Fragment ksiazki Powrot do ziemi obiecanej cz. 2

powrotW kibucu w Warszawie

Żydzi, którzy wracali z obozów i Związku Radziec¬kiego, gdzie przetrwali okres zagłady, zaczęli opuszczać Polskę. Przeważnie wiązali się z jednym z licznych ugrupowań politycznych ruchu syjonistycznego, aby za ich pośrednictwem wyjechać do Palestyny. Działacze rozmaitych partii syjonistycznych, przedstawiciele kibu- ców, oczekiwali powracających na dworcach kolejowych, gdzie agitowali do wstąpienia do swych stronnictw. Zaraz po ich wyjściu z pociągu wyjaśniali im, że nikt z Żydów nie pozostał przy życiu, że wszystko jest zburzone i zrównane z ziemią, a rozmaite bandy polskie polują na resztki ocalałych Żydów i mordują. Podobne wieści docierały do powracających niedobitków tuż przed przekroczeniem granicy polskiej. Kibuc stał się niemal jedyną alternatywą dla większości z nich, za¬stępował im dom i rodzinę. W kibucu trzymano broń na wypadek napaści, dniem i nocą dyżurowały warty. Specjalna organizacja przewodniczyła nielegalnym wy¬jazdom Żydów z Polski przez rozmaite kraje w Europie do Palestyny. Nazywała się „Brycha” (po hebrajsku: ucieczka). Żydzi pragnęli rozpocząć odbudowę życia z dala od miejsc przypominających im na każdym kroku przebyty kataklizm. Wróciwszy w rodzinne strony, nie odnajdywali nikogo ze swoich, a dawni sąsiedzi polscy, zwłaszcza w małych miasteczkach, nie okazywali rado¬ści z ich powrotu. „O, ty żyjesz?! Uratowałeś się?!…” — i trzeba było tłumaczyć, że się żyje! Nawet gdy nie było złych intencji w tego rodzaju pytaniach, sprawiały one ból i żal. Starałam się nosić bluzki z długimi rękawami, aby ukryć oświęcimski numer na ramieniu i uniknąć takich oto komentarzy: „Spójrzcie, Żydówka! Tyle ich zabijano, a tylu ich jeszcze jest!… Skąd się teraz wszyscy wzięli?!” Słowa takie, usłyszane na ulicy bądź w pocią¬gu, paliły jak ogień, wzbudzały strach, ból nieznośny. Ale bywały gorsze rzeczy. Zdarzały się zabójstwa Ży¬dów powracających lub wychodzących z ukrycia u szla¬chetnych Polaków.
A potem pogrom w Kielcach. W co jeszcze wierzyć, czego się trzymać po tyloletnich prześladowaniach, po utracie wszystkich i wszystkiego? Wojna skończyła się, nastał kres hitleryzmu — a antysemityzm i groza śmierci nie ustają. Po wyzwoleniu z takiego piekła!
Wiedziałam, że nie wszyscy myślą i mówią o nas w ten sposób. Miałam już znajomych i przyjaciół polskich w powojennej Warszawie. Niektórzy nauczyciele okazy¬wali mi specjalne względy i szacunek wiedząc, co przeżyłam. Brat i jego żona posiadali także krąg ser¬decznych przyjaciół. Ale wokoło wyzierał strach, niepe¬wność i gruzy, gruzy.
Marek naradzał się długo ze swymi znajomymi i po¬stanowił wreszcie, że wstąpię do kibucu „Ichud” z Cyjo-
nim-Klalim, czyli Ogólnych Syjonistów. Kibuc mieścił się przy ulicy Targowej. Było stąd daleko na Hożą i do mojej szkoły na Polnej, ale podobno członkowie tego kibucu mieli szansę na rychły wyjazd do Palestyny, i to zaważyło. Brat nie interesował się poglądami politycz¬nymi czy społecznymi poszczególnych kibuców, które organizowały się w tym czasie w Warszawie i w innych miastach. Chodziło o to, żeby wyjechać z Polski, nieważne, z jakim ugrupowaniem syjonistycznym — by¬le wyjechać jak najszybciej. Tłumaczył mi, że wstąpienie do kibucu ma być środkiem, a nie celem mojego życia, i że muszę kontynuować naukę aż do wyjazdu i roz¬począć ją na nowo natychmiast po przybyciu do Pale¬styny. On nie może wyjechać razem ze mną, gdyż dopiero za rok otrzyma dyplom lekarski, a Irena w tym czasie zda maturę. Przyjadą do Palestyny po ukończeniu swych studiów i tam znowu połączymy się…
Opuściłam dom pełna rozmaitych lęków, ale i cieka¬wości. Był to krok ku samodzielności, który napełniał mnie wzruszeniem. Członkowie kibucu przyjęli mnie z sympatią i zainteresowaniem. W kilkupokojowym mieszkaniu przy Targowej znajdowało się około 40 dziewcząt i chłopców. Żyli w skromnych warunkach, wszystko było wspólne, każdy pracował na utrzymanie całego kibucu — część pracowała na mieście zarob¬kowo, a część na miejscu, to znaczy gotowała, prała, sprzątała. Niemal wszyscy pochodzili z małych mias-teczek, gdzie posługiwali się językiem żydowskim. Byli wychowani w kulturze i tradycjach starozakonnych. Swymi ideałami i dążeniami syjonistycznymi odgradzali się obecnie od mowy i tradycji polskich. Moje przywią¬zanie do kultury polskiej oraz czysta polszczyzna, o którą tak dbano w naszym domu, drażniły ich. Zaczęli więc je zwalczać od pierwszej chwili mojego pojawienia się. Ideałem kibucu było wszak pielęgnowanie własnej kultury w ojczyźnie praojców, w Palestynie, stworzenie nowego typu dumnego ze swej narodowości i kultury Żyda. W tym celu należało przede wszystkim oderwać się od tradycji i upośledzających — ich zdaniem — na¬wyków galutu, czyli diaspory.
Członkami kibucu byli rozbitkowie, uratowani w la¬sach, partyzantce lub w Związku Radzieckim, do które¬go zdołali uciec na początku okupacji. Nie byli w get¬tach, nie doświadczyli obozów zagłady i tym także różniłam się od nich. Jak również faktem, że jednak odnalazłam brata, że uczyłam się w polskim gimnazjum, a brat był już „prawie” lekarzem. Byłam dla nich jakby kimś z wielkiego świata… Umiałam interesująco opo-wiadać, co zjednywało mi szybko i łatwo ich serca. Pozyskałam też niemal natychmiast sympatię chłopców, co było dla mnie prawdziwą niespodzianką. Z powodu ciągłych uwag krytycznych i drwin w domu sądziłam, że nie spodobam się nikomu. Wciąż przecież wytykano mi moje liczne wady. W kibucu moja dotychczasowa nie¬pewność siebie znikła. Zaczęłam nawet wzbudzać uczu¬cia zazdrości wśród koleżanek kibucowych. Szczególnie wychodziło to na jaw przy ustalaniu dyżurów. Często bowiem kolidowały one z godzinami mojej nauki w szkole
i odrabianiem lekcji. Wtedy dziewczęta wołały do mnie gniewnie: „Nie myśl, że dlatego, że uczysz się w gimna¬zjum i masz brata lekarza, to jesteś kimś lepszym niż inni!” Bolały mnie te ich niesprawiedliwe uwagi. Dawały mi odczuć, jak wielkie są jednak między nami różnice. Byłam dla nich obca, należałam mimo woli do innej klasy. Wydawało im się, że wywyższam się, nie rozumia¬ły, że nauka wymaga czasu, dużo czasu, a brat żądał kategorycznie, abym nie zaniedbywała szkoły aż do ostatniej chwili pobytu w Warszawie. Kierownictwo kibucu zobowiązało się nie przeszkadzać mi w tym. Zależało mu bowiem na każdym członku, pragnęło mieć ich jak najwięcej i rywalizowało o nich z poszczególnymi ruchami politycznymi organizacji syjonistycznej.
W kibucu uczono nas ideałów partii Ogólnych Syjoni¬stów, pojmowania syjonizmu, historii Żydów oraz pale- stynografii. Były to dla mnie zupełnie nowe tematy, które wzbudzały we mnie wielkie zainteresowanie i en¬tuzjazm. Przyswajałam sobie słowa rozmówców z wiarą, jako jedyną prawdę, opartą na faktach, o jakich dotąd nie słyszałam. Sprawa Palestyny i życia w kibucach, za których pomocą pomożemy odbudować w niej własne państwo żydowskie, wydawała mi się najbardziej paląca i ważna dla każdego Żyda. Dziwiłam się, dlaczego nie pomyślano o tym wszystkim dawniej, dlaczego nikt nie powiedział mi tego wcześniej?! Może nie spadłoby na nas to straszne nieszczęście, gdybyśmy wyjechali do Palestyny przed wojną i tam się osiedlili? Jednakże ani moi rodzice, ani ich przyjaciele nie myśleli nigdy takimi kategoriami. Pragnęli żyć w Polsce, w kraju swego uro- azenia. LJzyzby mc nie rozumień/ uoecme, pod wpiy- wem kibucowych referatów, wszystko wydawało mi się takie jasne, proste i logiczne! Jak mogli nie wiedzieć o tym?
W tym czasie prowadziłam podwójny tryb życia — wśród młodzieży żydowskiej, dążącej do zrealizowania swych narodowych dążeń w Palestynie, oraz wśród młodzieży polskiej, zajętej oprócz nauki problemami podnoszącej się z gruzów Warszawy i wieloma innymi sprawami powojennej Polski, które nie mniej mnie interesowały. Rzeczywistość i kultura tego kraju były mi bowiem wtedy najbliższe. 1 Maja 1946 roku maszerowa¬łam po raz pierwszy w życiu w wielotysięcznym tłumie Polaków i Żydów, wołających entuzjastycznie o nowej, niepodległej Polsce i o prawach Żydów do własnego państwa w Palestynie.
Warunki w kibucu utrudniały mi naukę. Nawet odległość z Pragi na Hożą była niemałą przeszkodą, mimo że zawsze znajdowali się chętni, którzy towarzy¬szyli mi w drodze. Ale i to wprowadzało zamęt i roz¬maite przykrości z powodu intryg i zazdrości niektórych kolegów. Oczekiwali ode mnie widocznie czegoś więcej niż zwykłego koleżeństwa. Brat stale mnie ostrzegał przed związaniem się z kimkolwiek przed ukończeniem nauki.
Po kilku tygodniach Marek zaproponował zmianę. Ponieważ okazało się, że kibuc na Targowej nie ma bliskich perspektyw na wyjazd do Palestyny, czyli na „Alija” (od hebrajskiego słowa: wzniesienie, bo do Pale¬styny jako ideału należało wznieść się, a nie zwyczajnie
pojecnac…j — przeniosę się do KTDUCU lewicowej socja¬listycznej partii Haszomer Hacair (Młody Wartownik). Kibuc mieścił się przy Poznańskiej róg Alej Jerozolim¬skich. Marek przypomniał mi, że Chilek należał przed wojną do Haszomeru, mamy więc większy sentyment do tego ruchu niż do Ogólnych Syjonistów (partia prawico¬wa, centrum umiarkowane), ponadto będę stąd miała blisko na Hożą i Polną. Dla członków kibucu, który opuściłam, równało się to zdradzie. Nie pojmowałam ich gniewu, przecież wszyscy mieli ten sam, główny cel — sprowadzić Żydów do Palestyny, jaka więc różnica, z którym kibucem wyjadę? Rozstałam się z uczuciem, że sprawiłam zawód i wyrządziłam krzywdę moim pierwszym nauczycielom syjonizmu. Niemniej byłam ciekawa swych nowych towarzyszy w drugim kibucu, gdzie — oczywiście — przyjęto mój wybór z radością i entuzjazmem. Z biegiem czasu też zdołali wyjaśnić mi swoją teorię i przekonać o jej słuszności.
Przejście do Haszomer Hacair na Poznańską roz¬wiązało wiele moich problemów. Życie tutaj podobne było do życia kibucu przy Targowej. Charakteryzowały je hałas, ruch i nieustanne dyskusje między członkami zespołu. Wspólna jadalnia, po kilka osób w każdym pokoju, dyżury przy sprzątaniu, praniu, gotowaniu, zmywaniu naczyń. Wszystkie posiadane rzeczy i wszel¬kie zarobki, a nawet otrzymane prezenty należało oddać komunie, do ogólnego użytku wszystkich towarzyszy. Również tutaj członkowie kibucu, którzy nazywali się „chalucim”, czyli pionierzy, składali się z ludzi po¬chodzących z małych miasteczek polskich, którzy urato¬wali się w Z,wiązKu KaaziecKim, w lasacn, w partyzantce lub po „aryjskiej” stronie (powracający z obozów koncentracyjnych przeważnie byli zbyt wycieńczeni, aby zmagać się z trudnościami i ciężkimi warunkami życia w kibucach). Niektórzy nawet walczyli na froncie w wojsku rosyjskim lub polskim. Byli starsi ode mnie, pełni bogatych doświadczeń życiowych, nabytych pod¬czas wojny i okupacji. Byli pracowici, prostoduszni, uodpornieni na niedostatki i trudne warunki bytu. Nie mieli wielkich wymagań od życia, nie szukali luksusów. Mimo wielu różnic między nami czułam się dobrze wśród nich, Nie wyśmiewali się ze mnie, nie krytyko¬wali. Wysłuchiwano każdego, ceniono obecność każ¬dego towarzysza. Przeszkadzał im tylko mój język polski, z którego nie dawałam się w żaden sposób „wyleczyć”. Od dzieciństwa mówiłam, czytałam i pisa¬łam po polsku. Towarzysze, a nawet przewodnik kibu¬cu, Ichiel, żądali, abym mówiła po żydowsku. Nie była to dla mnie łatwa sprawa. Uczyłam się przecież w gim-nazjum polskim, a jeszcze w getcie zaczęłam spisywać wrażenia i spostrzeżenia w języku polskim, który uważa¬łam za rodzimy. W domu chwalono te notatki. Brat ukrył je wraz z wartościowymi dokumentami w pokoju przy ulicy Nowolipie 30, aby doczekały końca wojny. Niestety, dom spalił się, notatki także.
Sprawy kibucowe pochłaniały mnie coraz bardziej. Zaczęłam mniej interesować się książkami i lekcjami. Z bratem widywałam się rzadziej, nie miał więc stałej kontroli nade mną. A kibuc znosił moją naukę jako tymczasową konieczność, kaprys brata. Byłam potrzeb¬
na do pracy tutaj i w kibucu w Palestynie. Atmosfera i wartości kibucu opanowały mnie zupełnie. Zanied¬bywałam to, co bratu wydawało się najważniejsze — naukę. Z tego powodu dręczyły mnie wyrzuty sumienia, ale rzeczywistość kibucowa z łatwością zagłuszała je. Opowieści o Palestynie, ludowe, zbiorowe tańce i heb¬rajskie pieśni, które śpiewaliśmy razem, nie rozumiejąc wcale słów, należały do regulaminu naszego życia.
Kibuc często odwiedzali wysłannicy z Palestyny. Zachęcali do wyjazdu, opowiadali nadzwyczajne rzeczy
0 tym dalekim, egzotycznym kraju, o nowym typie Żyda — chaluca palestyńskiego, o jego gotowości do wszelkich poświęceń i wyrzeczeń w trudnej drodze odbudowy żydowskiego państwa. Mówili o równości
1 braterstwie w kibucach, umiłowaniu pracy i szacunku dla roboczego trudu, bo nawet uczeni i artyści pracują dobrowolnie na roli, w oborach, w kibucowej kuchni… Jesteśmy im potrzebni, czekają na nasze przybycie. Serce rosło ze wzruszenia i radości. Chcieliśmy jak najszybciej pojechać do tej bajecznej krainy, do owych wspaniałych ludzi! Nie było jednak wystarczającej liczby statków, które zabrałyby nas, przeprawa odbywała się wolno, stopniowo — potajemnie.
Sprawy kibucu pochłaniały całą moją energię i myśli. Pisałam artykuły i krótkie opowiadania na wieczorki piątkowe, zwane „Oneg Szabat”, redagowałam gazetkę kibucową, uczyłam się palestyńskich tańców i hebraj¬skich liter. Na piątkowych wieczorkach czytałam swe utwory z ogromnym przejęciem. Słuchano mnie w sku¬pieniu i napięciu. Siedzieliśmy w ciasnym półkolu, każdy nosił odświętny strój: białe bluzki i granatowe spódnice lub spodnie oraz spięte w trójkąt czarne krawaty. Towarzysze czytali swe utwory, przygotowane na ten wieczór. Atmosfera była bardzo podniosła. A nazajutrz lekcje w polskim gimnazjum, rozmowy na pauzach z kole¬gami o odbudowującej się Warszawie, o nowym ustroju,
0 nauczycielach i egzaminach. 1 znów powrót na Poznań¬ską do atmosfery żydowsko-palestyńskiej… Palestyńskiej z wyobraźni, snów i marzeń. Jedna ze stron tego zawik- łanego życia musiała stać się dominująca. Był nią kibuc.
Do kibucu napływali wciąż nowi ludzie, ale byli też tacy, których wydalano. Niektórzy opuszczali go sami. Nie nadawali się do życia w komunie, opartej na surowych zasadach pracy, wymagającej bezwzględnych wyrzeczeń i skromności. O wszystkich tych problemach dyskutowano, szczególnie zaś o wspólnocie mienia, gdyż to właśnie najbardziej komplikowało życie. Ludzie nie przywykli dzielić się z ogółem każdą posiadaną rzeczą. Należało zrezygnować nie tylko z prawa do własności czegokolwiek, ale i poświęcić swe upodobania, własne poglądy na świat, jeżeli pragnęło się żyć w kibucu
1 z ki bucem wyemigrować z Polski. Na tym tle wybucha¬ło wiele konfliktów. Owa surowość zarządu kibucu w przestrzeganiu tych zasad była wręcz absurdalna. Kłócono się bowiem o każdą rzecz, której nie oddano do kibucowej komuny, jakby to była sprawa życia i śmierci… Kto nie potrafił się przystosować, odchodził, często w sposób. upokarzający, bo na mocy decyzji usunięcia. Nie były to żarty, gdyż wydalony nie miał najczęściej nikogo na świecie.
Brat połapał się w końcu, że zaniedbuję naukę, i wziął mnie na długą rozmowę. Znowu odczułam siłę jego woli. Zapowiedział mi kategorycznie, że muszę stanąć do egzaminów małej matury, które miały rozpocząć się za miesiąc. W ostatnich tygodniach niemal wcale nie uczyłam się. Ogarnęła mnie rozpacz. Ale nie było rady! Musiałam.
Odsunęłam od siebie wszystko, co nie miało związku z nauką, zatkałam uszy, aby nie słyszeć dźwięków pieśni i tupotu nóg tańczących horę… Koledzy i koleżanki zastąpili mnie w dyżurach w kuchni i przy sprzątaniu pokoi. Uczyłam się do późna w nocy. Zaczęłam nawet doganiać tych, którzy uczyli się sumiennie przez cały czas. Pewnego dnia zapytałam brata żartem, co byłoby, gdyby teraz moja grupa miała wyruszyć na „Aiija”? Sądziłam, że nie pozwoli mi na tym etapie przerwać nauki. Jego odpowiedź brzmiała zgoła inaczej: jeżeli nadejdzie moja kolej — pojadę, ale do tej chwili mam uczyć się intensywnie. Słuchałam tego w zdumieniu i z niemałym rozczarowaniem. Po tak wielkich wysił¬kach nie stanąć do końcowych egzaminów?! Ale nie dyskutowałam z nim, przecież wyjazd był daleko w chmurach, po co sprzeczać się o sprawy nieaktualne, nierealne? W kilka dni później przyszła wiadomość o natychmiastowym wyjeździe…
Wyjazd
Każdy pragnął znaleźć się wśród wyjeżdżających. Oczekiwano wszakże z niecierpliwością na możliwość zrealizowania własnych marzeń i planów. Dotrzeć wre¬szcie do Ziemi Obiecanej i rozpocząć tam nowe życie. Nie mniej pociągały przygody tej niezwykłej wyprawy. Nie należałam do grupy towarzyszy, którzy wstąpili wcześniej do tego kibucu, nie byłam więc pewna, czy i ja wchodzę w skład wyruszających w drogę wybrańców. Wzmagało to moje wzruszenie i napięcie. Byłam już obecna przy kilku takich rozstaniach z towarzyszami. Odczuwałam wtedy dziwną pustkę i osamotnienie. By¬łam tu zbyt krótko, tamci byli pierwsi •— ważniejsi. Rozumiałam to, chociaż było mi przykro. Należało czekać na swoją kolejkę, i to długo. Brakowało bowiem statków, które byłyby gotowe przewieźć Żydów niele¬galnie do Palestyny, narażając się władzom brytyjskim, sprawującym wówczas kontrolę nad Palestyną i nie wpuszczającym żydowskich rozbitków.
Okazało się jednak, że znajduję się na liście wyjeż-dżających. Pragnęłam natychmiast podzielić się tą wieś¬cią z bratem. Nie pozwolono nikomu opuścić miesz¬

Wybrala i przyslala Halina Birenbaum

birenbaum

No comments yet... Be the first to leave a reply!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d bloggers like this: