A potem odnowił żydowską muzyke
John Zorn to jeden z największych pracusiów w biznesie muzycznym. Jego nazwisko znajdziemy na prawie 2 tysiącach albumów (Fot. Kornelia Głowacka-Wolf/ Agencja Wyborcza.pl)
Gdyby John Zorn nie istniał, należałoby go wymyślić. Tylko pokażcie mi osobę o wyobraźni, która byłaby w stanie wykreować Kogoś Takiego!
Bo jak to możliwe, by jedno ciało i jeden umysł były w stanie pomieścić odnowiciela muzyki żydowskiej, czołowego muzycznego postmodernistę końca XX w., ekscentrycznego awangardzistę, żarliwego jazzmana i cenionego autora muzyki filmowej; autora nagrań, które mogłyby służyć jako narzędzie tortur, i takich, które można puszczać bobasom do snu; miłośnika „Królika Bugsa” i twórcę ścieżki dźwiękowej do sadomasochistycznego porno?
Najlepiej sprawdzić to samemu na koncercie tego nieobliczalnego saksofonisty. A będzie ku temu okazja już 5 lipca podczas Warsaw Summer Jazz Days.
John Zorn wraca na Warsaw Summer Jazz Days
Guru nowojorskiej sceny zaprezentuje się nam z zespołem New Masada Quartet. W klubie Stodoła tego dnia wystąpi także trio pianisty Briana Marselli, jednego z najbliższych współpracowników Zorna w ostatnich latach.
Zorn powraca na Warsaw Summer Jazz Days po 11 latach, kiedy to w spektakularnym składzie (siedem grup tworzonych przez 20 muzyków, m.in. Mike’a Pattona, Marca Ribota, Johna Medeskiego) świętował sześćdziesiątkę w Sali Kongresowej.
Jak wylicza portal Discogs, nazwisko Zorn pojawia się — w różnym charakterze — na okładkach 1900 albumów, z czego on sam jest autorem lub współautorem ponad trzystu.
Skoro w Warszawie zobaczymy Zorna z New Masada Quaret, wypada skupić się na tym i wcześniejszych wcieleniach Masady. Zwłaszcza że to faktycznie bodaj najbardziej doniosłe jego przedsięwzięcie.
Ekstremum spotyka ekstremum
Dobiegając czterdziestki, Zorn zwrócił się ku korzeniom — zainteresował się żydowską mistyką, historią i muzyką.
Miał już wtedy status jednego z najciekawszych, najmocniej wymykających się schematom twórców wyrastających ze sceny jazzowej, jednego z rozgrywających na buzującej nowojorskiej scenie Downtown skupionej wokół klubu Knitting Factory, a później także wokół klubu Tonic.
Zorn zabłysnął jednak nie nagraniami jazzowymi; od początku ważną gałęzią jego twórczości była muzyka tworzona do filmów. Przełomem dla niego okazał się album „The Big Gundown” z pastiszami muzyki Ennio Morricone do spaghetti westernów, w których zachwycił nieograniczoną wyobraźnią, poczuciem humoru, ale też i wirtuozerią.
Inną jego fascynacją była Japonia, a właściwie japońscy muzycy undergroundowi, popychający rockową czy jazzową awangardę ku niewyobrażalnym dla innych nacji skrajnościom. Jego autorskim eksperymentem, mającym eksplorować skrajności, po których może poruszać się zespół jazzrockowy, stała się grupa Naked City. Jeśli weźmiecie pod uwagę, że freejazzowe ekstremum spotkało się tu z grindcore’owym ekstremum punkowo-metalowym, zrozumiecie nawet bez słuchania, dlaczego jeden z albumów Naked City nosi tytuł „Torture Garden”.
Konfrontacja z Holocaustem
Kolejnym przełomem na drodze Zorna stała się kompozycja „Kristallnacht”, a właściwie sześć kompozycji składających się na wydany w 1993 r. album.
Rozmowy z kolegą ze sceny, perkusistą Joeyem Baronem, zmusiły Zorna do skonfrontowania się z przeszłością narodu, którego był — czy też może raczej poczuł się wówczas — częścią.
— Każdy Żyd musi w jakiś sposób zmierzyć się z Holocaustem i to właśnie była moja wypowiedź na ten temat — mówił Zorn o „Kristallnacht”. — Całe życie zaprzeczałem mojemu żydowskiemu dziedzictwu. I to wyszło na jaw w tej jednej kompozycji.
„Ohydny szkopie, to masz za 12 tysięcy Żydów!”. Herszel Grynszpan zastrzelił niemieckiego dyplomatęZAPISZ NA PÓŹNIEJ

Album zaczyna się niewinnie, od klezmerzenia trębacza Franka Londona i klarnecisty Davida Krakauera, doskonale znanych miłośnikom muzyki żydowskiej wirtuozów z The Klezmatics. Przekaz jest czytelny — utwór nosi tytuł „Shtetl (Ghetto Life)”, a muzyka podpowiada: tak płynęło sobie żydowskie życie przez setki lat przed tytułową Nocą Kryształową.
Atmosfera gęstnieje jednak z każdą minutą. Mimo to słuchacz nie jest przygotowany na to, co czeka go za chwilę.
Drugi utwór — „Never Again” — to bowiem 11-minutowy kolaż zlepiony z ogłuszającego hałasu tłuczonych szyb (chodzi oczywiście o szyby sklepów i mieszkań niemieckich Żydów wybijane podczas pogromu w 1938 r.), krzyku przerażonych ludzi, przemówień Hitlera i śpiewu kantorów. Trudno się po tym pozbierać, a przecież w kolejnych kompozycjach Zorn i towarzyszący mu znakomici muzycy — klawiszowiec Anthony Coleman, skrzypek Mark Feldman czy gitarzysta Marc Ribot — opowiadają o tym, co działo się w następnych latach po Nocy Kryształowej…
Na cześć obrońców Masady
Po „Kristallnacht” Zorn postawił sobie zadanie napisania stu utworów w żydowskich skalach. Nie miał jednak zamiaru wchodzić do płynącej już wtedy wartkim nurtem klezmerskiej rzeki; nie interesowało go odtwarzanie muzyki ze sztetli — chciał, by jego muzyka była żywa, współczesna, taka, jaką graliby żydowscy jazzmani na całym świecie, gdyby nie Zagłada.
— Masadzie przyświeca idea radykalnej muzyki żydowskiej. Muzyki dla Żydów żyjących dziś. Chodzi o połączenie muzyki Ornette’a Colemana z żydowskimi skalami — tłumaczył.
Paweł Smoleński z Masady: To zbiorowe samobójstwo to w Izraelu fundament narodowej pedagogikiZAPISZ NA PÓŹNIEJ

Zespół, z którym w 1993 r. pracował nad muzyką do filmu o tytule nomen omen „Kwartet złoczyńców”, a który tworzyli trębacz Dave Douglas, kontrabasista Greg Cohen i wspomniany perkusista Joey Baron, przeobraził się w Masada Quartet. Rzeczywiście, instrumentarium nawiązywał do składu klasycznego kwartetu Ornette’a Colemana, ojca free jazzu.
Nazwa grupy odnosi się oczywiście do jednego z najbardziej heroicznych wydarzeń w żydowskiej historii — obrony twierdzy, której załoga popełniła samobójstwo, by nie poddać się Rzymianom.
Plan Zorna się powiódł — jego kompozycje, grane przez wybitnych kolegów z freejazzowym pazurem, faktycznie otworzyły nowy rozdział w historii muzyki żydowskiej i zainspirowały niezliczonych muzyków na całym świecie (w Polsce choćby Raphaela Rogińskiego, Mikołaja Trzaskę czy Pawła Szamburskiego).
Duża w tym zasługa założonej przez Zorna wytwórni Tzadik, która szybko zaczęła cieszyć się kultowym statusem, także dzięki pieczołowitej oprawie graficznej (dopiero na początku 2024 r. Zorn zgodził się, by muzyka z Tzadik Records była dostępna w serwisach streamingowych).
612 żydowskich kawałków
Charyzmatyczny saksofonista rozpędził się i zamiast skończyć na stu utworach, skończył na 205, po czym zamknął pierwszą „Księgę Masady”.
Ale to, jak się okazało, był dopiero początek.
— Po dziesięciu latach wykonywania utworów z pierwszej księgi, pomyślałem: „Chyba byłoby fajnie napisać trochę nowych melodii — tłumaczył Zorn. — Kiedy zacząłem je pisać, pomyślałem: „Sprawdźmy, czy potrafię napisać sto utworów w miesiąc zamiast w rok. I w pierwszym miesiącu wyskoczyłem ze stoma melodiami, w drugim — z kolejnymi stoma, w trzecim — z trzecią setką. Nie miałem pojęcia, że to się wydarzy.
Ostatecznie „Księga aniołów”, druga księga Masady, liczy 315 tematów. Ale chyba nie myślicie, że Zorn na tym poprzestał, prawda? Kolejne 92 kompozycje złożyły się na część trzecią — „The Book Beriah”.
Ponad 600 utworów z tych trzech ksiąg od lat wykonują i nagrywają najróżniejsze grupy i najróżniejsi wykonawcy — od kluczowych postaci sceny Downtown, przez jazzowe sławy w rodzaju Pata Metheny’ego, po muzyków wykonujących muzykę żydowską albo nią się inspirujący. Piątą część „Księgi Aniołów” („Balan”) nagrał The Cracow Klezmer Band, a 31. („Buer”) – trio Briana Marselli, które usłyszymy w Warszawie.
Jakby grali tylko dla ciebie
Idealnym wprowadzeniem w świat Masady jest moim zdaniem album „Masada Guitars” wydany w 2003 r. z okazji dziesięciolecia projektu. Trzech gitarowych geniuszy — Bill Frisell, Marc Ribot i Tim Sparks — na zmianę interpretuje piękne, mistyczne, jakby odwieczne melodie Zorna inspirowane m.in. Kabałą.
Nagrania są surowe, słychać, jak gitarzyści przesuwają palce po gryfach akustycznych (przeważnie) gitar, jak oddychają; ma się wrażenie, jakby siedzieli obok i grali w zadumie i w transie specjalnie dla nas.
Jak brzmi „Katzatz”
Na początku tej dekady Zorn po latach przerwy powrócił do swego najbardziej ambitnego kompozytorskiego przedsięwzięcia, zakładając z gitarzystą Julianem Lage’em, perkusistą Kennym Wollesenem i peruwiańskim basistą Jorge Roederem (także członkiem Brian Marsella Trio) New Masada Quartet.
Ich pierwszy, wydany w 2021 r. album okazał się chyba tak dużą niespodzianką dla obserwatorów poczynań Zorna, że właściwie przeszedł niemal niezauważony. Nikt bowiem nie spodziewał się po ekscentryku z East Village muzyki osadzonej tak mocno w jazzowym mainstreamie. W głównej mierze to zasługa eleganckiej gry Juliana Lage’a nagrywającego m.in. dla wytwórni Blue Note, choć niektóre utwory spokojnie zaakceptowałby nawet i Manfred Eicher, twórca innego legendarnego wydawnictwa ECM z jego „brzmieniem o stopień powyżej ciszy”.
Czyżby w wieku emerytalnym John Zorn postanowił przejść do krainy łagodności?
Nic z tych rzeczy! Już pierwsze sekundy „Katzatz”, utworu otwierającego wydany w zeszłym roku album „New Masada Quartet, vol. 2”, rozwiewają wątpliwości — alt lidera frenetycznie piszczy w gorączkowych przebiegach, gitara go przedrzeźnia, a bas i perkusja albo próbują za nimi nadgonić, albo to wszystko napędzają — a może jedno i drugie? Tak czy owak, jeśli wyobrażacie sobie, jak mógłby brzmieć zespół hardcore’owców-punkowców parodiujących jakiś bebopowy kawałek z lat 50. na potrzeby zwariowanej kreskówki, to tak właśnie brzmi „Katzatz”.
W kolejnych utworach bywa oczywiście spokojniej, nowy kwartet żegluje czasami ku estetyce „starego” kwartetu, wszak wykonuje w dużej mierze te same kompozycje, ale balans pomiędzy freejazzową żarliwością, mainstreamową gładkością i żydowską mistycznością jest tu zachowany znacznie lepiej niż na pierwszym albumie.
A to pozwala wybrać się na Warsaw Summer Jazz Days z uczuciem prawdziwej ekscytacji.
Warsaw Summer Jazz Days 2024. 4-7 lipca, klub Stodoła
Oprócz Johna Zorna gwiazdami tegorocznej edycji festiwalu Mariusza Adamiaka będą:
- Marcus Miller — gigant gitary basowej, kluczowy współpracownik Milesa Davisa na początku lat 80.;
- saksofonista Isaiah Collier i jego zespół The Chosen Few, z którym zaprezentuje materiał z albumu „Cosmic Transitions”, zarejestrowanego w dzień urodzin Johna Coltrane’a na tym samym sprzęcie, na którym Coltrane nagrał pomnikowy album „A Love Supreme”;
- grupa Irreversible Entanglements z niepowtarzalną poetką, artystką spoken word i raperką Moor Mother;
- supergrupa Void Patrol, którą tworzą fenomenalny, ciążący ku minimalizmowi i metalowi saksofonista Colin Stetson, legendarny multinstrumentalista Elliott Sharp, perkusista Billy Martin, znany choćby z tria Medeski, Martin & Wood oraz klawiszowiec Payton MacDonald, który grywał m.in. ze Steve’em Reichem.
Spośród polskich wykonawców warto z pewnością zobaczyć występy Immortal Onion z Michałem Janem Ciesielskim czy zespołu Hoshii saksofonisty Kuby Więcka. Program i bilety na stronie adamiakjazz.pl.

Jędrzej Słodkowski
Wiceszef działu kultura. W „Wyborczej” od 2006 r. Prowadzi plebiscyty: Sanki na najciekawsze nowe twarze polskiej muzyki oraz Płyta Roku „Wyborczej”, a także doroczną „Gazetę Uchodźców”
Kategorie: Uncategorized


