22 czerwca 1941

22-го июня, ровно в четыре часа,
Киев бомбили, нам объявили,
Что началася война.

(Popularna piosenka z lat wojny)

Nie zdążyłem z przygotowaniem tego tekstu na nieokrągłą rocznicę, lecz z perspektywy 74 lat dzień-dwa-trzy to nie problem. A nie mogę gwarantować, że przygotowałbym go na okrągłą rocznicę, za rok.

Tak się składa, że akurat ten dzień pamiętam.

Wojna zaczynała się dla mnie dwa razy. Nie pamiętam 1 września w Warszawie, kiedy miałem cztery lata i pamiętam tylko jedno bombardowanie. Ale latem 1941 roku miałem już sześć lat, a w niedzielę 22 czerwca kończył się piąty tydzień sześciotygodniowego pobytu w lwowskim szpitalu zakaźnym. Sowieckie przepisy sanitarne traktowały szkarlatynę bardzo poważnie.

Do dziś nie ustaliłem czy Lwów był tego dnia bombardowany. I czy naprawdę pamiętam wielką drewnianą ramę z siatką, wstawianą do otwartego na noc okna, która wylądowała na moim łóżku. Może to sobie później wmówiłem. Ale na pewno pamiętam rodziców, którzy przybiegli, aby mnie zabrać. A bajzel natychmiast zrobił się zaraz taki, że nikt nie miał już głowy do jakichkolwiek przepisów.

Pamiętając ten dzień, staram się śledzić związane z nim publikacje. Poniższa to komentarz i omówienie wspomnianej w tekście książki Marka Sołonina. Została ona w Polsce przetłumaczona i wydana. Kogo ten temat ciekawi, lecz nie na tyle jednak, aby tę książkę czytać, temu wystarczy esej Radzichowskiego.

Przypomnę, że o tej wojnie pisałem, przytaczałem dokumenty. Ernest Skalski: Wojna Stalina, święto Putina oraz Ernest Skalski: Pyrrus świętuje

Przyslal

‫משה רנסקי‬‎

 

reunion 69

Leonid Radzichowski: Klęska

Urodzony w 1953 roku, absolwent Uniwersytetu im. Łomonosowa, psycholog, kandydat(doktor) nauk. Dziennikarz, pracował w pismach „Ogoniok”, „Siegodnia”, „Itogi”, „Rossijskaja Gazieta”, w telewizji (1 i 2 program), w rozgłośni radiowej „Echo Moskwy”; według swoich obliczeń w kilkudziesięciu gazetach i czasopismach opublikował dobre cztery tysiące artykułów. Uczestniczył w różnych kampaniach wyborczych w latach 1993-2000.

 

Nie wiem, jak jest z innymi, ale w moim przypadku goryczy 22 czerwca nie przyćmiewa słodycz 9 maja. Istnieją równocześnie obok siebie, dwa punkty na osi rosyjskiej historii, między którymi upłynęły cztery lata, a w dzisiejszym „synchronicznym kalendarzu” dzieli je półtora miesiąca. „Koniec wieńczy dzieło”, ale nie wymazuje początku. Która lekcja jest ważniejsza – klęski czy zwycięstwa? Obie są ważne – powiedziałby aktywny uczestnik (współsprawca) tamtych wydarzeń.

Niedawno ukazała się interesująca książka Marka Sołonina, historyka amatora z Samary, zatytułowana 22 czerwca 1941, czyli jak zaczęła się Wielka Wojna Ojczyźniana. Obywatel Sołonin, nie związany zmową milczenia kasty zawodowych historyków zajmujących się okresem wojny, podjął się bardzo trudnego zadania – krok po kroku porównał Armię Czerwoną i Wehrmacht. Trzeba mu oddać sprawiedliwość: wykonał ogromną, żmudną robotę skrupulatnie zestawiając dane na temat wyposażenia technicznego i działań taktycznych radzieckich i niemieckich sił zbrojnych, cierpliwie przegryzając się przez splątane supły czołgów, samolotów, dział, karabinów, i.t.p.  Dosłownie palcem policzył wyposażenie radzieckich korpusów zmotoryzowanych i niemieckich grup pancernych, dywizji i pułków.

Nie gołosłownie, lecz udowadniając to na liczbach, Sołonin stwierdza , że 22 czerwca 1941 roku pod względem uzbrojenia Związek Radziecki miał GIGANTYCZNĄ PRZEWAGĘ ilościową i jakościową nad niemiecką armią najeźdźczą. Dysponował czterokrotnie większą liczbą czołgów (13 000 radzieckich na 3300niemieckich), a jeśli chodzi o jakość, radzieckie T-34 i KW nie miały po niemieckiej stronie żadnej konkurencji. Przy czym tych najnowocześniejszych czołgów byłoponad 3000 – więcej niż wszystkich czołgów Wehrmachtu. To samo odnosi się do samolotów („nawet w ilości myśliwców >>nowych typów<< radzieckie siły powietrzne miały przewagę nad przeciwnikiem w półtora raza!”), broni strzeleckiej, artyleryjskiej, itp., itd. (tylko samochodów mieliśmy mniej więcej tyle samo, co Niemcy – 500 000). Nie będę męczył czytelnika liczbami (sam przedzierałem się przez ich gęstwinę z ogromnym wysiłkiem, zwłaszcza że są porozrzucane po całym tekście, a zestawiających je tablic brak). Przytoczę jeszcze tylko jeden cytat: do 22 czerwca w Armii Czerwonej „tajna mobilizacja była już praktycznie zakończona. Dywizje strzeleckie […] w zasadzie zakończyły mobilizację, a planowane terminy ich gotowości do prowadzenia działań bojowych liczono już nie w dobach, ale w godzinach. Niewielka „doczepka” (drugi rzut mobilizacyjny) mogła zostać doprowadzona do pełnej gotowości bojowej w zaledwie dzień, dwa.”

Czym więc wytłumaczyć niesłychaną, niebywałą porażkę, którą poniosła ta armia? Większym doświadczeniem bojowym Niemców? Rzeczywiście, „zawodowi oficerowie stanowili 50 % kadry dowódczej w dywizjach pancernych i zmotoryzowanych, a w dywizjach piechoty od 10 do 35 %. Resztę stanowili rezerwiści o znacznie gorszym przygotowaniu zawodowym”.

Na co w ogóle liczyli Niemcy, napadając na Związek Radziecki – przecież ich wywiad nie mógł nie rozpoznać (chociażby w przybliżeniu) ogromnej potęgi Armii Czerwonej. I dlaczego ich rachuby się sprawdziły? „W ciągu zaledwie dwóch tygodni walk Front Południowo-Zachodni utracił cztery tysiące czołgów (to więcej, niż wynosiła ogólna ilość czołgów Wehrmachtu na całym Froncie Wschodnim)”. A ile czołgów stracił w tych walkach przeciwnik?

Walcząca z Frontem Południowo-Zachodnim grupa pancerna generała Kleista w ciągu dwóch i pół miesiąca wojny, do 4 września 1941, straciła 186 czołgów – 20 razy mniej niż Front Południowo-Zachodni przez dwa tygodnie! Powtórzę jeszcze raz – nasze tanki, jak pokazuje Sołonin, pod względem technicznym PRZEWYŻSZAŁY niemieckie!

Jak mogło dojść do takiego „masowego pomoru czołgów”? (Oto typowe liczby, charakteryzujące sytuację w jednej z dywizji pancernych: „Już do 8 lipca, z 211 sprawne były tylko 2 czołgi T-34 i 12 BT, chociaż w jedynej stoczonej bitwie, 28 czerwca, dywizja straciła nie więcej niż 20 czołgów”).

Tak samo wyglądała sprawa karabinów. Sołonin policzył, że jeśli w 1944 roku w Armii Czerwonej „milion żołnierzy „tracił” miesięcznie 36  tysięcy sztuk uzbrojenia strzeleckiego, porównywalnie w ciągu sześciu miesięcy 1941 roku „normalne” straty nie powinny były przekroczyć 650-700 tysięcy sztuk. A utracono – 6,3 mln.”! Nasuwa się oczywiste pytanie, czy broń ta została „utracona w walce, czy też porzucona przez idących w rozsypkę żołnierzy i dowódców Armii Czerwonej?”

Natomiast „łączna liczba zgubionych i zepsutych samochodów ciężarowych nie przekroczyła 10 % stanu wyjściowego”. Cóż to znowu za cud techniki? Nędzna „półtoratonówka”, która w kołchozie psuje się pięć razy dziennie, okazała się znacznie bardziej niezawodna (i po błocie przejedzie, i atak z powietrza jej nie ruszy!) od czołgu? I paliwo dla ciężarówek zawsze jakoś się znajdowało – a dla tanków wiecznie go „brakło”.

„Odpowiedź jest oczywista, choć bardzo nieprzyjemna:  dla zdemoralizowanych, ogarniętych paniką tłumów, czołgi i działa, karabiny maszynowe i moździerze są tylko KULĄ U NOGI. Nie dość, że czołg pełznie powoli, to jeszcze samą swoją obecnością zmusza do walki”. Tak, czołg służy do WALKI, a ciężarówka do UCIEKANIA. Wehrmacht trzymał się czołgów, a Armia Czerwona w 1941 roku – ciężarówek.

Korzystając z upublicznionych niedawno tajnych statystyk z okresu wojny, Sołonin zestawił „wszystkie kategorie ludzi, których armia straciła: zabitych, zmarłych, zaginionych bez wieści, jeńców, osądzonych i wysłanych do gułagu, zdemobilizowanych w wyniku odniesionych ran lub choroby i „pozostałych”. Okazało się, że „nie zgadza się to z ogólną liczbą „tych, którzy z różnych przyczyn ubyli ze składu sił zbrojnych o 2 343 000 ludzi”. Czyżby jakaś przyczyna „ubywania” nie została wymieniona? Tak. Różnica, te 2 343 000 ludzi, to przede wszystkim DEZERTERZY. Ale to jeszcze nie wszystko. Po wydaniu dekretu o mobilizacji (22 czerwca) w komisjach poborowych na Ukrainie i Białorusi nie stawiło się – według oficjalnych danych – 5 631 000 osób! I nie można tego tłumaczyć tym, że zanim zdążyli dotrzeć do komisji poborowych, obszary te zostały zajęte przez wroga: Białoruś znalazła się pod okupacją niemiecką dopiero w końcu lipca, a Ukraina we wrześniu 1941 roku. „W charkowskim okręgu wojennym do 23 października 1941 roku [w komisjach poborowych] stawiło się zaledwie 43 % powołanych”! Już po mobilizacji poborowi uciekali z transportów na front. Według meldunku wojskowej komendy uzupełnień w Stalińsku, w obwodzie stalińskim (obecnie donieckim) uciekło 35 % powołanych do służby!

Jeszcze paskudniej przedstawia się sprawa wziętych do niewoli.

W okresie od 22 czerwca 1941 do 1 lipca 1942 roku Armia Czerwona wzięła do niewoli 17 285 niemieckich żołnierzy. W 1944 roku, kiedy w toku operacji „Bagration” rozgromiona została Grupa Armii „Środek”, wzięto do niewoli 80 000Niemców (to wtedy ”przedefilowano” ich po Moskwie).

W 1941 roku Niemcy wzięli do niewoli 3 800 000 sowieckich żołnierzy i oficerów (w tym 63 generałów). Dostali się do niewoli czy dobrowolnie złożyli broń? „W ZSRR nie ma jeńców wojennych – są tylko zdrajcy ojczyzny.” (Stalin). Nikt nie zdoła odpowiedzieć na to pytanie w sposób ścisły – jak w takich warunkach wyznaczyć granicę? Wiadomo zresztą, że w 1941 co najmniej 40 000 sowieckich żołnierzy przeszło na stronę wroga (przez trzy lata 1941-44 na naszą stronę przeszło 29 Niemców. Nie 29 tysięcy, równo dwudziestu dziewięciu ludzi). „Na przykład 22 sierpnia 1941 roku przeszedł do Niemców major I. Kononow, członek partii bolszewickiej od 1927 roku, kawaler Orderu Czerwonego Sztandaru, absolwent Akademii imienia Frunzego. Przeszedł wraz z większą częścią swego 436. Pułku Strzeleckiego (155. DS. 13. Armii Frontu Briańskiego), ze sztandarem bojowym, a nawet z komisarzem (!) pułku …. Dziesiątki pilotów przeleciało do Niemców wraz z samolotami bojowymi. Później z nich oraz znajdujących się w obozach lotników sformowano „rosyjski” oddział lotniczy Luftwaffe pod dowództwem pułkownika Malcewa. Byli wśród nich dwaj Bohaterowie Związku Radzieckiego: kapitan myśliwca Byczkow i pilot szturmowca starszy lejtnant Antilewski”. Pojedyncze przykłady niczego oczywiście nie dowodzą – można przytoczyć dowolną liczbę aktów najwyższego bohaterstwa właśnie na początku wojny, wliczając te, które znamy z podręczników (Twierdza Brzeska, Nikołaj Gastello, Stepan Suprun, itd.).

Ogólny obraz strat poniesionych w 1941 roku przedstawia się następująco:

Przez pierwsze pół roku wojny Armia Czerwona straciła co najmniej 8 500 000ludzi. Z tego: 567 000 (niespełna 7 % łącznych strat) poległo na polu bitwy lub zmarło w szpitalach z wyniku odniesionych ran. Kolejne 235 000 zginęło w bliżej nieokreślonych „wypadkach” i zmarło z powodu chorób. Ranni i chorzy –1 314 000. Zabici i ranni razem – 2 100 000 (25 % łącznych strat). Jak już wspomniano, 3 800 000 (około 45 %  łącznych strat) trafiło do niewoli.Milion – półtora miliona to dezerterzy, którzy  uniknęli i frontu, i niewoli (razem z jeńcami wojennymi – 56-62 % łącznych strat). I na koniec jeszcze jeden milion ludzi to, jak twierdzi Sołonin, „ranni, porzuceni w czasie panicznej ucieczki i nie uwzględnieni w meldunkach z frontu polegli”.

Jeszcze dzisiaj nie można spokojnie patrzeć na te liczby. Chyba dobrze, że ukrywano je przez sześćdziesiąt lat. I może słusznie nadal ukrywa się je przed szeroką opinią publiczną. Ale to prawda.

Tylko że ta prawda (choć bez liczb) jest w zasadzie ogólnie znana. TAKIEJ prawdy nie da się ukryć – tak jak Niemcy nie mogli ukryć przed nami, a my przed nimi, ześrodkowywania kilkumilionowych armii na granicy sowiecko-niemieckiej. O katastrofie 1941 roku pisał nawet taki oficjalny autor, jak Simonow: w jegoŻywych i martwych mała cząstka tej prawdy wydarła się spod straży zewnętrznej i wewnętrznej cenzury.

Tak, faktu rozgromienia armii nie da się utajnić. Ale można się spierać o przyczyny. I tu pojawia się całe spektrum możliwych powodów – od nie tak znów strasznych i uwłaczających, do coraz bardziej przerażających.

Sołonin udowadnia, że owa „przewaga techniczna” Niemców, którą zawsze uważano za główną przyczynę, była zwykłym kłamstwem, wymysłem propagandy. Nawiasem mówiąc, wymysłem dosyć niebezpiecznym – przecież od 1917 roku cała radziecka gospodarka pracowała wyłącznie na potrzeby przyszłej wojny. Czyżby to wszystko na nic? Sowiecka propaganda wybrała mniejsze zło: lepiej przyznać się do „stosunkowo niskiej efektywności” gospodarki, niż mówić o innych, znacznie poważniejszych przyczynach politycznych i moralnych. Tyle że przemysł produkujący na potrzeby wojenne osiągnął w ZSRR – przy niezwykle wysokich kosztach, ale kto by je tam liczył! – znakomite rezultaty. Nasza armia była uzbrojona lepiej od niemieckiej. Tylko nie mogła (nie chciała?) walczyć.

Kolejna przyczyna, także częściowo oficjalnie uznana – to bałagan. Powszechny chaos – poczynając od Kremla, z którego towarzysz Stalin uciekł jak zbity pies na „pobliską daczę” (dopiero 3 lipca wydusił z siebie „Braci i siostry”), przez dowództwa frontów (Sołonin przytacza przypadki wydawania czterech sprzecznych rozkazów w ciągu jednego dnia), aż do plutonowych i szeregowych żołnierzy.

Gdzie chaos, tam także kombinowanie. Ryba gwałtownie psuła się od głowy – jako pierwsi dawali drapaka (załadowawszy do auta graty, a nie rannych) sekretarze komitetów obwodowych i naczelnicy zarządów NKWD, porzucając na łaskę losu powierzone im „obszary”. I najczęściej robili to – w czasach stalinowskich! – całkowicie bezkarnie! Owszem, zdarzały się represje, ale też i przypadki wyjątkowej pobłażliwości. Dowódcę Frontu Zachodniego Dmitrija Pawłowa rozstrzelano (gdyby nie to, w 1945 roku byłby może marszałkiem i dwukrotnym Bohaterem Związku Radzieckiego, nie gorszym od innych), ale zastępcy Ludowego Komisarza Obrony ZSRR marszałkowi Kulikowi („Marszałek Kulik rozkazał wszystkim zdjąć odznaki stopni, wyrzucić dokumenty, a następnie przebrać się w chłopskie ubrania i sam się przebrał. Proponował porzucić broń, a mnie osobiście – ordery i dokumenty. Jednakże, prócz jego adiutanta, nikt broni i dokumentów nie porzucił”)  nie spadł włos z głowy, natychmiast przywrócono mu gwiazdki marszałka i Gwiazdę Bohatera Związku Radzieckiego, które sam zerwał z munduru (czyżby wyciągnęli je z krzaków?). W tym bałaganie przepadały całe pociągi wojska i kolumny sprzętu. A tak w ogóle, to „za Stalina był porządek”…

„Niespodziewana napaść”? Tak, w pewnym sensie niespodziewana. Jak wiadomo, w Związku Radzieckim występowały przecież cztery biblijne plagi, dezorganizujące sowieckiemu rolnictwo: zima, wiosna, lato i jesień. A na wojnie jest tak samo, jak w czasach pokoju, tylko w innym natężeniu.

Nie tylko przemysł, lecz cały sowiecki system nastawione były wyłącznie na wojnę. Propaganda „jeśli jutro wybuchnie wojna” przypominała stylem przechwałki Żyrynowskiego – żadna tam wojna, po prostu lekki spacerek, „ostatni skok na zachód” w objęcia „braci robotników”, którzy powstali przeciwko uciskowi. Nawiasem mówiąc, tak właśnie było w latach 1939-40, kiedy przyłączono, ,„według Żyrynowskiego i Stalina” bez walki, ze śpiewem i tańcami, Kraje Bałtyckie i Zachodnią Ukrainę. Nie ma jednak nic za darmo – Związek Radziecki po raz pierwszy zapłacił za tę przyjemność w 1941 roku, kiedy od samego rana 22 czerwca uciekającym radzieckim żołnierzom strzelano w plecy z każdego strychu i bramy. Drugi raz za szczęście „posiadania w swoim składzie Krajów Bałtyckich i Ukrainy” Związek Radziecki zapłacił w latach 1942-44, kiedy tysiące Estończyków, Litwinów i Łotyszy poszło służyć w SS. Do ukraińskiej dywizji SS  „Hałyszczyna” (SS Galizien) zgłosiło się 53 000 ochotników (za godnych zostania esesmanami uznano co prawda tylko 27 000, a do formowanej dywizji ostatecznie wcielono 19 000). Chatynia (na Białorusi. Wybrano tę wieś z powodu nazwy, by ”zatrzeć” Katyń-e.s.)  nie spalili przecież Niemcy, lecz ukraiński 118 Batalion Policji. A to tylko ci, którzy się zaciągnęli bezpośrednio do Niemców, bez OUN i banderowców (ci ostatni zamordowali na przykład dowódcę 1 Frontu Ukraińskiego, Watunina).

Gdyby nie było sowieckiej okupacji, Niemcy oczywiście też by zajęli Kraje Bałtyckie i Zachodnią Ukrainę i przeprowadzili tam mobilizację do oddziałów policji, a Estończycy, Litwini, Łotysze i Ukraińcy walczyliby tak samo, jak na Froncie Wschodnim walczyli Rumuni i Węgrzy. Z tym, że walczyliby właśnie „tak jak Rumuni” – idąc w rozsypkę przy pierwszym wystrzale, z przymusu, a nie z dziką zaciekłością śmiertelnych wrogów Rosji.

Po raz trzeci za lekkie spacerki pierwszych lat wojny ZSRR płaciło w latach 1944-54, walcząc bandytami w Krajach Bałtyckich i na Zachodniej Ukrainie.

A po raz czwarty (i ostatni) wykupywano z procentami stare weksle w latach 1990 i 1991, kiedy właśnie od bałtyckiego i zachodnio-ukraińskiego knota zapłonął i spalił się ZSRR. Na marginesie mówiąc, to samo nieuchronnie zdarzy się z Czeczenią. Wcześniej czy później oddzieli się ona de iure (bo de facto już się oddzieliła) od Rosji – i będzie dobrze, jeśli Rosja nie rozpadnie się jak rozpadł się  ZSRR …

Ale oprócz powszechnego rosyjsko-sowieckiego bajzlu, kombinatorstwa wierchuszki, faktycznego powstania w czerwcu 1941 roku w Krajach Bałtyckich i na Zachodniej Ukrainie, była też główna przyczyna, związana z tym wszystkim, o czym mówiliśmy wyżej, mająca jednak własne, niezależne korzenie. Przyczyna, oficjalnie uznawana w ostatniej kolejności i z największą niechęcią.

Otóż lud – ubrani w mundury kołchoźnicy (a w 1941 roku Armia Czerwona, tak jak cała Rosja, była w trzech czwartych chłopska) – nie chciał walczyć za władzę radziecką. Dla milionów chłopskich synów hasło „Za Ojczyznę, za Stalina” nie miało sensu, była absurdem, złożonym z dwóch wzajemnie wykluczających się pojęć. Nie znali się na polityce, ale dobrze wiedzieli, czym jest ustrój pańszczyźniany w kołchozach. I chcieli zrzucić z ramion to jarzmo.

Na to właśnie w 1941 roku przede wszystkim liczyli Niemcy. Sowiecki kolos? Tak, na glinianych komunistycznych nogach. „Mur – ale z gliny. Trąć – to się rozpadnie”. Liczyli nie na czysto militarną, lecz na militarno-polityczną, militarno-moralną klęskę ZSRR. Zedrzyj cieniutką warstewkę komunistycznej państwowości i spokojnie mieszaj bezkształtną „rosyjską glinę”. Jednym ciosem rozbij „komunistyczną obręcz” – a „ruska beczka” sama się rozpadnie. Tak wyglądał nie czysto militarny, a militarno-polityczno-rasowy plan Hitlera. W czerwcu 1941 roku rachuby Niemców potwierdziły się w całej rozciągłości: krasnoarmiejców kładła trupem słynna ulotka „Bij Żyda-politruka, jego gęba cegły szuka!”, w połączeniu z demonstracją niemieckiej potęgi i konsternacją władzy radzieckiej. Inaczej nie da się wyjaśnić TAKIEJ LICZBY wziętych do niewoli jeńców i dezerterów.

Niemcy wygrali nie lepszym uzbrojeniem, i nawet nie porządkiem i frontowym doświadczeniem, lecz bojowym duchem. Dla nich „Za Ojczyznę, za Hitlera!” brzmiało zupełnie sensownie. Oni – nie dziesięć tysięcy nienawidzących faszyzmu intelektualistów, a kilkadziesiąt milionów robotników, drobnych przedsiębiorców i chłopów – identyfikowali się z hitlerowskimi Niemcami. A nasi ludzie nie identyfikowali się z ZSRR.

W 1941 Niemcy chcieli powtórzyć scenariusz z 1917 roku, kiedy rosyjska armia nie została rozbita, lecz sama się rozpadła, tonąc w błocie dezercji. Ale jak wiadomo, nie zdołali powtórzyć pokoju brzeskiego.

Po pierwsze, w totalitarnym ZSRR niemożliwe było utworzenie w głębi kraju, na tyłach, partii „antybolszewików”, którzy jak Lenin, Trocki i Stalin w 1917, sprzedaliby swoją ojczyznę za władzę i zmienili wojnę z wrogiem zewnętrznym („imperialistyczną”) w wojnę domową. Wszystkie potencjalne możliwości utworzenia ZORGANIZOWANEJ  V kolumny zostały zniszczone na fali terroru lat 1917-41. Co prawda pozostała odwrotna strona tego terroru – nienawiść do tej władzy milionów, dziesiątek milionów ROZPROSZONYCH ludzi.

Po drugie, zamiast „głównego podpisującego” Kiereńskiego byli Stalin, Beria i Chruszczow. Nie komitety pułkowe, a oddziały zaporowe i rozstrzeliwanie winnych i niewinnych. Właśnie tak, wybijając klin klinem i przelicytowując strach „na przedzie” strachem „od tyłu”, po otrząśnięciu się z szoku państwo zdołało przywrócić dyscyplinę na froncie. I tak się zwyciężyło – i dlatego ZA TAKĄ CENĘ.

Po trzecie, Niemcy też byli nie ci sami, co w 1917 roku! Wzorem Napoleona, Hitler nie zdecydował się na zniesienie (w Rosji) ustroju pańszczyźnianego. Doradzano mu, aby w celu rozpętania wojny domowej i zwyciężenia „Rosji Rosją” poszedł na pewne ustępstwa: stworzył „rosyjski rząd”, dajmy na to w Smoleńsku, i złagodził trochę okupacyjny reżim. Jednak ta sama teoria rasowa, która kazała mu rozpocząć wojnę o „przestrzeń życiową dla Niemców” i podpowiadała, że ZSRR jest kolosem na glinianych nogach, nakładała tabu na jakiekolwiek przypochlebianie się rosyjskim podludziom. Gierki z własowcami pozostały tym właśnie – tanimi gierkami. Telegraf bez drutu przenosił przez linię frontu opowieści o tym, jak wygląda „nowy porządek”, w jaki sposób Niemcy „uwalniają naród rosyjski od Żydów i komunistów”. To nie artykuły Erenburga i Simonowa, lecz właśnie szmer ludzkiego gadania rozpalił w narodzie (to znaczy – w żołnierzach) nienawiść do Niemców.

„Głupia (! – L.R.) polityka Hitlera przekształciła narody ZSRR w śmiertelnych wrogów dzisiejszych Niemiec” (Stalin. Referat wygłoszony w listopadzie 1941).

Tak, „głupia” (!) polityka Hitlera + bezlitosna machina stalinowskiego państwa policyjnego = przywrócenie ducha walki i zdolności bojowej Armii Czerwonej.

I, na zakończenie (przepraszam za długi tekst): wiele z tej przerażającej historii przeszło już do Historii: władza sowiecka, nazizm, groźba napaści z zewnątrz, itd. Ale wiele też pozostało aktualne do dzisiaj i dotyczy odwiecznych rosyjskich motywów, podobnie jak idioci i drogi.

Dobrze znany bajzel na każdym kroku. Kombinatorstwo góry. „Dwie Rosje”: wzajemna obcość rządzących i rządzonych. Obecnie wszystkie te uwarunkowania wyglądają zupełnie inaczej, ale są równie wyraźne, jak w 1941 roku. Odwieczna, genetyczna słabość ogromnego, przeżartego rdzą rosyjskiego państwa – carskiego, sowieckiego, demokratycznego. „Mur – ale z gliny. Trąć – to się rozpadnie”. Każde państwo rosyjskie stoi na cienkim lodzie Jeziora Czudzkiego …  Wystarczy, że lód się lekko podłamie, a dowolny cios z zewnątrz (1917, 1941) albo szturchnięcie od wewnątrz – i poszło!…

 

http://studioopinii.pl/22-czerwca-1941/

No comments yet... Be the first to leave a reply!

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

%d bloggers like this: