”SPOTYKAMY SIE W SLOWACH”

Helena Szumaness


Historia tlumaczenia wiersza na Inauguracje Prezydenta

Bylismy wszyscy radosnie poruszeni. . Mowiac wszyscy mam na mysli nas, rozpoczynajacych kazdy dzien od przywitania sie na Blogu Bobika, w czasach zanim jeszcze wszystko potoczyla sie tak jak sie potoczylo, klopoty byly tylko klopotami, bez ostatecznego wymiaru, a nad Gospodynia Blogu Kinga Zygma, czyli Psem Bobikiem nie zawisla jeszcze olowiana chmura nieuchronnie zblizajacej sie smierci, naznaczajac kazdy dzien i kazde nasze spotkanie w Londynie.
Ogladalismy Inauguracje nowego, pierwszego czarnoskorego prezydenta USA i rozpierala nas radosc i optymizm. Z roznych krajow (blog byl bardzo kosmopolityczny) komentowalismy na zywo transmisje z uroczystosci w Waszyngtonie.
Mnie bardzo sie spodobal odczytany na niej wiersz nieznanej mi dotad poetki, Elizabeth Alexander napisany na te wlasnie okazje. Czulam ogromna potrzebe aby sie tym wierszem dzielic ze wszystkimi, takze tymi, ktorzy nie znaja angielskiego. I potrzebe wejscia w materie tego wiersza, kazdej strofy, kazdego sfornulowania, jego rytmu i prozodii.
Rzucilam wowczas propozycje, bysmy wspolnymi silami go przetlumaczyli na polski, nie zwalajac na Psa Bobika, ktory byl naprawde sprawny w tlumaczeniach z kazdego jezyka, moze poza japonskim.
Pomysl zostal entuzjastycznie podchwycony,
Przez trzy dni nadsylalismy propozycje i wyklocalisny sie o kazde sformulowanie, a kazda wieloznacznosc, o kazdy przecinek, Nagle okazalo sie, ze blog jest obserwowany zza kata przez znacznie wieksze grono ludzi niz sie nam wydawalo i ze wielu z nich tez gotowych jest ucestnicztc z nami, stalymi bywalcami w zabawie.
Wreszcie tlumaczenie wiersza Praise of the Day uznalismy za zakonczone i na Blogu pojawila sie jego Definitywna Wersja.
Napisalam jeszcze tego samego dnia dlugi list do Autorki, Elizabeth Alexander. Nie mialam jej adresu, ale odszukalam wydawczynie jej wierszy i do niej pchnelam dlugiego maila, opowiadajac jak powstawalo tlumaczenie – na calym swiecie: w Polsce i w Anglii, w Ameryce i w Niemczech, we Francji, Szwajcarii i nawet w Afryce, skad tez przychodzily sugestie.
Odpowiedz dlugo nie nadchodzila, az po paru miesiacach ktos napisal z wydawnictwa proszac o moj adres pocztowy, gdyz ” Prof Alexander chce nam przyslac prezencik”. Minelo jeszcze pare tygodni, wiosna juz byla i faktycznie poczta doniosla paczuszke. Zawierala male bibliofilskie wydanie tego wiersza z pezemila dedykacja od Autorki ”aleksandrynow” jak zaczelismy miedzy soba zartobliwie nazywac ten wiersz. Stalo sie to dokladnie w czasie, kiedy Kinga przyjechala ze swojego malegi miasteczka w Niemczech do mnie, jak zawsze gdy ”chciala sie przewietrzyc” i odpoczac od Rodziny i poodychac atmosfera wielkiej metropolii. . . Obalilysmy z radosci dwie butelki wina w jeden dzien, choc prawde powiedziawszy nigdy nie potrzebowalysmy specjalnej okazji aby sie nacieszyc swoim towarzystwem.
A wiersz, a raczej nasze wspolne dzielo tlumackie? Oto ono:

Pieśń ku chwale dnia

Co dzień jesteśmy zajęci własnymi sprawami,
mijamy się w przelocie, patrząc na siebie lub nie,
gotowi się odezwać albo już mówiący.

Dokoła nas jest hałas. Wszystko wokół
to hałas, chaszcze, ciernie i zgiełk, każdy
z naszych przodków obecny na naszych językach.

Ktoś ślęczy nad obrąbkiem, ktoś ceruje
dziurę w mundurze, zakłada łatę na oponę,
naprawia, co wymaga naprawienia.

Ktoś gdzieś próbuje wygrywać melodię,
parą drewnianych łyżek o beczkę, o blachę,
słychać wiolę i bumboks, organki i głos.

Kobieta z synem czeka na autobus.
Farmer bacznie przygląda się zmianom na niebie.
Nauczycielka mówi: ”Weźcie pióra. Piszcie.”

Spotykamy się w słowach. Różnych słowach,
kolczastych, gładkich, szeptanych, głoszonych;
słowach do namyślenia, przemyślenia.

Przecinamy polne drogi i autostrady,
te znaki woli kogoś, po nim jeszcze kogoś,
kto rzekł: ”chcę sprawdzić, co jest tam, po drugiej stronie,

wiem, że idąc tą drogą znajdę coś lepszego.”
Jest w nas potrzeba miejsca, które jest bezpieczne.
Wybieramy to, które jeszcze niewidoczne.

Powiedz prosto: dla tego dnia umarło wielu.
Opiewaj imiona zmarłych, co nas tu przywiedli,
tych, którzy kładli tory, budowali mosty,

zbierali z cudzych pól bawełnę i sałatę,
wznieśli cegła po cegle połyskliwe gmachy,
żeby sprzątać je potem i pracować w ich wnętrzach.

Chwal pieśnią te zmagania, chwal pieśnią ten dzień.
Chwal pieśnią każdy ręcznie napisany znak,
stroskane rachowanie przy kuchennych stołach.

Jedni żyją miłując bliźnich jak siebie samego.
Inni po pierwsze nie szkodząc, nie biorąc więcej niż trzeba.
A co, jeśli największym ze wszystkich słów jest miłość?

Miłość ponad małżeństwem, rodziną, narodem.
Miłość, co rzuca szerszy i szerszy krąg światła.
Miłość, co nie wyklucza, nie boi się skargi.

Dzisiaj, w tym ostrym blasku, w zimowym powietrzu,
wszystko możemy zrobić, każde zdanie zacząć.
Na krawędzi, na brzegu, na progu,

chwalmy pieśnią idących w stronę tego światła.

I takie bylo nasze ”spotkanie w slowach”

No comments yet... Be the first to leave a reply!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: