
To skrócona wersja wywiadu z Andą Rottenberg: AI
Pytanie (Wojciech Szot): Robi pani podsumowania?
Anda Rottenberg: Już podsumowałam rok. W radiu. Ale tak dla siebie? Nie. Traktuję to jak zadanie. Tak mam ze wszystkim. Nie wiem, kiedy to się zaczęło. Może w harcerstwie? Być może już w przedszkolu okazało się, że jestem zadaniowa. Lubię wyzwania.
Pan jednak pewnie o życie pyta. Ciągle próbuję je podsumować i nie jestem w stanie. Wydaję dzienniki. Niby mają coś podsumować, a nic z tego nie wychodzi.
Pytanie: Może trzeba napisać autobiografię?
Anda Rottenberg: Nie potrafiłabym. Już raz się do niej zabrałam. Szukałam przodków. I tak wpakowałam się w dwie inne historie, z których powstała książka. Autobiograficzny wątek doprowadziłam do matury. Dalej nie byłam w stanie, a i tak już 500 stron napisałam. Pilch w wywiadzie kiedyś powiedział, że zaczął pisać autobiografię, ale jest na 120. stronie i jeszcze nie wyszedł z porodówki. Mam podobnie.
W życiu robiłam tyle różnych rzeczy, że tego nie sposób opisać. Czasem, gdy proszą mnie o CV… Jak są jakieś wydarzenia, to mam sobie sama biogram napisać. Na pół strony. Zadanie niemożliwe. Tytuły wystaw, które zrobiłam, zajmują więcej. Książki pisałam, funkcje pełniłam. A to przecież pomija wszystko to, co naprawdę robiłam. Jestem niezdolna do autobiografii.
Może by tak tomami? Jeden trzeba by poświęcić życiu w akademiku na Kickiego. Inny studiom na historii sztuki i ludziom, których tam poznałam. Kolejny tom – „Moje życie z mężczyznami”. Ale to o każdym trzeba by osobną książkę napisać. Wie pan, mówię o tych, z którymi byłam długo, a nie tak przelotnie. Więc…
Pytanie: Najnowszy tom dziennika zamknięty jest w datach 2019-22 i zatytułowany „Schyłek”. Rozmawiamy dwa lata później. Może jednak to nie był schyłek?
Anda Rottenberg: Widzi pan… No, nie umarłam. Dlatego wyszła książka. Żyję, ale nie znam dnia ani godziny. Byłabym za tym, żeby mnie trzasnęło nagle, jak mojego ojca. Ale taka śmierć może się zdarzyć tylko dobrym ludziom. Mój ojciec był dobrym człowiekiem i może dlatego mu się udało?
Dostał wylewu. Był na wczasach w Kołobrzegu. Wiedział, że tamtejszy klimat mu nie służy. Ale należał do takich ludzi, którzy nie odmówią – przyznali mu te wczasy, to pojechał. Następnego dnia po przyjeździe miał drobny wylew, trafił do szpitala, położył się spać i już się nie obudził. To dobra śmierć.
Pytanie: W dzienniku rzadko o takich śmierciach można przeczytać.
Anda Rottenberg: W moim wieku traci się ludzi. Wokół robi się pusto. W „Schyłku” zanotowałam tylko te odejścia, które dotknęły moich znajomych. I to raczej bliższych. Sporo tego jest. Poza Jankiem Lityńskim, który umarł bohatersko, odpłynął Jurek Limon, na COVID. Głupio wyszło. Zaszczepił się, będąc już zakażonym. I to chyba jednak mu zaszkodziło. Zmarł Adam Zagajewski. Może dlatego, że był Adamem.
Pytanie: To znaczy?
Anda Rottenberg: Bo gdyby poszedł do powiatowego szpitala, to nikt by nie zadawał pytań, rozkroiliby, wypłukali. A tam w Krakowie pochylało się nad nim całe konsylium i nikt nie umiał podjąć decyzji do samego końca. Zmarł Henryk Wujec, umarła Ludka, choć ona później, w minionym roku. W dzienniku się z nimi żegnam. Każde życie kończy się śmiercią. Mnie też kiedyś pożegnają.
Pytanie: O śmierci Zagajewskiego nikt dotąd publicznie nie opowiadał. Jest pani pierwsza. Szczery jest ten dziennik, choć opublikowany za życia.
Anda Rottenberg: Myśli pan, że jestem odważna? Ja tak nie sądzę.
Dzienniki piszę napadowo, od kiedy skończyłam 15 lat. Nie wszystkie przetrwały, ten młodzieńczy zgubiłam gdzieś w przeprowadzkach. Żałuję, bo chciałabym go teraz przeczytać i sprawdzić, co myślałam, jak miałam 16 lat. Na pewno byłam zakochana w koledze z klasy. Zwykle piszę, kiedy mieszkam sama. Na czas związków, gdy z kimś jestem, przestaję. I gdy pracuję nad inną książkę, to też nie piszę dziennika.
Pytanie: Zawsze musi mieć pani coś do roboty?
Anda Rottenberg: A co miałabym robić? Patrzeć przez okno?
Pytanie: Nie wiem, ludzie różnie przeżywają.
Anda Rottenberg: Czasem się zastanawiam, co robią na emeryturze moje koleżanki, które nic nie robią. Piszę o tym w dzienniku. Naprawdę próbuję sobie odtworzyć dzień takiej osoby w moim wieku. Wstaje rano, myje zęby, może nawet bierze prysznic, ubiera się, wybiera, co założy, patrzy w okno, jaka będzie pogoda, je śniadanie. I która to jest godzina? Jedenasta? Jak się guzdrze lub późno wstaje. A raczej wstaje wcześniej.
Potem może wyjdzie na zakupy. Tam weźmie do ręki każdy produkt. Znam taką. Przyjrzy się cenie, sprawdzi skład, odłoży. Weźmie następny. Miną dwie godziny. Kupi bułkę, masło, twarożek, coś na obiad. Podrepcze do domu i zaczyna gotować…
Wie pan… obiad się gotuje na dwa dni. Jak gotuję tylko dla siebie, zajmuje mi to najwyżej pół godziny. Zakupy – kwadrans, jeśli pojadę na rowerze. Na piechotę – 30 minut. I co mam robić? Poczytam, wymienię maile, pogawędzę przez telefon… Chodzę do redakcji, piszę dla „Vogue’a”, mam cotygodniową audycję, podcasty, jakieś publiczne wykłady i spotkania. Umawiam się z ludźmi, ciągle się próbuję czegoś dowiedzieć. Prowadzę życie towarzyskie, miewam gości. I to wszystko w dalszym ciągu nie wypełnia mi całego czasu.
Pytanie: Oprócz refleksji o życiu starszych pań ciągle wspomina pani o niezależności finansowej, zarabianiu. Nadal pani się obawia jej braku?
Anda Rottenberg: A z czego mam żyć? Z emerytury?
Pytanie: Wydaje mi się, że ma pani na tyle, że może wrzucić na luz.
Anda Rottenberg: I wrzucam! Przecież ja się nie ubiegam o pracę, sama do mnie przychodzi.
Zawsze starałam się być niezależna finansowo. Nigdy nie byłam na niczyim utrzymaniu. Może przez chwilę w drugim związku. To trwało pół roku.
Pytanie: Zgodziła się pani na to?
Anda Rottenberg: Były wątpliwości, ale ponieważ miałam wtedy konflikt z pracodawcą, pomyślałam, że może dobrym wyjściem będzie, jak wezmę sobie urlop bezpłatny. Ale i tak robiłam jakieś fuchy, pisałam teksty. Różnica polegała na tym, że nie miałam regularnego dochodu.
Pytanie: To się już nigdy nie powtórzyło?
Anda Rottenberg: Nigdy.
Pytanie: W tamtym czasie jednak niewiele kobiet mogło sobie pozwolić na taką niezależność.
Anda Rottenberg: W moim środowisku było inaczej. Ewa Braun, przyszła laureatka Oscara, Malina Bardini, Maryla Poprzęcka, Agnieszka Morawińska. Walczyłyśmy o niezależność. Niektóre z nas nie założyły nigdy rodziny, by się w tej niezależności utrzyma
Caly wywiad TUTAJ
Kategorie: Uncategorized

