Luidwik Lewin

IZRAEL 1956 – ROZUMIEĆ I BYĆ DUMNYM

Ludwik Lewin

Coś się zaczęło zmieniać. Tato pozwalał sobie na coraz mniej dwuznaczne dowcipy, ale podobne kawały opowiadał nawet wtedy, kiedy jeszcze żył Stalin. Mama zorientowała się natomiast, że można starać się o turystyczny wyjazd za granicę i złożyła o paszport w celu odwiedzenia siostry mieszkającej w Izraelu. Dla siebie i dla mnie, co przepełniało mnie radością, bo o podróżach poza Polskę słyszałem tylko od osób, którym „reżym zabrał wszystko”. Opowiadały te panie o corocznych wyprawach na Riwierę, gdzie na ulicznych alejach rosną cytryny i pomarańcze, które spadają na ziemię i każdy może je podnieść, ale mało kto się fatyguje. Ja bym się pofatygował – myślałem.  Pomarańcze uwielbiałem i choć w sklepach nie było ich nawet, jak na lekarstwo, to przecież przychodziły paczki Hartwiga z slowo zydowskie - kopia Izraela, a w nich te wspaniałe cytrusy.  

 

slowo zydowskie 1 - kopia

 

Cieszyłem się na spotkanie z ciocią, która w Izraelu mieszkała od pradawnych, przedwojennych czasów, ale odwiedziła nas w Warszawie w 1949 r. Jeszcze bardziej przecież cieszyłem się na pomarańcze, które, wiedziałem, tańsze są tam od kartofli (czy to w ogóle możliwe?) i na to, że zajadał je będę ile wlezie. Inaczej mówiąc szykowałem się na wyjazd turystyczny, nie czując, nie myśląc, nie wiedząc, że jadę do ziemi naszych ojców i naszej nadziei.

Państwo Żydowskie było dla mnie słabo określonym, egzotycznym miejscem, w którym mieszkała ciocia z rodziną i jacyś znajomi, ale pewnie tylko z powodu tych tanich pomarańczy.

Dziwne było to powojenne, warszawskie, świeckie żydostwo, wtedy oczywiste, a dziś całkiem dla mnie niezrozumiałe. Niby-żydostwo należałoby powiedzieć, bo wmówiono mi, że jestem Polakiem pochodzenia żydowskiego, wmówiono mi po polsku i choć wiedziałem, że mój dziadek ledwie rozumiał ten język, bez żenady recytowałem: kto ty jesteś, Polak mały…

A jednak coś było nie tak.  Na podwórku rówieśnicy zapowiadali mi wieczne męki piekielne, bo jestem nieochrzczony.  Bolałem nad tym bardzo i błagałem mamę żebyśmy się ratowali i jak najszybciej ochrzcili. Mama nie dawała mi jednoznacznej odpowiedzi, ale rozumiałem, że wideł diabelskich nie unikniemy.

Chłopaki opowiadały mi też, jacy tchórzliwi byli Żydzi i niewdzięczni, jak zabijali Polaków, którzy im pomagali, podczas gdy ukrywający ich Polacy woleli śmierć od zdrady. Było mi smutno, było mi źle, było mi wstyd, ale  – jakże cudowna jest zdolność niewidzenia, niesłyszenia, nierozumienia i to niezależnie od wieku i inteligencji – przechodziłem nad tym do bolesnego porządku dziennego.

Z takim to, ciężkim bagażem startowałem z Okęcia. Lądowanie w Tel Awiwie okazało się bardzo miękkie. Przede wszystkim dlatego, że nie było żadnych trudności z porozumieniem, a przynajmniej ze zrozumieniem rozmówców. Celniczki, widząc paszport, od razu zwróciły się do mamy po polsku. Ciocia również powitała nas śpiewną mową trzech wieszczów. Jej mąż rozmawiał z mamą po żydowsku, ale z nim też można się było po polsku dogadać. W autobusach co drugi pasażer czytał Nowiny albo Kurier – wtedy wychodziły w Tel Awiwie dwa polskojęzyczne dzienniki.  

Polski w Izraelu był nie tylko język. Na każdym kroku widać było coś, co wskazywało, że kraj ten zbudowali ludzie z Polski. Okna zamykały się tak samo, jak w Warszawie, takie same były zlewy i krany, ale nie zauważałem tego. Dopiero późniejsze podróże uświadomiły mi, jak wielkie są różnice kultury materialnej między krajami – wtedy te podobieństwa powodowały, że z trudnością uświadamiałem sobie, że byłem za granicą.  No, inny był klimat i brakowało kolejek przed sklepami.

Inne też były obyczaje. Na początku ciocia nie miała dla nas klucza – „na razie nie będziemy zamykać” – powiedziała i trwało tak przez tydzień. W Warszawie zawsze pilnowano bym zamykał drzwi na oba zamki.  W parterowych domach okna były w nocy na oścież otwarte, ale na pytanie czy nie ma tu złodziei, dostawałem zdecydowaną odpowiedź – „oczywiście, że są, to jest normalne państwo, tu wszystko jest”. Uwierzyć musiałem na słowo.

W Izraelu dowiedziałem się, że nie wszyscy Żydzi byli zdradliwymi tchórzami i że nie wszyscy Polacy ratowali ich za cenę życia. W Tel Awiwie dowiedziałem się o pogromie kieleckim, wtedy dobrze nad Wisłą strzeżonej tajemnicy, o szmalcownikach i o polowaniach na tych, którym udało się uciec z gett i obozów.  O żydowskich partyzantach opowiadał mi wciąż komunizujący i zakochany w polskiej kulturze, Romek Rechnic, w czasie II wojny lotnik RAF, następnie żołnierz Hagany i wysoki oficer w wojnie niepodległościowej (1948-49).  

Więcej. Wbrew obowiązującującemu obecnie mniemaniu, jakoby młody Izrael „wyrzekł się” ofiar Treblinki i Oświęcimia, jak owce, rzekomo, idących na rzeź, w kibucu Jad Mordechaj wytłumaczono mi, że w takich warunkach nie buntował się przecież nikt – ani polscy oficerowie w Katyniu, ani sowieccy jeńcy, ani Chińczycy mordowani przez Japończyków. I jak bardzo bohaterskie, szlachetne i wyjątkowe było powstanie w getcie warszawskim, bo w takich warunkach nikt oprócz Żydów, nie potrafił chwycić za broń.

Gdy po wojnie sześciodniowej w 1967, Gomułka gromił „syjonistów”, mało kto rozumiał to słowo. Ja rozumiałem i wiedziałem, że mam z czego być dumnym.

Ludwik Lewin

Wszystkie historyjki Ludwika

KLIKNIJ TUTAJ

 

Odpowiedzi: 4 to “IZRAEL 1956 – ROZUMIEĆ I BYĆ DUMNYM”

  1. Peter Feuerman 14/08/2016 @ 10:00

    Mógłbym te wspomnienia podpisać własnym nazwiskiem,bo bardzo mi przypominają moje

    Lubię

  2. Fleischer 14/08/2016 @ 12:02

    ciekawe i lekko napisane

    Lubię

  3. Wzruszyły mnie te wspomnienia. A te pomarańcze od krewnych.. wspaniałość.
    Ale dla mnie największym, corocznym przeżyciem była maca na Pesach i wyszukane potrawy, które tylko Mama umiała przyrządzać w to święto.

    Lubię

  4. Viktoria Korb 14/08/2016 @ 18:31

    A ja pozwalam sobie przypomniec o mojej ksiazce – Powieść autobiograficzna „Ni pies, ni wydra … marzec 68 we wspomnieniach warszawskiej studentki”, wyd. „Studio EMKA”, Warszawa 2006. ISBN 83-88607-62-6 oraz 2012 jako audiobook w Studio Lissner, Warszawa. W miedzyczasie ukazala sie tez w Niemczech pod zmienionym tytulem Niemieckie wydanie polskiej ksiazki „Ni pies, ni wydra“ pod zmienionym tytulem „…kein polnischer Staatsbürger“ ( …nie jest obywatelem polskim“), Berlin 2010, Trafo Verlag
    I mam nadzieje, ze nikt mnie nie opieprzy, ze tak zwana „autoreklame ” ! Viktoria Korb

    Lubię

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d bloggers like this: