy zrozumie¬nie, ukojenie i ulgę. Rozpoczniemy nowe życie jako równi między równymi w swoim narodzie…
Długo czekaliśmy, aż zjawił się ktoś, aby nas przyjąć. Przechodzili obok nas różni towarzysze kibucu, ale nikt nie zatrzymał się, nie powiedział słowa, nie zagadnął o nic. Byliśmy zmęczeni i zdenerwowani, że nikt nie zapyta się nawet, kim jesteśmy, skąd przybywamy, co tutaj robimy?
Oni, to znaczy członkowie kibucu, nie zastanawiali się
nad takimi drobnostkami. Byliśmy dla nich jeszcze jedną grupą obcych ze wzgardzonego galutu, z hań¬biącej naród zagłady… Widać to było po naszych twarzach, po „galutowej”, nietutejszej odzieży — nie mieli potrzeby pytać. Nic ich do nas nie przyciągało, nic ich z nami nie łączyło. Albo prawie nic, gdyż jednak będziemy dzielić z nimi obowiązki pracy przez okres, w którym tu zostaniemy. Ktoś na pewno nie zapomni zatroszczyć się o to. Naznaczyli do tego celu specjalnego towarzysza. Wystarczy, że dadzą nam namioty i jedzenie oraz nauczą nas pracować. Nie muszą wdawać się w rozmowy z każdym, kto tutaj przyjeżdża. Mają własne życie, swoje problemy. Kiedy oni przyjechali do kraju, panowały w nim nędza, komary i malaria.
Członek kibucu zaprowadził nas do namiotów znaj¬dujących się obok pardesu z pomarańczami. On również dawał nam tylko rozporządzenia i konieczne wyjaś¬nienia, nie pytając o nic. Dowiedzieliśmy się, że nasze namioty znajdują się obok budynku, który ma służyć dla rannych. Trwają bowiem walki z Arabami, którzy sprzeciwiają się powstaniu państwa żydowskiego w Pa¬lestynie. Trzeba być przygotowanym na wszystko i za-chować czujność.
Ciarki przeszły mi po ciele. Tylko co zdołałam wyrwać się ze szponów jednej wojny a koszmar drugiej rozpoczyna się od nowa! Znowu wojna, a my w nieznanym kraju, wśród obcych ludzi, którzy nawet nie mówią naszym językiem, nie wiedzą o nas nic i wcale nie zależy im, aby się cokolwiek dowiedzieć. Znikł entuzjazm, jaki towarzyszył nam w drodze z miasta do kibucu.
Ustawiliśmy plecaki pod żelaznymi łóżkami. Było nas po cztery—pięć osób w namiocie. Spojrzeliśmy smutnie jeden na drugiego i rozeszliśmy się po kibucu. Małe, ładne domki, zieleń i kwiaty wokoło. Wieczorem spot¬kaliśmy się wszyscy w ogromnej wspólnej jadalni. Tam też powiedziano nam, gdzie każdy z nas ma pracować nazajutrz. Bardzo szybko zorientowaliśmy się, że na tym szczególe zaczyna się i kończy całe zainteresowanie nami. Staraliśmy się to sobie jakoś wytłumaczyć. Może to z powodu coraz bardziej komplikującej się sytuacji w kraju, wzrastającego z dnia na dzień napięcia, aktów wrogości, strzelaniny i napadów arabskich? Ale to nie przekonywało. Doświadczyliśmy przecież wojny, ucie¬czki i tułaczki po obcych miastach, wsiach i domach. Tutaj nie padały bomby, nie szalały pożary. Życie w kibucu toczyło się normalnie, bez większych wstrzą¬sów. Mimo niepokojów w kraju, nie odczuwało się tu strachu, nie było paniki. Widać było jedynie głęboką troskę w oczach kibucników, gdy przekazywali sobie nowości polityczne. A my po prostu byliśmy poza nawiasem społeczności kibucowej, nie należeliśmy do niej. Okazywano to nam na każdym kroku. Trudno było się z tym pogodzić. Tym bardziej że zmęczenie po długotrwałej tułaczce i drastyczna zmiana klimatu za¬częły dawać się nam we znaki. Zaatakowała nas gorącz¬ka. Nie wszyscy mogli pracować. Kibuc widział w tym jedynie zakłócenie ustalonego porządku. Przykro było wejść niepracującemu do jadalni. We wzroku kibuc¬ników widniało oskarżające pytanie: Nie możesz praco¬wać — ale jeść tak?… Nieraz próbowaliśmy tłumaczyć sobie, że przypadkowo natknęliśmy się na ludzi po¬zbawionych uczuć. Nie może być, aby wszyscy byli tacy. Chcieliśmy jak najprędzej osiedlić się na stałe i zbudo¬wać własny kibuc. Jednakże centrala nie spieszyła się bynajmniej, aby zrealizować nasze pragnienia. Miała swoje plany i interesy, których z nami nie uzgadniała.
Nie mogliśmy zrozumieć zachowania towarzyszy z centrali. Gubiliśmy się w tym wszystkim. Tęskniliśmy do własnego kąta. Pragnęliśmy stworzyć sobie dom według własnego upodobania. Z centrali za pośredni¬ctwem wysłanników donoszono, że musimy najpierw opanować dobrze język hebrajski i poznać system pracy. A najlepszą drogą do przyswojenia sobie tego wszyst¬kiego jest pobyt w starych kibucach. Słowa te brzmiały jak drwina w stosunku do naszego położenia i pozycji w kibucu. Doświadczenie w pracy, gorliwość i wy¬trwałość w najcięższych warunkach przyswoiliśmy sobie dawno w latach zmagań wojennych. Mogliśmy niejed¬nym podzielić się z towarzyszami palestyńskich kibu- ców, gdyby w ogóle chcieli rozmawiać z nami, wy¬słuchać nas. Czego mogliśmy się nauczyć przy zwykłych „czarnych” robotach? I>o wykwalifikowanych prac nie dopuszczano nas, nie mogliśmy też zajmować odpowie¬dzialnych stanowisk, zwłaszcza tzw, wychowawczych. Uważano bowiem powszechnie, że ludzie, którzy prze¬żyli getta i obozy hitlerowskie, nie mogą być nauczycie¬lami, pielęgniarkami, pracować społecznie, bo nie są całkowicie normalni.
Wciąż dyskutowaliśmy o tym w namiotach w godzi¬nach wolnych od pracy. Społeczność kibucowa nie przyjmowała nas do siebie, nie nawiązywała z nami kontaktu. Spotykaliśmy się tylko przy pracy i w jadalni, a również tam nie zwracano się do nas częściej, niż wymagała tego konieczność. Rozmowy, które prowa-dziliśmy, niczego nie rozwiązywały, powiększały jedynie nasz gniew i rozgoryczenie.

Przyslala Halina Birenbaum

birenbaum

Kategorie: Uncategorized

Leave a Reply

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.