Uncategorized

Tel Awiw i Jafa, czyli miss Izraela i jej brzydsza siostra

Port w Jafie, dziś dzielnica Tel Awiwu. Na szczycie wzgórza portowego widać wieżę z dzwonnicą franciszkańskiego kościoła św. Piotra, w którym odbywają się msze w pięciu językach, także po polsku. W jednej z bocznych naw wisi kopia ikony czarnej Madonny z Częstochowy. Podobno w miejscu kościoła św. Piotr pierwszy raz złamał żydowski nakaz koszerności i zjadł wieprzowinę.


Gdy Tel Awiw przekształcał się w kwitnącą metropolię, Jafa zamieniała się w zapyziałą, senną dziurę. Dopiero w latach 90. XX w. znowu odżyła – jak twierdzą radni – dzięki temu, że miejscowi gangsterzy dogadali się z policją.

Rodzina Shehadehów mieszkała w Jafie od pokoleń – to palestyńska arystokracja, na dodatek chrześcijanie, śmietanka towarzyska miasta widniejącego na mapach od tysięcy lat. To tu do nadbrzeżnej skały, co zapisano w greckiej mitologii, przykuto etiopską królewnę Andromedę ocaloną od śmierci przez Perseusza. Swoją świątynię wystawiły tu Ludy Morza, do których należeli Filistyni zagrażający stabilności egipskiego imperium faraonów. Stąd wypłynął w morze prorok Jonasz. Przez jafski port król Salomon sprowadzał libańskie cedry na budowę Świątyni Jerozolimskiej. O miasto bili się faraon Totmes III, krzyżowcy z Gotfrydem z Bouillon i Ryszardem Lwie Serce, wielki Saladyn i Napoleon Bonaparte, który kazał wyrżnąć mieszkańców zdobytego portu, a resztę uczyniła epidemia dżumy. Jafa odzyskała pozycję największego portu Palestyny u schyłku XIX w., bogacąc się na handlu jedwabiem i pomarańczami z Europą.

4 maja 1187 r. Królestwo Jerozolimskie

Shehadehowie dobrze znali historię rodzinnego miasta. Studiowali na prestiżowych uniwersytetach w Ameryce i Europie, byli lekarzami, prawnikami, wydawcami gazet i biznesmenami, bardzo zeuropeizowanymi i szanowanymi przez brytyjską administrację Mandatu Palestyny. Mieli piękne domy, znali się na malarstwie, słuchali koncertów, a przy operowych ariach pili herbatę z porcelanowych filiżanek na five o’clock.

Aziz Shehadeh, wzięty adwokat ze świetnie prosperującą kancelarią, na żydowskich osadników z Europy zajmujących małe biedadomki na obrzeżu Jafy w osiedlu Newe Cedek oraz moszczących się na wykupionych od Arabów piaszczystych, bezludnych nadmorskich wydmach patrzył jak wyedukowany burżuj na chłopów. Rzecz jasna tak znamienita rodzina brzydziła się muzułmańską tłuszczą i potępiała pogromy Żydów, które w latach 30. XX w. były udziałem całej Palestyny i Jafy. Ale nie sądził, by Żydzi kiedykolwiek mogli mu zagrozić. A tym bardziej Jafie. Do pączkującego na wydmach Tel Awiwu, założonego w 1909 r., nie jeździł, bo po co oglądać zgrzebną – jak myślał – prowincję?
Kalifat oświecony. Był ekspansywny, ale otwarty na kultury podbitych ludów. Brutalny, lecz prowadził państwo do rozkwitu

Wyrzuceni za granicę

Wedle planu przyjętego przez Organizację Narodów Zjednoczonych Tel Awiw miał przypaść państwu żydowskiemu, a Jafa – Arabom. Państwa arabskie nie uznały tej decyzji, więc w maju 1948 r. oddziały żydowskich organizacji paramilitarnych, Hagany i Irgunu, wkroczyły do Jafy. Co bardziej rozjuszeni żołnierze chcieli wysadzić w powietrze meczet Hassan Bek przy nadmorskiej promenadzie, dzisiaj otoczony biurowcami, z którego snajperzy ostrzeliwali Newe Cedek. Ocalił go podobno przywódca Irgunu Menachem Begin, uznając, że tak piękny budynek ze wspaniałym dziedzińcem i smukłym minaretem powinien pozostać.

Zaginione dzieci Izraela. Nawet kilka tysięcy dzieci mogło zostać odebranych rodzinom migrującym do Izraela w pierwszych latach jego istnienia

Shehadehowie, jak inni Palestyńczycy, uciekli z miasta. Zabrali jedynie najpotrzebniejsze rzeczy, ufając zapowiedziom arabskiej propagandy, że lada dzień z żydowskich marzeń o państwie nic nie pozostanie. Wojna zakończyła się arabską klęską; Palestyńczycy nazywają ją An-Nakba – Katastrofa. Przez kolejnych kilkadziesiąt lat Aziz Shehadeh wychodził na wzgórza otaczające jordańskie wówczas Ramallah – letni kurort, gdzie budowali wille nawet naftowi bogacze z krajów Zatoki – i patrzył w kierunku morza, tam, gdzie z roku na rok rozszerzała się nocna łuna wielkomiejskich świateł. Opowiadał synowi, Radży, dzisiaj wziętemu pisarzowi, że tak wspaniale rośnie jego Jafa.

Gdy w wyniku wojny sześciodniowej Izrael zajął zachodni brzeg Jordanu i Ramallah, Aziz był jednym z pierwszych, którzy przedstawili plan nowego podziału Palestyny i pokoju z Żydami. Jego pomysły uznano za nic niewarte, ale po raz pierwszy od 1948 r. na zaproszenie żydowskiego znajomego pojechał do Jafy (za jordańskich czasów wizyty w Izraelu były niemożliwe). Zobaczył, że to, co brał za Jafę, jest Tel Awiwem, zaś jego miasto to dziura – brud, smród, bieda, a na ulicach ani śladu latarni. Do końca życia nie otrząsnął się po tej podróży. Radża zapisał jego słowa w książce „Obcy w domu”: Zostaliśmy ogłuszeni, oszołomieni i wyrzuceni za wyimaginowaną granicę. Stanęliśmy po drugiej stronie i zapatrzeni w to, co zostało daleko w tyle, zaprzepaściliśmy jednocześnie to, co utracone, i to, co udało nam się zachować. Straciliśmy część, a całą resztę porzuciliśmy. Pozostało nam tylko życie-cień, złożone ze snów, przewidywań i pamięci.

Wojna sześciodniowa. Zwycięstwo i porażka Izraela

Jekke Strasse

W Tel Awiwie wszystko miało być jak ze snów o Ziemi Obiecanej, choć nigdy nie leżał na terenach starożytnego żydowskiego państwa. Kupiono parę hektarów nieurodzajnego piasku, a gdy w 1904 r. do Palestyny zaczęła napływać druga fala żydowskiego wychodźstwa z Europy, na przedmieściach dusznej Jafy postawiono miasto najnowocześniejsze z możliwych, ściśle wedle planów, odpowiadające ówczesnym trendom architektonicznym i estetycznym jak podległym najnowszym wymogom higieny. Zarodek Tel Awiwu w 1909 r. miał już sieć wodociągową podłączoną do niemal 70 domów. Nazwę osady wybrano w konkursie; wygrała nawiązująca do żydowskiej mitologii: Wiosenne Wzgórze.

Gdy w latach 30. XX w. w Niemczech szalał hitlerowski antysemityzm, do Palestyny zaczęli przyjeżdżać uchodźcy z Berlina czy Hamburga, wśród nich architekci wykształceni na uczelni artystycznej Bauhaus zlikwidowanej przez nazistów. Kilka lat wcześniej Tel Awiwowi przydarzył się burmistrz wizjoner Meir Dizengoff, który wymyślił miasto ogród, pełne parków i skwerów z zielenią. Emigrantów z Niemiec, zwanych tu z pogardą Jekke (coś jak nasze Szkop lub Szwab), nie lubiano – nie pracowali w kibucach, zadzierali nosa i świętowali urodziny kajzera Wilhelma. Lecz z ich umiejętności korzystano chętnie. Na bulwar Ben Yehudy – organizujący miasto podobnie jak bulwary Rothschilda czy Dizengoffa – mówiono Jekke Strasse. Ale gdyby nie Jekke, Tel Awiw nie byłby największym na świecie skupiskiem budynków modernistycznych wpisanych w 2003 r. na Listę Dziedzictwa UNESCO.

A kiedy w latach 30. handel brytyjskiej Palestyny paraliżowały strajki dokerów w jafskim porcie, Tel Awiw zbudował na północy miasta większe, nowocześniejsze nabrzeża, które rozłożyły Jafę na łopatki. Gdy zaś dekady później Tel Awiwowi dołożono tuż przy szerokiej, białej plaży nadmorską promenadę HaYarkon, okazało się, że to świetne miejsce do odpoczynku.

Republiki kibucowe. Historia izraelska

Telawiwska mozaika

Dziś Tel Awiw uznawany jest za jedno z najbardziej przyjaznych i rozrywkowych miast świata. Niestety – również za jedno z najdroższych; mieszkania w obowiązkowo białych modernistycznych kamienicach kosztują po kilka milionów dolarów.

Port, który przyćmił Jafę, zmieniono w centrum zabawy: knajpy, kawiarnie, butiki, deptaki na starych pirsach. W radzie miejskiej przewidziano etaty dla młodych ludzi oprowadzających turystów po klubach. Życie nocne Tel Awiwu obrosło legendą, są tu kluby LGBT i lokale, których status potwierdzili rabini, ze stolikami na tyle szerokimi, by młodzież nie mogła łapać się pod blatami za kolana. A także restauracje (większość nie przestrzega zasad koszerności), w których można zjeść potrawy z całego świata – hamburgery ze środkowego zachodu Stanów Zjednoczonych, kuchnię włoską, etiopską, francuską, meksykańską, chińską, nigeryjską czy fusion można popić izraelskim winem uznawanym za jedno z najlepszych na świecie. A w zwykłych garkuchniach do łapy dają falafel w picie i z humusem.

Jeśli nic innego tego wcześniej nie uczyni, to humus w końcu zjednoczy Jerozolimę

Ktoś poszedł po rozum do głowy i ocalił malutkie domki osiedla Newe Cedek – dziś jednej z najmodniejszych dzielnic, z małomiasteczkową ciszą i klimatem prowincji – przed inwazją drapaczy chmur, które próbowały podbić miasto Bauhausu. Wszędzie można tu dojść piechotą, zjeść o każdej porze dnia i nocy, przysiąść na ławce na zielonych bulwarach, wykąpać się w ciepłym morzu.

Kto chce zobaczyć, jak wyglądał Tel Awiw w czasach brytyjskiego mandatu, musi pójść do dzielnicy jemeńskich Żydów pokrytej patyną i łuszczącymi się tynkami. Tuż obok, na targu Karmel, kupuje się mydło i powidło, a przede wszystkim warzywa, ryby, sery i różne słodkości. Można też spróbować piwa z lokalnych browarów i żydowskiego (ale też arabskiego lub druzyjskiego) jedzenia rodem z Maroka, Jemenu lub Iraku. Dla lubiących multi-kulti (w Izraelu na dobrą sprawę wszystko jest multi-kulti) są okolice dworca autobusowego przy ul. Allenby’ego (od marszałka Edmunda Allenby’ego, weterana wojen burskich i walk na Bliskim Wschodzie), gdzie pełno imigrantów z Afryki, sklepów z rosyjską wódką, egzotycznych zapachów i obcych języków, ale też sklepów z wieprzowiną.

Niegdyś było tu też polskie centrum, ale dziś polskiego Tel Awiwu już nie ma, jeśli nie liczyć kilku restauracji przy bulwarach, gdzie ciągle można zjeść czulent, kiszkę i kaczkę w buraczkach z kaszą gryczaną. Jedna z restauracji nazywa się Szczupak, ale żaden Izraelczyk bez polskich korzeni tego nie wymówi, a żaden cudzoziemiec nie przeczyta, bo szyld jest po hebrajsku.

O fantastycznej polskiej księgarni Edmunda Neusteina z Drohobycza, ucznia Brunona Schultza, przy Allenby’ego pamiętają tylko najstarsi.

Szakszuka – sztuka gotowania w Tel Awiwie

Dlaczego to miasto nie oddycha?

Dwie rzeczy przypominają, że to rozbawione miasto jednak przeszło swoje.

Pierwsza to niewielkie obeliski wśród trawników, pod platanami, na których przysiadają dzieciaki zmęczone wyścigami na rolkach. Tak czci się ofiary palestyńskich zamachów samobójczych. Pierwszy wydarzył się w październiku 1994 r., gdy terrorysta z Hamasu wysadził się w autobusie, zabijając 21 osób. Do najkrwawszego doszło w nadbrzeżnej dyskotece Delfinarium, kiedyś tłumnie odwiedzanej przez świeżych emigrantów z ZSRR. W Dzień Dziecka 2001 r. zamachowiec zabił tu 21 młodych ludzi i ranił ponad setkę.

Druga to układ szerokich bulwarów i łączących je ulic. Nie wiedzieć czemu biegną wzdłuż morskiego brzegu, z północy na południe. Niby nic, ale w lecie, gdy miasto dusi się od upału i wilgoci, powietrze stoi między domami, bo nie może go rozwiać bryza.

Starsi mieszkańcy Tel Awiwu opowiadali mi, że to na skutek sąsiedztwa Jafy. Miasto ogród sobie, marzenia sobie, ale w pobliżu jest miejsce, gdzie Żydów nie lubią. Tel Awiw nie może oddychać, bo główne arterie zaplanowano tak, by odeprzeć ewentualny atak z Jafy. Łatwiej – opowiadano mi – obronić się przed szturmem prowadzonym szerokimi ulicami, niż walczyć w ciasnych uliczkach. Czy to prawda? Nie wiem. Sercowcy jednak czują się latem w Tel Awiwie marnie, odżywają dopiero nocą.

Tyle że Arabowie nigdy tu nie przyszli.

Pchli targ i Andromeda

Jafa – tak uważał Aziz Shehadeh – dogorywała na przedmieściach Tel Awiwu, mimo że już w 1950 r. włączono ją do miejskiej aglomeracji. Po uliczkach (dziś też to można zobaczyć) wałęsały się stadka kóz i owiec, wystawiano stoły z jedzeniem przed domy. Opuszczone przez uciekinierów w 1948 r. domy zasiedlone zostały przez Żydów i izraelskich Arabów przybyłych z innych utraconych miejsc. Tel Awiw stawał się rozkwitającą żydowską metropolią, a Jafa – senną, mniejszą i brzydszą siostrą.

Na dodatek uchodziła za miejsce niebezpieczne, gdzie można było stracić portfel, ale też zdrowie. Przybysze kończyli wyprawy na placu, na którym stoi wystawiona przez Turków w 1906 r. Wieża Zegarowa pasująca tu jak pięść do oka, ale już opatrzona i symboliczna dla miasta jak Pałac Kultury dla Warszawy. Odważniejsi szli do portu, lecz stare miasto na skarpie powyżej było jedną wielką ruiną. Za to w Jafie można było kupić narkotyki od ulicznych dilerów, a spory między arabskimi klanami rozstrzygały zbierające się gdzieś w namiotach na pustyni Negew beduińskie sądy. Opowiada o tym paradokumentalny film „Ajami” nakręcony przez młodych izraelskich reżyserów – Żyda i chrześcijańskiego Araba – w 2010 r. nominowany do Oscara.

Czarna legenda Jafy skończyła się w latach 90. XX w., choć szwy między miastami widać do dziś, zwłaszcza nad morzem. Miejska legenda głosi (ale powtarzają ją jafscy radni, głównie Arabowie), że spokój na ulicach zapanował dzięki nieformalnej umowie policji z gangami, którym drobna przestępczość i chuligaństwo psuły interesy. Wysupłano pieniądze na renowację miejskiej infrastruktury. Odnowiono starówkę, dzisiaj pełną sklepików, galerii, knajp i turystów. Na placu między domami stoi replika znalezionego tu przez archeologów kamienia z wykutym imieniem Poncjusza Piłata. To jedyny materialny ślad pobytu rzymskiego namiestnika w Palestynie. W miejscu ruder postawiono eleganckie apartamentowce, a ceny mieszkań doszlusowały do telawiwskich. Nad portem stanęło nowoczesne osiedle Andromeda złożone z wielopiętrowych domów. Jafscy Arabowie (i znaczna część Żydów) uważają, że zbudowano je nielegalnie, na ziemi zdobytej dzięki wielomilionowemu przekrętowi. Ortodoksyjni Żydzi twierdzą za to, że w miejscu Andromedy nic nie powinno stać, gdyż w czasach biblijnych był tu cmentarz.

Jafa – podobnie jak Tel Awiw – żyje 24 godziny na dobę. Tutejszy suk – pchli targ, gdzie bawić się można na okrągło, a także znaleźć sporo butików i galerii z kosmicznymi cenami – oraz port to jedne z najmodniejszych miejsc w mieście. Słychać tu muezina i dzwony kilku jafskich kościołów, w tym katolickiego pod wezwaniem św. Piotra, gdzie w jednej z bocznych naw wisi kopia ikony Czarnej Madonny z Częstochowy (podobno w tym miejscu św. Piotr po raz pierwszy złamał żydowski nakaz koszerności i zjadł wieprzowinę).

Przynajmniej przez kilka dni w roku pół Tel Awiwu, i to tego świeckiego, ciągnie do Jafy. To święto Paschy, uczczenie wyjścia Mojżesza z Egiptu, gdy zgodnie z religijnym nakazem wierzącym Żydom nie wolno jeść pieczywa na zakwasie, tylko macę, więc w całym żydowskim Izraelu nie dostanie się nawet najmniejszej bułeczki. Wówczas przed jafskimi piekarniami – kilka leży niemal w Tel Awiwie – ustawiają się długie kolejki. Podobnie jak przed sklepami, gdzie sprzedają piwo.

http://wyborcza.pl/alehistoria/7,121681,22026191,tel-awiw-i-jafa-czyli-miss-izraela-i-jej-brzydsza-siostra.html

Kategorie: Uncategorized

Leave a Reply

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

%d bloggers like this: