
Moja ślubna Bella utrzymuje, że jestem życiowym nieudacznikiem. Chyba nie ma racji, skoro w ostatnim roku XX wieku zrobiłem sobie selfi z dwoma sąsiadującymi ze sobą grzbiet w grzbiet książkami; z rozmyślaniami politycznymi Aleksandra Kwaśniewskiego i z moją publikacją „Po drugiej stronie lustracji”, traktującą o związkach braci Kaczyńskich z aferą FOZZ. Obie książki były wystawione na widok publiczny w witrynie księgarni w Starym Hotelu Sejmowym, usytuowanej dogodnie tuż przy wejściu do sejmowej restauracji „U Hawełka”, toteż każdy poseł i każdy gość sejmowy mógł się im dokładnie przyjrzeć. Bezczelność tej demonstracji zirytowała radykalnie prawicową administrację Sejmu, toteż z dnia na dzień zamknięto księgarnię, a na jej miejscu podwoje otworzyła palarnia. Tymczasowo była to palarnia tytoniu, a nie książek.
Bogu dziękować, pomimo rzucania mu kłód pod nogi, Aleksander Kwaśniewski wygrał bój o reelekcję z kandydatem na prezydenta, który chciał intronizować w Rzeczypospolitej „Chrystusa Króla”, czyli zamierzał wcisnąć nam Żyda na najwyższy urząd w państwie fundamentalnie antysemickim. Mnie się też poszczęściło, bo awantura o książkę „Po drugiej lustracji”, z sejmowej księgarenki przeniosła się z księgarenki sejmowej na salę obrad plenarnych i dwu lewicowych posłów w tak bagatelnej sprawie, lecz w słusznej intencji obrony ładu konstytucyjnego, wniosło sążnistą interpelację, adresowaną do ministra sprawiedliwości, którym akurat był już Lech Kaczyński. Sprawa skończyła się moim procesem cywilnym z premierem Jarosławem Kaczyńskim i z Lechem Kaczyńskim, który tymczasem obsadzony został w roli prezydenta miasta stołecznego Warszawy. Proces z Braćmi przegrałem, bo Kaczyńscy przytargali do Sądu Okręgowego ewidentnie fałszywego świadka, czego sędzia przewodniczący za nic nie chciał zauważyć. „Gdy cię złapią za rękę, mów , że to nie twoja ręka” – brzmi pierwsze przykazanie numerariusza Opus Dei Mariusza Romanowskiego, korzystającego dziś z azylu politycznego w Budapeszcie.
Ten proces sprawił, że książka o braciach Kaczyńskich, nie do końca zasłużenie , zyskała niebotycznie na poczytności i doczekała się ekranizacji w trzyczęściowym filmie telewizyjnym Witolda Krasuckiego pt. „Dramat w trzech aktach” (TVP- Program Pierwszy). Naprawdę nie byłem nieudacznikiem, skoro moja książka o dalekosiężnych skutkach procesu z Braćmi Kaczyńskimi, mało oryginalnie zatytułowana „Komuniści i złodzieje”, w historycznym dniu 12 października 2019 została sfotografowana przez fotoreportera Radka Pietreuszkę na inauguracyjnej sesji Sejmu IX Kadencji. Fotka została pstryknięta w momencie, gdy na pięć minut przed wygłoszeniem w imieniu całej sejmowej opozycji, mowy obracającej w perzynę wszystko to, co powiedział Mateusz Morawiecki w swoim premierowskim exposée, poseł Adrian Zanberg pokazywał do kamery TVN24 okładkę i śmiał się przy tym do rozpuku.
Slefi z Zandbergiem chytrze wykorzystałem jako ilustrację do płatnego ogłoszenia o sprzedaży wysyłkowej „Komunistów i złodziei” w postkomunistycznej gazecie „Dziennik TRYBUNA”. Ogłoszenie już było na szpaltach, lecz w ostatniej chwili usunął je właściciel .
Od biedy zachowanie właściciela „Trybuny” można byłoby wyjaśnić fatalnym stanem finansowym gazety, przynoszącej, pomimo skromnych nakładów, dotkliwe straty. Niejaki Piotr Kusznieruk kupił ją od poprzedniej grupy właścicieli z nadzieją na rychłą zyskowną sprzedaż, a jedynym nabywcą tytułu może być SLD z przewodniczącym Czarzastym, który, dzięki koalicyjnej umowie z „Wiosną” i z „Razem” , został wicemarszałkiem sejmu. To Czarzasty ma struktury i siedzi na pieniądzach, a tymczasem „Trybuna” wyskakuje z wizerunkiem chudopachołka Zandberga na pierwszej stronie! Gdybyż Zandberg występował na okładce sam! Ale te pomniejszone wizerunki Biedronia i Czarzastego gdzieś głęboko z tyłu, to już manipulacja, a może nawet prowokacja polityczna. Ogłoszenie Wydawnictwa JJK w tej sytuacji mogło być mimowolną i mimowiedną ofiarą niekorzystnego zbiegu okoliczności; obowiązkiem właściciela, jeśli chciał szybko ubić z Czarzastym interes, było usunięcie „selfi z Zandbergiem” z łamów gazety.
Pisałem już na blogu „Reunion 69” o przygodzie z fotką Radka Pietruszki, lecz uczyniłem to mimochodem. Teraz nadarza się okazja, żeby poświęcić więcej uwagi selfi posła Zandberga z książką „Komuniści i złodzieje”, bo przewodniczący partii „Razem” wraz z kilkunastoma konkurentami kandyduje dziś na urząd prezydenta Rzeczypospolitej, a główny bohater inkryminowanej książki, prezes Jarosław Kaczyński zagrożony odpowiedzialnością karną do kilkunastu lat więzienia, z najwyższym trudem opędza się od prokuratorów, nasyłanych nań przez ministra Bodnara.
Natychmiast po inauguracyjnej sesji sejmu IX kadencji w wychodzącym trzy razy w tygodniu „Dzienniku Trybuna” ukazało się zdjęcie posła Adriana Zandberga, rozpostarte na całą pierwszą stronę. Przez szeroką pierś posła „Lewicy Razem” szedł napis „Mocnym głosem!”, za prawym barkiem widać było fragment twarzoczaszki Roberta Biedronia, spoza barku lewego wysterczała zaś łysinka i cały szlachetny profil wicemarszałka Włodzimierza Czarzastego. W środku numeru na dwu kolumnach wprawdzie z dziesiątkami literówek i innych duperelnych błędów, lecz jednak wydrukowano całość sejmowego przemówienia lidera partii „Razem” , które zszokowało i zachwyciło całą, nawet prawicową i narodową „opinię publiczną”.
Nieco później „Polityka” (nr 49) na okładce zafundowała publiczności wielki portret Zandberga , autorstwa anonimowego mistrza pędzla, sporządzony na bazie kolorowej fotografii. Portret wykonano nienaganną techniką, opatentowaną przez sławnego Andy Warhola wraz z kultowym wizerunkiem „Che” Guevarry z niesforną grzywą włosów i z czerwoną gwiazdą na baskijskim berecie. Odwołanie się do ikony marksistowskich rewolucjonistów z kontynentu amerykańskiego i młodzieżowej rewolty w Europie 1968 roku, nie mogło być dziełem przypadku.
Zamyślona i półuśmiechnięta ironicznie twarz Zandberga na okładce „Polityki” zapowiadała artykuł Rafała Kalukina wewnątrz numeru. Zajawka z pierwszej strony nie zostawiała wątpliwości: „Czy popularny szef niepopularnej partii może zostać liderem opozycji”. Brak znaku zapytania, czy choćby kropki na końcu zdania, zmieniał je w zdanie oznajmujące. Tak! Może i musi Zandberg zostać liderem opozycji! Przynajmniej taki był naówczas pogląd Kalukina i redaktora naczelnego „Polityki”.
Zostawmy jednak na boku Zandberga z czasów IX kadencji Sejmu, bo mamy już X kadencję. Szef partii „Razem” jest jakby członkiem Koalicji 15 Października” i jednocześnie nie wszedł do rządu, choć go bardzo o to proszono, a zasiada obecnie w ławach opozycji. Takie siedzenie okrakiem na barykadzie jest wygodne z moralnego punktu widzenia, ale stwarza zagrożenie, że można dostać salwy z jednej i drugiej strony. Człowiek, który jeszcze tak niedawno był dla „Polityki” popularnym szefem niepopularnej partii, pasującym w sam raz na funkcję lidera opozycji, stał się nagle obrzydliwym symetrystą, kumającym się z na wpół faszystowską opozycją PiS-u i Konfederacji.
Natomiast w szeregach lewicowej partii Czarzastego i Biedronia słychać niezadowolenie, że człowiek o kosmopolitycznym usposobieniu z racji żydowskiego pochodzenia, może przyczynić się swoją krytyką do skruszenia „Koalicji 15 P” i przegranej Rafała Trzaskowskiego w zbliżających się prezydenckich wyborach.
Symetrysta Zandberg ma stuprocentową rację, gdy krzyczy, że przyzwoity człowiek nie może być w jednej drużynie z kryptofaszystą i antysemitą Romanem Giertychem, i gdy oświadcza, że nie powinno być miejsca w rządzie dla kogoś, kto jak Radosław Sikorski, pozostawał na sowitym żołdzie Emiratów Arabskich (sto tysięcy dolarów rocznej łapówki za przychylność w głosowaniach Parlamentu Europejskiego). Taki jeden nielojalny koalicjant jest dyktatorowi Tuskowi niezbędnie potrzebny do utrzymania się przy zdrowych zmysłach. Na przykład Donald Tusk z użyczeniem państwowej ochrony dla Netanjahu na czas jego uczestnictwa w obchodach 80 rocznicy Auschwitz, wygłupił się tylko dlatego, że w procesie decydowania o „liście żelaznym” dla premiera Izraela nie uczestniczył ten jeden nielojalny Żyd Zandberg ze swoimi inteligenckimi wątpliwościami.
W poszukiwaniu wiedzy na temat pochodzenia nazwiska Zandberg, dzikim przypadkiem natrafiłem na taką informację w „Herbarzu polskim” Tadeusza Gajla: „Kopciowie (Kopeć) – to polski ród szlachecki pochodzenia litewskiego, pieczętujący się herbem Kroje (odm.), znany od XV wieku. Protoplastą rodu był Kopot (Kopeć), pisarz Kazimierza Jagiellończyka w latach 1447–1452.”
Natomiast w „Księdze herbowej rodów polskich” Juliusza Ostrowskiego (str. 251): „Herb śląskiego rodu Kopciów blazonuje się następująco: w polu błękitnym między rogami srebrnego półksiężyca – sześciopromienna gwiazda srebrna. Nad hełmem w koronie gwiazda. Labry błękitne podbite srebrem.(…) Nazwisko Kopeć pochodzi od Koppeta.”
Ten Półksiężyc w herbie rodu Kopciów jest jakby aluzją do sturczonego mahometanizmu mojej wnuczki Nory i prawnuka Dżohara. Natomiast sześcioramienna Gwiazda Syjonu , każe domyślać się, że moje matka de domo Krajewska, miała ten sam w nazwisku źródłosłów, jak i znany działacz polskiej mniejszości żydowskiej Stanisław Krajewski, postulujący usunięcie kościoła katolickiego z Muzeum w Auschwitz.
Bardzo jestem przywiązany do proletariackiej proweniencji nazwiska, lecz jednak herb Kopciów wywiera na mnie silne wrażenie. Najważniejsze, że nazwisko nie pochodzi banalnie od dymu, sadzy, osadu z dymu, a w pisowni występuje „double P” jak u Oppenheimera, jak „double S” u Husserla albo u Bertranda Russela , czy choćby podwójne „Ł” jak u Ewy Woydyłło.
Nie znalazłem w Internecie stosownego herbu przy nazwisku Zandberg i nie wiem jak się on blazonuje. Nazwisko zapewne utworzone było od duńskiego i niemieckiego 'sand’, czyli banalny piasek i 'berg’, czyli po prostu 'brzeg’. Żadnego śladu Gwiazdy Syjonu, czy też tureckiego Półksiężyca.
Swoje słowiańskie nazwisko zmieniam na 'Koppet’, ale – chcąc uniknąć szoku – czynię to na razie jedynie połowicznie; kreślę się i pieczętuję –
Jan Jakub Koppeć
Kategorie: Uncategorized


”że w procesie decydowania o „liście żelaznym” dla premiera Izraela”
Z listami żelaznymi różnie bywa. Pełne zaufanie do królewskiego słowa i listu żelaznego okazał był w swoim czasie niejaki Jan Hus. Niespecjalnie dobrze na tym wyszedł. Inna rzecz, że nie wszystkim podobał się fakt, że tego Husa spalono na stosie, który to fakt zapoczątkował cykl tzw wojen husyckich.
Z nietykalnością w ogóle bywa rozmaicie. Ciekawa jest na przykład historia delegacji sowieckiego Czerwonego Krzyża, która to delegacja przybyła do Polski w roku 1919-tym. Delegacja miała za zadanie prowadzić negocjacje w sprawie repatriacji jeńców rosyjskich, wziętych do niewoli podczas wojny światowej. Delegacje najpierw wsadzono do pierdla a potem wymor… sorki, _zlikwidowano_ jej członków (płci obojga). To zresztą oczywiste, przecież to była delegacja wroga, niesłuszna i trzeba było z nią Zrobić Porządek.
Sprawa się jednak co nieco sfajdała, bo jeden z delegatów, niejaki Leon Alter, źle strzelony, bezczelnie i po chucpiarsku wyżył. Jakby tego było mało – to jeszcze przedostał się z powrotem do Rosji Radzieckiej, co już stanowiło czystą bezczelność. Z uwagi na ten przykry fakt nie dało się utrzymać wersji, że delegacja ”zaginęła” czy coś tam.