
Gwałt według Szekspira
I cóż takiego uczynił Emil Zola dla dobra ludzkości, ogłaszając drukiem list otwarty do prezydenta Republiki pt. „Oskarżam”? W demokratycznym państwie prawnym uratował jednego Żyda przed dożywotnimi wakacjami na malarycznej Wyspie Diabelskiej. Ja zaś ,w stanie wojennym generała Jaruzelskiego, w pojedynkę wyciągnąłem spod szubienicy dwu najprawdziwszych opryszków, którzy zamordowali księdza proboszcza w Sędziszowie Małopolskim koło Rzeszowa.
Emil Zola przyszedł na gotowe, bo wszystkie detale zbrodni sądowej w trybunale wojskowym, popełnionej wobec fałszywie oskarżonego o szpiegostwo kapitana Dreyfusa, miał podane na tacy przez pryncypialnego pułkownika Marie Georges Picquarta z wywiadu armii francuskiej. Ja zaś dla ocalenia rzezimieszków musiałem zdobyć dowód na piśmie, że służalcza prokuratura , w celu podlizania się generalicji z junty wojskowej z jednej strony, i kościołowi z drugiej, zataiła fakt, iż rzekomi mordercy, gdy tylko zorientowali się, że skrępowany i wadliwie zakneblowany ksiądz nie oddycha, narażając się na schwytanie w miejscu zbrodni i na gorącym uczynku, przez całą godzinę fachowo robili mu sztuczne oddychanie i masaż serca, co stwierdził milicyjny anatomopatolog. Pułkownik Picquart był, nota bene, prawdziwym rasistą i antysemitą, jak wszyscy jego koledzy ze sztabu generalnego. Współcześnie ten gość głosowałby na nacjonalistyczną partię Marii Le Pen i zalewałby się łzami po przegranych z lewicą i z Macronem wyborach. Za Żydem w mundurze bohatersko wstawił się jednak, bo uważał, że w wojsku musi panować regulaminowy porządek.
Po ogłoszeniu wyroku w procesie dwu opryszków z Sędziszowa, podszedł do mnie zażywny gość we fioletach księdza prałata i spytał, dlaczego, będąc dziennikarzem katolickiej gazety „Słowo Powszechne”, wdałem się w obronę dwu rzezimieszków, którzy brutalnie zamordowali księdza. Nie było czasu, żeby wyjaśniać, z jakich przyczyn w stanie wojennym , wyrzucony ze „Szpilek” przez komisję weryfikacyjną ministra Jerzego Urbana, znalazłem się w organie „falangistów i żyletkarzy”. „Katolickiej” prasy paxowskiej, ufundowanej przez generała NKWD Igora Sierowa dla celów dywersyjnych, dyrektywy władzy państwowej nie dotyczyły i do niczego nie zobowiązywały. Miałem łkać w mankiet prałata, że z dwojgiem drobiazgu i z niepracującą żoną na utrzymaniu, musiałem w jakiś sposób zarobkować? Umiałem tylko czytać i pisać, no może jeszcze rachować, ale już nie za bardzo. Do ciężkiej pracy z powodów zdrowotnych raczej się nie nadawałem. A poza tym chciałem utrzymać się w zawodzie dziennikarskim, który – cóż tu ukrywać – ułatwi mi coroczne wyjazdy do Francji , dokąd zapraszała mnie francusko-polska rodzina, najpierw tylko na narty w Alpach, a później do zbioru plonów w sadach i winnicach.
Ta praca w dzienniku paxowskich katolickich falangistów, która uratował mi tyłek w sytuacji krytycznej, była moją psychiczną katorgą. Czułem się zbrukany, pozbawiony czci i honoru, oblepiony od stóp do głów smrodliwym paskudztwem. Pobożny redaktor naczelny, wybitny alpinista, którego poznałem w Tatrach, nie gwałcił mnie i do niczego nie przymuszał. Pisałem tylko to, co przechodziło mi gładko przez sumienie, ale te paskudne sąsiedztwo z publikacjami kolegów -falangistów naprawdę dawało mi się we znaki. W kawałku pt. „Obrona włamywaczy przed szubienicą”, wydrukowanym na łamach „Słowa” broniłem przede wszystkim własnej reporterskiej cnoty. Wychodzi na to, że złajdaczyłem się tylko troszkę, w żadnym razie nie do imentu!
Odpowiedziałem księdzu we fioletach mniej więcej w te słowa: – Eminencjo, ja nie ratowałem opryszków, ja uratowałem prokuraturę przed popełnieniem olbrzymiego i niewybaczalnego błędu. Ksiądz nie żyje, po co jeszcze mnożyć trupy?
Pasternak i Wajda, takie literackie nazwiska nosili niedoszli wisielcy, po dobyciu terminowej kary więzienia powrócili do swoich żon i dzieci. Będę miał za to w Niebie literacką zasługę.
Teraz, gdy w dniach poprzedzających przełomowe wybory we Francji , Fiamma Nurenstein pod datą 03.07.-24 opublikowała na blogu „Reunion 69” tekst pt. „Cała Francja zgwałciła 12-letnią Żydówkę”, przestaję chełpić się swoją postawą polskiego dreyfusarda z końcówki XX wieku.
„12-letnia żydowska dziewczynka zgwałcona w Paryżu popełniła w oczach gwałcicieli dwa grzechy śmiertelne: Była Żydówką. Była więc istotą zasługującą na najbardziej ohydne akty zła. Co więcej, nie powiadomiła bandy zbirów o tym fakcie. Nie obnosiła się z „żółtą gwiazdą”. Nie potępiła samej siebie. Nie zgodziła się na gwałt, deportację i morderstwo. W oczach potworów domagała się więc aktu nazizmu.”
W tekście nie zostało powiedziane kim byli gwałciciele, ale domyślam się, że byli to muzułmanie o śniadych twarzach. Czterdzieści lat temu w Rzeszowie podczas procesu morderców księdza katolickiego, miałem przed nosem oczywiste dowody na to, że rzezimieszkowie nie byli mordercami, lecz jedynie włamywaczami, którzy dopuścili się błędu w trudnej robocie. Oskarżony Pasternak kilka lat wcześniej sprawował posługę ministranta w kościele parafialnym w Sędziszowie Małopolskim i doskonale znał rozkład mieszkania proboszcza na plebanii. Wiedział też gdzie ksiądz proboszcz ukrywał dolary, przysyłane mu przez brata zza oceanu. Kiedy tylko po sforsowaniu zamka w drzwiach wejściowych, wszedł do mieszkania, sięgnął po śliwki w czekoladzie, które w kryształowej wazie zawsze czekały na łakomych, nieletnich gości. Oprócz motywu rabunkowego, mógł w takim razie istnieć także motyw zemsty za molestowanie ministranta. A ja tymczasem kwestię ewentualnego gwałtu na nieletnim pominąłem nie tylko w publikacji „Słowa Powszechnego”, lecz także w książeczce „Mord na plebanii” wydanej przez KAW w 1983 roku w nakładzie stu tysięcy egzemplarzy! Według mojego dzisiejszego domysłu, Wajda z Pasternakiem przez nieszczęsny przypadek uśmiercili obrzydliwego pe-do-fi-la, a nie księdza katolickiego, jak utrzymywał duchowny we fioletach.
Gdybym napisał tekst pt. „Cała socjalistyczna polska zgwałciła 12 -letniego ministranta”, byłbym o pół wieku szybszy od braci Sekielskich, którzy filmami o pedofilii w kościele katolickim obudzili czujność opinii publicznej w Polsce i zdobyli za to stosowne laury. Nie mam kwalifikacji moralnych, ani zawodowych, żeby teraz prowadzić „śledztwo dziennikarskie”, dotyczące gwałtu na młodocianej Żydówce, popełnionego być może w jakimś bliżej nie określonym żeńskim klasztorze przed bez mała stu laty.
A sprawa, jeśli spojrzy się na nią z bliska, jest diablo interesująca. Bo dlaczego poetka Joanna Kulmowa, jeśli z klasztoru , który uratował ją przed Holokaustem, wyniosła naprawdę bolesne doświadczenia, zgodziła się na wysłanie nastoletniej wychowanki Rodziny Strumiańskiej imieniem Barbara, na pielgrzymkę do sanktuarium przy Klasztorze Visitation , położonego nieopodal Annecy w Alpach Francuskich? Program tej jednoosobowej peregrynacji w najdrobniejszych szczegółach opracował wujek Jan, ale ciocia Joanna, jako osoba finansująca całe przedsięwzięcie, mogła przekreślić projekt jednym pociągnięciem pióra. Ja osobiście też stanowczym „nie” mogłem przekreśli projekt , bowiem Jan przewidział w nim dosyć ważną rolę dla mnie osobiście. Basia , celem nauki języka francuskiego, miała na jakiś czas zamieszkać w Domu Pielgrzyma przy Klasztorze Visitation, co było uzgodnione z recepcją przy Sanktuarium, ale na moją francuską rodzinę zamieszkałą w Annecy przypadł zaszczyt odebrania pobożnej pasażerki z lotniska w Genewie i odwiezienie jej do Domu Pielgrzyma. Nic by się złego nie wydarzyło, gdybym nie zatelefonował do swojego przysposobionego siostrzeńca Marca Egraza z uniżoną prośbą. No więc Basia została dowieziona na miejsce. W przyklasztornej świątyni już przy drzwiach padła na kolana i na kolanach przeczołgała się aż do ołtarza, gdzie w przyklęku zapadła w głęboką modlitwę. Dwoje Francuzów patrzyło na tę scenę ze zdumieniem i z zalęknieniem.
Ale na nic zdały się modły, „albowiem Bóg w tym czasie zajmował się uciszaniem Oceanów” (Herbert). W Domu Pielgrzyma miejsce dla Basi nie zostało odpowiednio zarezerwowane, toteż Basia na jedną przynajmniej noc musi udać się do hotelu, a taki wydatek przez przezornego Jana nie został przewidziany w preliminarzu. Moi francuscy krewniacy zaprosili więc młodocianą pielgrzymkę do swojego domostwa. Ponieważ wieczorową porą osiemnastoletni syn gospodarzy udawał się na przyjęcie urodzinowe szkolnego kolegi, więc spytali go, czy par gentillesse nie mógłby zabrać ze sobą Basi, żeby się ze starymi nie nudziła i szlifowała swój francuski z rówieśnikami.
Młodzi razem udali się na imprezę. No i stało się, co się stać musiało. Synek wrócił do domu sam, natomiast pobożna Basia, która zawierzyła swoje dziewictwo Jezusowi Chrystusowi i nosiła się z zamiarem wstąpienia do żeńskiego zakonu o surowej regule, trafiła na komisariat policji, gdzie szukała ochrony przed gwałcicielami. Policja dała jej nocleg w „koszu na sałatę”, czyli na policyjnym „dołku”, jak mówi się w polskim języku złodziei i włóczykijów. Boże święty, nieletnia dziewczynka z katolickiej Polski znalazła się między francuskimi złodziejkami i podchmielonymi prostytutkami!
Miałem sporo nieprzyjemności z powodu nieszczęsnego wydarzenia francusko – polskiego w starożytnym mieście Annecy. Wymówkom fundatorów pielgrzymki do sanktuarium Visitation nie było końca. Miałbym się jednak z pyszna, gdyby śledztwo policyjne nie wykazało, że do rzekomej próby gwałtu miało dojść na przyjęciu urodzinowym w środowisku członków Klubu Tańca Towarzyskiego z dzielnicy Crans, a młodzieniec oskarżany o molestowanie dziewicy był zdeklarowanym i jawnym gejem, wykazującym szczególne zamiłowanie do amerykańskiego tańca „dirty dancing”, którego nijak nie może wykonywać dwu przytulonych do siebie chłopaków.
Celibat księży nie wyklucza posiadania przez nich nieślubnego potomstwa. Reguła żeńskiego klasztoru nie wyklucza homoseksualnego gwałtu na młodocianej żydówce. Czymże więc jest gwałt? – oto jest temat do przemyśleń dla zawodowych myślicieli. Bo chociaż już na szczeblu policyjnego dochodzenia mój francuski krewniak został od zarzutu usiłowania gwałtu na nieletniej stuprocentowo uniewinniony, to jednak, będąc nawet w liberalnej i fikuśnej Francji seksualnym odmieńcem, musiał wiedzieć jakie są granice dopuszczalnego zbliżenia z dziewczyną czołgającą się na klęczkach od kropielnicy przy wejściu do świątyni aż do ołtarza, w dodatku z kandydatką do wiekuistego życia w czystości. Czy w zakonie katolickim, w którym Joanna Kulmowa schroniła się przed hitlerowską opresją, któraś z sióstr, lub któryś z księży spowiedników, przekroczył granice wyznaczone przez kodeksową definicję gwałtu?
W operze Benjamina Brittena „Gwałt na lukrecji” ( prapremiera odbyła się w 1946 r. na festiwalu w Glyndbourne ), kompozytor – jak głosi Encyklopedia Teatru Polskiego – „sięgnął po znaną opowieść o sławnej z urody i wierności żonie rzymskiego patrycjusza, Lukrecji, która została zgwałcona przez etruskiego władcę Tarkwiniusza, po czym popełniła samobójstwo. Wprowadzając dwuosobowy chór komentujący wydarzenia, nadał historii kształt antycznej tragedii.”
„Znana opowieść” była krótkim utworem dramatycznym napisanym przez Szekspira i zadedykowanym dla hrabiego Southamptona, w dodatku, według opinii wielu szekspirologów, utworem niepozbawionym wątków homoseksualnych. A ten dwuosobowy chórek, który nadawał utworowi wymiar tragedii antycznej, przez całą noc komentował gwałt na pięknej i wiernej Lukrecji, choć obowiązkiem służby pałacowej było raczej wyrwanie bezbronnej kobiety z rąk oprawcy. Gdyby świadkowie gwałtu zachowali się jak trzeba, być może zbędna byłaby aria służki, pięknie odśpiewana nad ciałem samobójczyni w teatrze Stanisławowskim przez sopranistkę Królewskiej Opery Kameralnej Iwonę Handzlik.
Wstyd do tego się przyznać, ale o gwałcie na nieletniej żydowskiej pensjonariuszce Domu Zakonnego w mrocznych dniach Holokaustu, pomyślałem dopiero po obejrzeniu tej inscenizacji „Gwałtu na Lukrecji”. Teatr Stanisławowski to dla mnie kultowe miejsce, w którym na spektaklu „Apollo prawodawca czyli Parnassus reformowany” z librettem Joanny Kulmowej i w reżyserii Jana Kulmy, po raz pierwszy zetknąłem się ze Sztuką przez duże „S”, uprawianą przez niezwykły duet artystyczny Joanny i Jana ze Strumian.
I dopiero po przeczytaniu raportu Tomasza Terlikowskiego o bezeceństwach w klasztorze Dominikanów, wyobraziłem sobie bezmiar cierpień, jakich mogła doznać Joanna Kulmowa od mniszek i księży spowiedników w żeńskim klasztorze, w którym znalazła schronienie przed śmiertelnym zagrożeniem. Nie musiałby to być od razu gwałt w sensie kodeksowym, wystarczyłaby tortura psychiczna i fizyczna w postaci przymuszania opornej bezbożnicy do wielogodzinnych modłów, żeby zrodził się z tego materiał o wiele bardziej dramatyczny od zawierającego wątki homoseksualne poematu Szekspira. A zresztą moim zdaniem „dziennikarza śledczego”, dramat pięknej i wiernej Lukrecji nie tyle polegał na tym, że została zgwałcona w swojej łożnicy przez chutliwego przyjaciela własnego męża, ile na tym, że pomimo wyznawanych zasad, dopuściła się zdrady małżeńskiej. A w dodatku uczyniła to na oczach służby domowej. Zapewne wolała śmierć z własnej ręki, niż karny pobyt w klasztorze dla żon niewiernych.
Och, przepraszam, akcja dramatu o Lukrecji toczy się w czasach zamierzchłych, kiedy nie było jeszcze klasztorów Sióstr Magdalenek.
Jakub Kopeć
Wszystkie wpisy Jakuba TUTAJ
Kategorie: Uncategorized


Nie na temat, albo tylko troche, co mi Tato opowiedzial , o Bialej Kobylce:, autentyczna historie ktora p. Kopec moze sprawdzic w jakichs kronikach i opisac
2ch mordercow, ojciec i syn siedzi w Swietym Krzyzu, najsurowszym wiezieniu w przedwojennej Polsce, czekajac na powieszenie za m.in. morderstwa ksiezy w czasie rabunkow na plebaniach.
Zaaresztowano ich po ostatnim morderstwie, ksiedza i jego gosposi, bo ktos w noc morderstwa zauwazyl furmanke w pelnym galopie kolo plebanii , z bialym koniem wyraznie widocznym w nocy.
Koni na wsi polskiej pelno, ale bialych niewiele, wiec odrazu przprowadzono rewizje u wszystkich w okolicy z bialymi konmi.
No i znaleziono czesc rzeczy z plebanii, i, ku ogromnemu zdumieniu , morderca byl jeden z najbogatszych chlopow tam, i jego syn.
Kiedy zaczeto dokladnie badac jego przeszlosc, zdziwilo sedziego ze byl 3 razy zonaty, kazda zona umarla w zimie, na zapalenie pluc.
Chcac uratowac syna, chlop, wdowiec, zlozyl pelne przyznanie sie, wtym do morderstw poprzednich zon.
Zaczal kariere jako biedny parobek w domu bogatego chlopa.
Corka tego chlopa zakochala sie w nim i ojciec dal jej kawalek ziemi w posagu.
Urodzil sie syn, wszystko bylo OK, kiedy malzenstwo pojechalo w zime na slub w okolicy.
W drodze powrotnej, zima, w surowym mrozie, chlop zaczal rozpinac pijana zone , i tak na naga dowiozl ja do domu .
Zapalenie pluc, penicilina nie znana, wiec zona umarla.
Chlop nie moze byc bez zony, wiec sie znowu ozenil, bez trudnosci, bo mial kawal ziemi, wiec nowa zona
I znowu, zona umarla , w ten sam sposob.
3a zona, jeszcze bogatsza, bo chlop tez juz zamozny . I tez umarla, w ten sam sposob.I chlop juz bardzo, bardzo bogaty z ta odziedziczona ziemia.
Nie wystarczalo mu to jednak, i wymyslil nowy business:
Zauwazyl inteligentnie ze ksieza uczestnicza w slubach, chrzcinach, pogrzebach-i zostaja na przyjeciach po tym.
Wiec razem z synem zaczeli sie wlamywac do plebani kiedy spodziewali sie ze ksiadz jest sluzbowo nieobecny.
Swiadkow nie zostawiali , tak jak ostatnim razem kiedy ksiadz z jakichs powodow nie pojechal na slub parafian, Zarabali go siekierami razem z gosposia .
Zapytany przed egzekucja czy zaluje, odpowiedzial :
”Tak. Zaluje ze posluchalem sie syna i zaprzaglem Biala Kobylke do wozu., kasztanki nikt by w nocy nie zauwazyl i nikt by mnie nie znalazl”