Uncategorized

Fragment ksiazki Powrót Do Ziemi Praojców cz.10

powrotWojna po raz drugi!
Nastał maj 1948 roku. Anglicy przygotowywali się do odejścia. Mieli opuścić małe lotnisko w pobliżu Ejn- -Szemer. Żydzi, jak i Arabowie z pobliskich osiedli zamierzali je zająć. W kibucu robiono okopy, często syrena ogłaszała alarm. Biegliśmy wtedy do rowów. Przypominał mi się koszmar sprzed lat… Widziałam płonącą Warszawę przed sobą, a w uszach brzmiało mi jeszcze: „Uwaga, uwaga, nadchodzi… przeszedł…” Na dźwięk złowrogiej syreny serce waliło mi mocno, tak jak wtedy — we wrześniu 1939 roku. Miejscowi nie okazy¬wali strachu. Przed ich oczami nie było przecież owych strasznych obrazów, które my nosiliśmy w sobie. Czu¬wali dniem i nocą. Udało im się przejąć poangielskie lotnisko.
W połowie maja Anglicy opuścili Palestynę, a Arabo¬wie z sąsiednich krajów zaatakowali nowo powstały Izrael. Ameryka ogłosiła wraz ze swymi sprzymierzeń¬cami zakaz sprzedaży broni na Bliski Wschód. Wtedy Związek Radziecki przyszedł nam z pomocą. Także Czechosłowacja przysłała niewielkie ilości broni, przyje¬chali rosyjscy i czescy instruktorzy wojskowi. Żydzi z rozmaitych krajów zgłaszali się dobrowolnie do walki, zbierali pieniądze na zakup broni i żywności. Również inni ludzie dobrej woli, którym los Żydów po holocauście nie był obojętny, pomagali na różne sposo¬by. Znów rozbrzmiewały wszędzie rosyjskie pieśni par¬tyzanckie. Tłumaczono je na hebrajski; stały się znane wszystkim. Przez radio czytano fragmenty „Szosy Wołokołamskiej” przetłumaczonej na hebrajski, widząc w tej książce źródło otuchy i przykładu ludzkiego męstwa. Sytuacja była nieznośnie ciężka, wymagała niezwykłych poświęceń i wyrzeczeń od całego społe¬czeństwa.
W kraju nie było ani amunicji, ani żywności. Imigra¬nci nie mieli dokąd pójść, sypiali na trawnikach w Tel- -Awiwie lub na ławkach w ogrodach — potem od¬chodzili do wojska, na front. Powstał oficjalny rząd izraelski z Dawidem Ben Gurionem na czele, regularne wojsko, które w kilka miesięcy później miało zastąpić zupełnie Palmach. W Palmachu panowała równość i koleżeńskie stosunki między towarzyszami broni, goto¬wość do największych poświęceń i heroicznych wy¬czynów dla obrony tej jedynej przystani żydowskiej w Palestynie. Nie istniały tu różnice między oficerami a zwykłymi szeregowcami. Nie trzeba było salutować, zdejmować czapki przed kimś o wyższej randze. Wszys¬cy jedli razem w tym samym pomieszczeniu te same posiłki. Największą karą dla żołnierza Palmachu był zakaz uczestnictwa w jakimś trudnym zadaniu. (Roz¬wiązanie Palmachu przez Ben Guriona napotkało ostry sprzeciw i burzliwą dyskusję. Ale daremnie).
Palmachowcy z Ejn-Szemer często wychodzili w bój. Atakowali głównie wsie, z których Arabowie robili wypady i zagrażali żydowskim osiedlom. Nie zawsze wszyscy wracali. Znaliśmy ich dobrze, jedliśmy razem z nimi posiłki — przed walką, po ich powrocie. W wol¬nym czasie pracowali w kibucu. Spotykało się ich wszędzie — w Domu Kultury, ogólnych umywalniach, pralni, magazynie, gdzie dzielono czystą, zreperowaną odzież. Jednego szczególnie zapamiętałam. Zawsze wła¬ził do umywalni, gdy myłam tam podłogi, i roznosi! błoto… Śmiał się. Nie istniały dla niego żadne prze¬szkody — drwił sobie z wszystkiego — niczego się nie bał. Kipiał życiem i silą. Gdy zginął, nie mogłam się z tym pogodzić. Padło ich wtedy dwóch. Arabowie pocięli ich ciała na kawałki! Wiadomości tego rodzaju mnożyły się coraz częściej; powodowały ból i rozpacz. Z nadzieją słuchaliśmy komunikatów radiowych. Szu¬kaliśmy w nich dobrych nowin o zaprzestaniu wrogo¬ści… Staraliśmy się analizować je, prawie nie rozumiejąc języka, w jakim były nadawane. Pragnęliśmy tak bardzo zrozumieć każde słowo, dowiedzieć się, co się dzieje wokoło nas. Prosiliśmy Izraelczyków, żeby nam je tłumaczyli. W tym okresie łatwiej było żyć w kibucu niż w mieście. Przynajmniej o żywność nie trzeba było walczyć.
Walki w kraju wzmagały się i rozszerzały. Niektóre miejscowości wpadły w ręce uzbrojonych mas arab¬skich, a Żydzi, którzy nie zdążyli albo nie mieli możli¬wości wycofania się, zostali wyrżnięci. Na południu Arabowie zdobyli niedawno powstały kibuc Jad-Mord- chaj (od imienia przywódcy powstania w getcie war¬szawskim, Mordechaja Anielewicza), znajdujący się w najbardziej wysuniętym miejscu przy granicy egip¬skiej. Kibuc nie posiadał ani dość ludzi, ani broni, aby odeprzeć setki napierających w czołgach Arabów. Ki- bucnicy walczyli do ostatniej kuli, a potem wycofali się jedyną, nie odciętą jeszcze drogą przez pola i zarośla. Kibuce na północy były też odcięte. Arabowie okrążyli Jerozolimę, odcięli Stare Miasto i wszystkie drogi wio¬dące do miasta. Kosztem ciężkich ofiar palmachowcy wycięli okrężną drogę w górach. Nazwano ją „Drogą Burmy”… W pancernych wozach żołnierze dowozili miastu tędy wodę i broń, rozdzielali skąpe porcje żywności oblężonym mieszkańcom. Należało walczyć, bronić się, aby wyprzeć najeźdźców, przełamać blokady i odebrać to, co zajęli Arabowie.

W tym czasie zażądano od kibuców ochotników do wojska. Sekretariat Ejn-Szemer zdecydował, że od nas musi pójść dwóch chłopców do Palmachu. A przecież znajdowaliśmy się zaledwie kilka miesięcy w Izraelu i nie opanowaliśmy jeszcze nawet języka. Tę zdumiewającą nowinę przyniósł nam wieczorem Hanoch. Zwołał spec¬jalne zebranie, na którym mieliśmy sami zdecydować, kogo wyślemy na wojnę. Zdębieliśmy. To był po prostu szok. Wojna po raz drugi weszła w nasze życie z całą okrutną bezwzględnością.
W największym przejęciu zasiedliśmy, jak zwykle, na ławkach wokół Hanocha. Nikt nie śmiał odezwać się po jego niespodziewanym oświadczeniu. Sami mamy po¬stanowić, kto z nas pójdzie?! Wziąć na siebie odpowie¬
dzialność za cudze życie, cudem ocalone od zagłady? Hanoch okazywał coraz większe zniecierpliwienie. Na¬zajutrz rano wybrani muszą wyruszyć w drogę… Więc kto? Atmosfera była ciężka. Jak podczas selekcji. Znów sami Żydzi mają wybierać… Myślałam, że nikt nie odważy się podnieść ręki i poprosić o głos. Myliłam się jednak. Okazało się, iż ludzie mają różne pomysły, rozwiązania… Sasza oświadczył bezczelnie: „Niech idą tacy, którzy jeszcze nie są związani z nikim!” Wybuchła burzliwa dyskusja, którą przerwał Heniek. Był wtedy członkiem sekretariatu naszej grupy. Powiedział, że on pójdzie. Wszyscy umilkli zaskoczeni. Zaraz po nim odezwał się Michał, że on będzie tym drugim. Hanoch, zadowolony, że dokonaliśmy wyboru, pożegnał się z nami i poszedł zawiadomić sekretariat. My zostaliśmy w namiocie długo jeszcze. Napięcie zelżało, ustąpiło miejsca przygnębiającej trosce o los dwóch „ochot¬ników”. Kto wie, czy wrócą do nas zdrowi i cali?!
Szczególnie martwiłam się o Heńka. Gdy sam się zgłosił, zrozumiałam, że obchodzi mnie o wiele bardziej niż jakiś inny kolega. Świat nagle pociemniał mi w oczach. Jak będzie wyglądać tu wszystko bez Heńka? Tak bardzo przywykłam do jego obecności, do jego przyjaznego uśmiechu, w którym tyle znajdowałam uko¬jenia i otuchy. Dlaczego zgłosił się sam? I wreszcie — dlaczego, do diabła, tak mnie to dotknęło?! Jestem prze¬cież związana z Adamem, który zostaje w kibucu ze mną. Byłam zdenerwowana, wzburzona i przerażona.
Nazajutrz rano nie odesłano ich jeszcze. Rozkaz zmienił się. Zdążyliśmy urządzić im wieczór pożegnalny w wielkim namiocie. Hanoch uczestniczył w nim rów¬nież. Był poczęstunek, życzenia, wygłoszono górnolotne, ale i serdeczne mowy. Jak w ów wieczór przed wyjazdem z Warszawy. Ale teraz było to mniej tajemnicze, a bar¬dziej przerażające. Kto wie, co będzie, jak skończy się ta wojna dla nas, którzy przyjechaliśmy do tego kraju, aby zbudować sobie nowe życie. Co nam przyniesie jutro?!
Abram Kac był zgnębiony bardziej niż inni. Za¬zwyczaj małomówny, cynik — po wyjeździe Heńka i Michała nie przestawał myśleć na głos, rozprawiać z towarzyszami na temat polityki i wróżyć nieszczęścia.
Pochodził z małego miasteczka w Polsce. Niskiego wzrostu, o czarnych włosach, muskularny. Uratował się w Związku Radzieckim, pracował tam ciężko. Po wojnie wstąpił do kibucu w Lublinie. Opuścił Polskę, bo nie było już w niej żydowskich miasteczek, a nie mógł żyć bez swoich. Pracowity, posłuszny i gorliwy kibucnik. Trudne warunki w czasie wojny zahartowały jego chara¬kter i znieczuliły go.
Abram Kac padł w tej wojnie. Zginął od granatu, rzuconego na wojskową ciężarówkę. Został zmobilizo¬wany po opuszczeniu kibucu. Nie zgodził się przejść do innego kibucu po półtorarocznym okresie przygotowa¬wczym, bo nie wierzył już towarzyszom z centrali, że kiedykolwiek osiedli się na stałym miejscu.
Po odejściu Heńka i Michała zgłosił się również do Palmachu Arie Rozenfeld. Zaraził się duchem walki, jaki zapanował w kraju. Pochodził z Polski, z bardzo religijnej rodziny. W dzieciństwie uczył się w chederze. Wojnę przeżył w Związku Radzieckim. Został sam jeden
z całej rodziny. Wstąpił do warszawskiego kibucu na Poznańskiej jeszcze na długo przede mną. Był rudy, wstydliwy i powolny. Dawny uczeń chederu i jeszybotu, słuchał jak zahipnotyzowany o bohaterstwie chłopców z Palmachu, piosenek hebrajskich powstałych w tej wyzwoleńczej wojnie narodowej. Rozprawiał o tym wszystkim z niebywałą pasją, nucił też tak bardzo „świeckie”, romantyczne pieśni o dziewczętach i żoł¬nierzach. Zmienił się nie do poznania, jakby dybuk w niego wstąpił. Wrócił do nas na urlop z wojska — w okrągłym kapeluszu kowbojskim palmachowców. Poczuł smak niezależności, upajał się odkrytą samo¬dzielnością i własną odwagą. Po zakończeniu działań wojennych nie wrócił do kibucu. Ożenił się z dziewczyną żydowską, pochodzącą z krajów arabskich, i osiedlił się we wsi kooperatywnej. Arabowie często podchodzili nocą do wsi, aby kraść krowy, konie lub rury. Wtedy to Ariego rozerwała mina, specjalnie umieszczona jako ochrona przed złodziejami… Zarówno dziecko Abrama Kaca, jak i Ariego Rozenfelda urodziło się, gdy ojcowie już nie żyli…
Jednym z tych, który padł na tej ziemi natychmiast po przyjeździe, był Miszka Szmukler. Piękny, wysoki, smu¬kły, pełen życia i kipiącej energii. Nie przyjechał razem z nami do Palestyny. Został w Niemczech — w „Haga- nie”. Był przewodnikiem młodzieży żydowskiej w obo¬zach emigrantów. Ćwiczył z nimi przysposobienie woj¬skowe. Znał język hebrajski jeszcze z domu, był też wybitnym, zapalonym jidyszystą. Przyjechał do Izraela w 1948 roku, właśnie wtedy, gdy rozpoczęła się wojna.
Poszedł na front prosto z okrętu. Zginął podobnie jak Abram Kac — od granatu, który rozerwał mu gardło…
Heniek i Michał przyjeżdżali do nas, do Ejn-Szemer, na krótkie urlopy. Przyjmowaliśmy ich z wielkim entuz¬jazmem i serdecznością. Przynosili z sobą jakąś świe¬żość, ale i charakterystyczny dla tego okresu niepokój i poczucie nieustannej aktywności, nie znanej w szarej codzienności kibucowej. My żyliśmy daleko od tych burzliwych zdarzeń — oni żyli nimi.
Z początku wysłano ich do kibucu Negba, gdzie przeszli kilkutygodniowe ćwiczenia. Potem znaleźli się w pułku, który właśnie organizował się w celu obrony karawan dowożących produkty do oblężonej Jerozoli¬my. Brali udział w walkach o oswobodzenie rozmaitych odcinków frontu. Michał został ranny w Jerozolimie na Migrasz-Harusim, czyli na placu Rosyjskim. Kiedy wyzdrowiał, odesłano go do służby na tyłach w obozie wojskowym niedaleko Tel-Awiwu. Nie wrócił już do kibucu, ale utrzymywał kontakt z towarzyszami.
W czasie swych krótkich wizyt w kibucu Heniek przesiadywał najdłużej w namiocie moim i Adama. Dotąd nie związał się z żadną dziewczyną. Nie spieszyło mu się. Nie chciał angażować się po to jedynie, by nie czuć się osamotnionym, jak to czyniło wielu innych towarzyszy. Wiedziałam o niektórych dziewczynach, które myślały o nim z sympatią. Ale on nie zwracał na nie uwagi. W kibucu spośród wszystkich towarzyszy najbardziej cenił mnie i Adama. Troszczyliśmy się o wszystko, co mu było potrzebne. Pewnego razu, gdy
przyjechał na urlop, przywiózł mi francuskie książki, które znalazł w Jerozolimie w ogromnych magazynach, zwanych Bet-General, pozostałych po wojsku angiel¬skim. Można tam było znaleźć rozmaite dobra, ale Heniek szukał dla mnie książki, żebym poćwiczyła i nie zapomniała języka francuskiego… Z charakterystycz¬nym dla siebie opanowaniem opowiadał, czego był świadkiem i czego dokonywał w grupie towarzyszy broni w Palmachu. Nie okazywał strachu, nie żałował swej decyzji pójścia do wojska. Opowiadał o oblężonej Jerozolimie, o ciężkich walkach, o poświęceniu i od¬wadze żołnierzy i ich dowódców. Żył wśród nich — był jednym z nich, mimo że na początku nie rozumiał niemal rozkazów dowódcy…
Pewnego dnia wyszedł w grupie dziesięcioosobowej w kierunku pozycji arabskiej, która uplasowała się na szczycie góry. Skupiło się tu około 200 Arabów, którzy ostrzeliwali szosę i wzgórza, gdzie znajdowali się Izrael¬czycy. Siedzieli zwróceni plecami do wsi Diraub, gdyż nie spodziewali się stamtąd żadnego niebezpieczeństwa. Nad ranem dziesięciu chłopaków przemknęło przez dolinę wśród gór. Tymczasem inna jednostka palmacho- wców otworzyła ogień od przodu arabskiej pozycji, aby odwrócić uwagę Arabów. Z jednym karabinem maszy¬nowym, małym miotaczem min i ręcznymi karabinami grupa Heńka zaatakowała pozycję. Zaskoczeni i przera¬żeni Arabowie rzucili się do panicznej ucieczki, zo¬stawiając za sobą zabitych i rannych. Palmachowcy popędzili za nimi i w ten sposób zdobyli również pobliską górę.
Heniek walczył także w kibucu Ramat-Rachel, który znajdował się niemal całkowicie w rękach arabskich. Je¬dynie budynek jadalni trzymali jeszcze palmachowcy. Toczyły się rozpaczliwe walki o zdobycie kibucu. Nad ranem saperom izraelskim udało się wysadzić w powie¬trze siedzibę sztabu arabskiego i dzięki temu oswobo¬dzono Ramat-Rachel.
Bałam się o Heńka, bałam się tej wojny. Modli¬łam się, aby powrócił zdrowy i cały. Nie wyobrażałam sobie, z jakimi niebezpieczeństwami zmagał się dzień w dzień. On także nie miał pojęcia, dokąd zawiedzie go następny dzień czy następna godzina. Ale był go¬tów na wszystko i nie wahał się. Z góry pogodził się z losem i nie starał się ujść z jego rąk. Jego posta¬wa dawała nam poczucie bezpieczeństwa i sensu życia tutaj. '
Niestety, pod Latrum, gdzie toczyły się ciężkie walki, Heniek został ranny w nogę. Odłamek pocisku uszko¬dził mu mięsień i utkwił w szpiku kostnym. Operowano go natychmiast w polowym szpitalu. Po operacji otrzy¬mał kilkutygodniowy urlop. Potem został przeniesiony do jednostki sił lotniczych. Pracował w ślusarni. Wtedy bardzo rzadko odwiedzał kibuc. Nie widywaliśmy się w ciągu długich miesięcy. Kiedy Izraelczycy opanowali Jaffę, znalazł tam sobie mieszkanie.
Pewnego dnia odwiedziła nas w Ejn-Szemer grupa młodzieży z pobliskiego kibucu Gan-Szmuel. Podobnie jak my, byli tam na przeszkoleniu i pochodzili z Polski,
uratowani od zagłady. Przeżyli tutaj koszmar ataku na kibuc Jad-Mordchaj. Obecnie przeniesiono ich do bar¬dziej bezpiecznego i bogatszego Gan-Szmuel. Znalazłam od razu wspólny język z Marylką, należącą do tej grupy. Ona również, jak ja, była głęboko rozczarowana stosun¬kiem kibuców izraelskich do nas, nowych. Przeżyła getto łódzkie, Oświęcim, Bergen-Belsen. Straciła całą rodzinę. Pokazała mi zdjęcia powojenne z Bergen-Bel¬sen. Na jednym z nich była sfotografowana pod drze¬wem z koleżanką. Zadrżałam. To była Różka, z którą los mnie zetknął w Brzezince… Prajsowa i Różka zostały wysłane do Bergen-Belsen, gdy ja leżałam po postrzale w szpitalu w obozie męskim… Niczego dotąd o nich nie wiedziałam. Marylka nie rozumiała powodów mojego nagłego wzburzenia. A ja przecież chciałam dowiedzieć się wszystkiego o moich przyjaciółkach!
Marylka powiedziała, że Prajsowa podobno już jest w Izraelu — Różka została jeszcze z kibucem w Ber¬gen-Belsen, wkrótce przyjedzie. Zaczęłam szukać. Napisałam list do Domu Imigrantów (Bet-Olim) w Tel-Awiwie. Posłałam w nim swoje zdjęcie i zapyta-łam Prajsową, czy mnie jeszcze pamięta. Odpowiedź była wzruszająca. Dość długo jednak nie miałam moż¬liwości pojechania do Bet-Olim. Kiedy wreszcie otrzy¬małam urlop i pieniądze, Prajsowej już tam nie było, przeniosła się do mieszkania w Jaffie, które otrzymała dzięki protekcji jakiegoś wpływowego krewniaka, osiad¬łego w Palestynie jeszcze przed wojną. W Bet-Olim nie mogli mi podać dokładnego jej adresu, ale określili, w jakim mniej więcej bloku mieszka.
Chodziłam od domu do domu, od mieszkania do mieszkania — aż wpadłam w objęcia pani Prajsowej!… Płacząc, przytuliła mnie gwałtownie do piersi. „To moja córka, moja lagrowa córka” — mówiła szlochając do zdumionych sąsiadów. Różka także już była tutaj. Przegadałyśmy całą noc.
Prajsowa chciała mnie wziąć do siebie, mimo że mieszkanie było podzielone na dwie rodziny, a kuchnia i łazienka wspólne. Nie zgodziłam się, ale odtąd nie byłam już sama. Miałam nareszcie kogoś bliskiego w mieście, do którego mogłam przyjechać na urlop.
W Ejn-Szemer dwóm parom urodziły się dzieci. W czasie ciąży obie towarzyszki zostały przeniesione z namiotu do drewnianych baraków i pracowały mniej godzin. Nic mieliśmy pojęcia, że jedna z nich była już w ciąży na statku… Wrzucono ją do środka przez otwór w pokładzie, a potem wewnątrz — na narach trak-towano ją jak wszystkich. Często mdlała. Ale kto mógł przypuszczać, z jakiego powodu? Lena i Władek byli pierwszymi rodzicami w naszej grupie. Rózia i Sasz- ka — następnymi. Obu parom urodzili się synowie. Wszyscy zabawialiśmy chłopców w godzinach, gdy rodzice odbierali ich z domu dziecka do swych ba-raków.
Fela zaczęła „chodzić” z chłopcem z grupy pal- machowców. Pochodził z Polski. Jej poprzedni narze¬czony pozostał na dłużej w Niemczech jako przewodnik młodzieży. Znalazł tam sobie inną dziewczynę. Przy¬
jechali do Izraela już po zawieszeniu broni jako małżeń¬stwo. W tym czasie Fela także wyszła za mąż i opuściła kibuc. Bracia męża, mieszkający w Tel-Awiwie, pomogli im znaleźć pracę w mieście i urządzić się. Przyjechali do Palestyny z armią Andersa w 1942 roku. Jednak pierwsi opuścili kibuc Lena i Władek z dzieckiem. Władek miał krewnych, którzy wyemigrowali przed wojną do Pale¬styny i mieszkali w Tel-Awiwie. Z początku wzięli ich do siebie, a po zakończeniu wojny 1948 roku i opanowaniu przez Żydów Jaffy — znaleźli sobie urządzone tam mieszkanie poarabskie. Władek pracował jako cywil w wojsku. Ich dom stał się odtąd przystanią dla towarzyszy podczas urlopów, miejscem ich spotkań. Wracali od nich pełni wciąż nowych, fascynujących opowieści o możliwościach i osiągnięciach tych dwojga w mieście… Lena stała się prawdziwą damą, powodziło im się nieźle. Mimo woli porównywaliśmy ich położenie do naszej sytuacji. Pracowaliśmy w kibucu ciężej od innych — ale nie mieliśmy niczego. Pracowaliśmy na jedzenie, na nocleg — dla ideału, który nas zawiódł.
Inni zaczęli także marzyć o życiu w mieście i jedni po drugich opuszczali kibuc. W Ejn-Szemer nikt się tym nie przejmował. Mówiono, że słabsi i gorsi mogą odejść. Nie każdy dorósł do wyższej formy egzystencji jak oni — kibucnicy. Według nich zawsze byli tacy, którzy dążyli do prywatnych korzyści, nie nadawali się do kolektywnego życia. Wiedzieliśmy, że kibucnicy nie mają racji. Nie mieliśmy sił czekać bez końca na możliwość założenia domu. Oni tego nie rozumieli, a w centrali ruchu również nie brali tego pod uwagę.
Po półtorarocznym pobycie w Ejn-Szemer odesłano nas na pół roku… znów do innego kibucu, Szaar-Ha- golan. Na początku wojny kibuc ten wpadł na kilka dni w ręce Arabów i został niemal całkowicie przez nich zniszczony. Nie pomogły nasze protesty i żale przeciw decyzjom centrali. Załadowaliśmy na ciężarówkę swe plecaki, żelazne łóżka i materace — nasz prywatny majątek — i po kilkugodzinnej, męczącej jeździe po wyboistych drogach i piaskach dotarliśmy do następnej stacji nie kończącej się tułaczki. Rozgoryczeni drwiliśmy z tych wędrówek uważając, że jeżeli centrala będzie tak długo zwlekać z osiedleniem nas na stałym miejscu, to zabraknie chętnych do założenia własnego kibucu…
Szaar-Hagolan był otoczony górami — granicami trzech państw arabskich: Libanu, Syrii i Jordanii. Nara¬żało to kibuc na ciągłe ostrzeliwanie. W związku z tym matki i dzieci wysłano do Hajfy. My miałyśmy zastąpić je w pracy, a chłopcy wzmocnić obronę kibucu.
Ładne domki, częściowo spalone przez Arabów, traw¬niki, drzewa i zieleń kibucu były miłe dla oka. Nie wystarczały jednak do zaspokojenia naszych potrzeb. Upały dokuczały nam tu niesamowicie już od świtu, a przed wieczorem opadały nas chmary komarów. Razem z kolacją dostawaliśmy proszki przeciw malarii i jakiś płyn do smarowania. Mimo to Adam zachorował na malarię i mógł nareszcie nazwać się prawdziwym chalucem…
Nieliczni towarzysze kibucu, którzy pozostali na miejscu, odnieśli się do nas przyjaźnie. Zajęci strażą i odbudową kibucu, pozwalali nam samym organizować
sobie pracę. Sprzyjało to naszemu dobremu samopo¬czuciu. Mieliśmy bowiem wrażenie, że pracujemy u sie¬bie, we własnym kibucu. Tym bardziej że nie pouczano nas na każdym kroku. Odetchnęłam! Pracowałam naj¬pierw w kuchni, a potem w pralni, w której sama planowałam i wykonywałam prace z największą od¬powiedzialnością. Zależało mi bardzo, aby wszystko było w najlepszym porządku. Zarówno w kuchni, jak i w pralni panowały ciężkie, prymitywne warunki. Arabowie zniszczyli niemal wszystkie maszyny i urzą¬dzenia. Należało kubłami dźwigać wodę do kuchni, zmywać naczynia w blaszanych wanienkach, a potem wynosić pomyje. Maszyna w pralni cudem ocalała, ale nie było centryfugi i musiałam wieszać bieliznę pełną wody. Od ciągłej wilgoci, słońca i wiatru sczerniała mi i popękała skóra na rękach. Kibucnicy lekceważyli moje dolegliwości, mieli większe kłopoty na głowie. A toboły brudnej bielizny piętrzyły się i czekały na moje pohara¬tane ręce. Nie korzystałam nawet z przerwy godzinnej na śniadanie i obiad, aby zdążyć. Po kilku tygodniach z Karmelu wróciły towarzyszki, których domki już zostały wyremontowane, a między nimi dawna kierow¬niczka pralni. Wróciła do swej roli i wszystko zmieniło się. Od razu zaczęła się rządzić. Znikł równy, koleżeński podział na prace łatwiejsze i trudniejsze, jaki panował między towarzyszkami naszej grupy.
Tworzące się wśród nas pary mogły zamieszkać w osobnym namiocie, co równało się ślubowi. W kibucu nie odprawiano ceremonii zaślubin, traktowano je jako przestarzały nawyk zacofanych ludzi. Świadectwo ślubu zdobywano z biegiem czasu rozmaitymi sposobami.
Przeszłam z Adamem do wspólnego namiotu. Był biały, okrągły i nieduży. Adam nie spieszył się z tym. Wciąż twierdził, że nie znajdujemy się jeszcze na stałym miejscu, należy więc zaczekać. Czułam się tym urażona. Dawno już „chodziliśmy” ze sobą. Nie chciałam dłużej zwlekać. Potrzebowałam ciepła, serdeczności, rodzin¬nego domu. Adam nie rozumiał mnie albo miał jakieś inne skrupuły. Podejrzewałam, że nie chce związać się ze mną, aż upewni się, że nie ma kogoś bardziej odpowied¬niego… Zaprzeczał temu energicznie. Chciałam w to wierzyć. Bałam się przecież utracić jego uczucie, jeżeli nawet było ono tylko złudzeniem.
Adam jeździł często do Tel-Awiwu. Twierdził, że ludzie, u których ulokowano go, gdy zeszliśmy ze statku, są mu bliscy, jak prawdziwa rodzina, i ma wobec nich dług wdzięczności za opiekę i serdeczność, którą mu wtedy okazali. Pragnie im pomóc w tych ciężkich czasach. W kibucu pracował w kurnikach, więc nietrud¬no mu było o jajka i kury dla swych miejskich przyja¬ciół. Czasami kupował je po bardzo zniżonych cenach za kieszonkowe otrzymane w kibucu, a nieraz po prostu brał, gdy nikt nie widział. Inni też tak robili… Było tu tysiące kur, kto więc zauważyłby brak jednej lub dwóch albo kilkunastu jajek? W mieście przydzielano na ty¬dzień po 2 jajka, 125 gramów mięsa (kury) i 2 kilogramy kartofli na osobę… Pomoc Adama była rzeczywiście znaczna.
Jego przyjaciele to rodzina składająca się z matki, dwóch córek i wnuczki. Mieszkały na pięknej ulicy, blisko wybrzeża morskiego, w dwóch pokojach z kuch¬nią i łazienką. Dom, w którym znajdowało się miesz¬kanie, został wybudowany dla weteranów „Histadru- tu”. Sara była urzędniczką i członkiem „Histadrutu”. Przyjechała do Palestyny przed wieloma laty jako ideali- stka syjonistyczna. Starsza córka, Ora, rozwódka, zaj-mowała jeden pokój ze swą dziesięcioletnią córeczką, Nurit. Drugi pokój zajmowała młodsza, niezamężna Batia. Miała około 30 lat, pracowała jako urzędniczka w banku. Obie siostry nie rozmawiały ze sobą. Powo¬dem był podobno romans Bati ze szwagrem. Poznałam tę rodzinę przed odjazdem do kibucu. Zostałam mile przyjęta, szczególnie przez Orę. Prosiła, abym znów ją odwiedziła, ale Adam uważał, że nie należy nadużywać ich gościnności. Wobec tego ja zaprosiłam Orę z córecz¬ką do nas do namiotu na wakacje. Chętnie zgodziła się, ale już następnego dnia po przyjeździe wróciła do Tel-Awiwu. Zachwycała się ki bucem, doskonałym po¬wietrzem, zielenią i dostatkiem żywności — ale rada była jak najszybciej znaleźć się u siebie. Wystarczyła jedna noc w namiocie na naszych żelaznych łóżkach…
Adam nie pozwalał, abym towarzyszyła mu w od¬wiedzinach u zaprzyjaźnionej rodziny. Mówił, że nie ma lam dość miejsca na nocleg dla dwóch osób. On także nie jeździ dla przyjemności. Musi odwdzięczyć się dob¬rym ludziom, pomóc im… A ja tak bardzo chciałam wyjechać choć na trochę do Tel-Awiwu! Nie miałam jednak do kogo, nie miałam za co. Nie było też łatwo zwolnić się z pracy. Musiałam pracować we wszystkie soboty i święta. Co prawda nazbierało rai się sporo soból — wolnych dni — ale nie dostawałam ich wtedy, kiedy pragnęłam. Nie mogłam więc robić żadnych wycieczek z towarzyszami albo planować czegokolwiek. Adam natomiast obstawał niezłomnie przy swoim. Nie zabierał mnie z sobą do Tel-Awiwu. Nie pomagały perswazje ani gniew.
Pewnego dnia Adam wybrał się do Tel-Awiwu, aby sprawdzić, czy wiadomość, jaką przywiozła jego koleża¬nka, że Batia wyszła za mąż, jest prawdziwa. Chciał również dowiedzieć się, czy jej matka pomogłaby nam, gdybyśmy postanowili opuścić kibuc. Sara przyrzekła, że weźmie nas chętnie do siebie aż do chwili, gdy uzbieramy potrzebną sumę pieniędzy na wynajęcie ja¬kiegoś mieszkania. Nie było to łatwe. W Izraelu na ogół nie wynajmowano mieszkań. Należało kupić je na własność lub wpłacić dużą sumę za zgodę na odnajęcie. Na razie nie mogliśmy odważyć się na taki krok. Baliśmy się, że nie damy sobie rady w mieście, żal też było rozstać się z towarzyszami.
W tym czasie wybrałam się do Jaffy, aby odwiedzić Prajsową i Różkę. Pojechałam razem z jedną z koleżanek z kibucu, Żydówką z Transylwanii. Nadarzyła się okazja, ciężarówka wożąca towar do miasta ofiarowała nam dwa miejsca. Najpierw odwiedziłyśmy krewną koleżanki, przebywającą w Hajfie w domu dla samotnych dziewcząt (Bet-Chalucot), utrzymywanym przez partie religijne. Nie rozumiejąc rozmowy, toczącej się w języku węgierskim, między koleżanką a kierowniczką domu, zaczęłam szy¬
dełkować (zawsze miałam przy sobie jakąś „robótkę”). Zapomniałam, że była właśnie… sobota. Oburzona kierowniczka wyzwała mnie od bezbożnic!
W Jaffie nie zastałyśmy ani Prajsowej, ani Różki. Współlokatorka mieszkania, Henia, ugościła nas z wiel¬ką serdecznością, wypytywała o szczegóły naszego życia. Niebawem okazało się, że Henia i jej mąż, inżynier, pochodzą z Warszawy. Bolek był wysokim oficerem w Wojsku Polskim po wojnie, a Henia ukończyła psychologię w Związku Radzieckim. Rozpoczęła studia na Uniwersytecie Warszawskim jeszcze przed wybu¬chem wojny. Razem z Bolkiem uciekła do Rosji na początku okupacji hitlerowskiej. Nikt z ich krewnych nie ocalał. Po wojnie urodziła im się w Polsce córeczka, a w Jaffie druga. Okazało się, że Henia znała mojego brata, chodzili do tej samej szkoły na Bonifraterskiej. Obecnie nie wiodło im się. Nie znali języka i nie mogli pracować w swoich zawodach. Tęsknili też bardzo do kultury i obyczajów, w jakich wychowali się w Polsce. Trudności tej rodziny tym bardziej odstraszały mnie od życia w mieście.
Któregoś dnia zostałam wydelegowana z Meirem, jednym z bardziej aktywnych chłopców w naszej grupie, do kibucu Ichiam, leżącym na północy. Mieliśmy zba¬dać, czy istnieje szansa zjednoczenia się z nim i osied¬lenia tam na stałe.
Meir znał dobrze język hebrajski i żydowski, mówił też czysto po polsku. Był starszy ode mnie o kilka lat, wysoki, smukły, oczytany. W Niemczech zastępował nam nieraz przewodnika, byl również wychowawcą w domu dziecka w obozie w Eschweige. Uczył nas hebrajskiego, wygłaszał referaLy polityczne, a w Ejn- -Szemer komentował na zebraniach wydarzenia po¬lityczne.
Pojechaliśmy do Galilei autostopem. W ten sposób podróżowali wtedy żołnierze i kibucnicy. Podróż trwała niemal cały dzień, gdyż coraz to trzeba było wysiadać i czekać na inną okazję. Było nam jednak przyjemnie razem i nie zważaliśmy na te trudności. Wokoło roz¬ciągał się piękny krajobraz, wszędzie spotykaliśmy dużo młodzieży i żołnierzy. W miarę jak oddalaliśmy się od doliny, w której leżał Szaar-Hagolan, klimat stawał się dogodniejszy, chłodny. Był początek lata 1949 roku. Czuliśmy się wolni, nie spieszyliśmy się, nie mieliśmy też żadnych specjalnych obowiązków. Wspólne wrażenia i przygody w drodze łatwo zbliżały do siebie. W kibucu rzadko wypadło mi rozmawiać z Meirem, nie zwracałam na niego uwagi, nie pochodził z moich stron, nie był mi bliski sposobem myślenia i bycia. W drodze powrotnej Meir zapragnął odwiedzić kibuc Sasa, sąsiadujący z Ichiamem. Jego członkowie byli amerykańskimi Żyda¬mi. Wiedziałam (w kibucu jeden o drugim wszystko wiedział), że Meir ma romans z pewną Amerykanką stamtąd. Zanim Amerykanie osiedlili się w kibucu na stałe, przebywali kilka tygodni w Szaar-Hagolan. Do Palestyny przyjechali po nas, a jednak znacznie szybciej wskazano im miejsce stałego osiedlenia, nie musieli więc włóczyć się po rozmaitych kibucach. Fundusze na
założenie kibucu przysłano im natychmiast z Ameryki. Centrala nie „bawiła” się z nimi, jak z nami… Równość, równość w kibucach —■ o której tyle deklamowali wysłannicy z Palestyny w Polsce i w Niemczech!
Meir zakochał się w Amerykance na krótko przed ich wyjazdem do Sasa. Ja również miałam „romans” z jed¬nym z tej grupy. W Szaar-Hagolan dowiedział się, jak się nazywam, i chodził za mną, wypytywał. Wobec początkowej obojętności Adama podnosiło to moją dumę. W końcu Amerykanin zaczął namawiać mnie, abym zostawiła Adama i poszła z nim do Sasa. Miał zamożną rodzinę w Stanach. Przyjechał do kibucu jako idealista. Nic nas nie łączyło — mieszkałam już, jako żona, z Adamem. Nie wiedział nic o wojnie w Europie ani o zagładzie — nie mówił po polsku… Adam chyba domyślał się czegoś, gdyż nagle okazał gwałtownie zazdrość.
Kiedy Amerykanie odjeżdżali na stałe do Sasa, wzięli¬śmy udział w ich uroczystym pożegnaniu. Zazdrościliś¬my im szczerze, że tak szybko stworzą sobie własny dom. Nikt też nie dokuczał im, że mają galutowe nawyki, amerykańskie imiona i że nie mówią po hebraj- sku. Angielski był chyba nie mniej imponujący…
Zgodziłam się więc na propozycję Meira odwiedzenia Sasa. Tym bardziej że miałam w tym swój ukryty cel, nie tylko chęć zobaczenia amerykańskiego „adoratora”. Od jakiegoś bowiem czasu dręczyła mnie pewna wypowiedź Meira dotycząca Adama i postanowiłam teraz dowie¬dzieć się jej znaczenia. Sprzyjała temu poufna, przyjazna atmosfera. Wcześniej Meir nie chciał o tym mówić, zro¬bił tylko niedwuznaczną aluzję na mój temat. Wtedy zlekceważyłam jego słowa. Co on o nas wie? O Adamie? Znałam dobrze Adama. Nie poświęcał mi wiele uwagi, ale był mi oddany. Nie mizdrzył się do innych dziew¬cząt. Czułam jednak, że Meir na pewno wie coś o nim, i pragnęłam wydostać to od niego. Wahał się, ale w końcu uległ. Okazało się, że gdy pojechałam do Jaffy, siostra koleżanki, która miała wyjechać nazajutrz do Bet-Alfa, spała w moim pokoju, w naszym łóżku…
Więcej już niczego nie słyszałam. Jakbym zamieniła się w kamień. Akurat zaczęło się ściemniać. Dochodziliśmy do bram kibucu. Wymówiłam się wielkim zmęczeniem i nie poszłam zjeść kolacji. Położyłam się w wyznaczonym dla gości pokoju. Zasnąć, zasnąć! Szaar-Hagolan był tak daleko! Chciałam stanąć przed Adamem, spojrzeć mu w oczy, przekonać się, czy to jest możliwe, czy to prawda?! Wiedziałam jednak, że Meir nie żartuje i nie kłamie. Chciał, abym się miała na baczności!
W drodze powrotnej przygodna ciężarówka zawiozła nas niemal bezpośrednio do naszego kibucu. W kabinie było jedno wolne miejsce, które Meir zaofiarował mnie, a sam wlazł na platformę. Nie musiałam więc udawać wesołej ani rozmawiać z kimkolwiek. Nie byłam w sta¬nie zebrać myśli, mówić teraz o innych rzeczach, a nie o tym, co mnie tak gnębiło. Czułam się zupełnie zdruzgotana. Droga była wyboista, daleka i nużąca. Ciężarówka trzęsła niesamowicie, wzniecając za sobą tumany kurzu.
W końcu stanęłam przed Adamem. Od razu wyczytał z mojej twarzy wszystko. Zaklął ordynarnie i rzucił się
ku wyjściu. Zatarasowałam mu przejście. „Nigdzie stąd nie wyjdziesz, póki ja żyję!” — zawołałam. Odepchnął mnie, ale ja znów skoczyłam do drzwi… Nie pozwolę, aby cały kibuc wziął nas teraz na języki! Adam widocz¬nie wyładował już swą wściekłość na mnie. Zmiękł. Zaczął tłumaczyć się, zaprzeczać. Położyłam się na łóżku, doszczętnie wyczerpana. Krzątał się przy mnie jak przy chorym dziecku, podłożył mi poduszkę pod głowę, usiadł przy mnie. On zrobiłby coś podobnego?! To kibucnicy rozsiewają plotki! Nie wierzyłam mu, ale pragnęłam zagłuszyć prawdę.

Przyslala Halina Birenbaum

birenbaum

Kategorie: Uncategorized

Leave a Reply

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.