Papiery

Ludwik Janion

Mieszka w Warszawie. Autor opowiadań, poezji, książek dla dzieci także publicystyka i krytyka literacka. Z ważniejszych: powieść „Zwijanie świata ”słowo/obraz terytoria” 2007, dwa tomy „Antologii poezji – Cogito”, antologie poezji młodych autorów: „Zanim wypełni się wiek” i „Dziesięć razy rok”. Poezje publikuje w „Twórczości”, „Toposie”, „Odrze”, w przeszłości także w „Literaturze”, „Fantastyce”, „Nowej Okolicy Poetów”, „Kresach”, „Akcencie” i in. Współpracował z wieloma pismami, od „Szachów” poczynając, na „Kocich Sprawach” kończąc. Od 20 lat prowadzi w pismach „Cogito” i „Victor” działy poświęcone twórczości młodych autorów. W drugim programie Polskiego Radia przez dwa lata prowadził audycję: „Czas na debiut”. Autor słuchowisk radiowych dla dzieci, a także czterech części cieszącej się powodzeniem książki dla dzieci „Adaś i Słoń’, ponadto: „Paca i podróż dookoła świata” oraz zbiór wierszy ilustrujących arcydzieła światowego malarstwa: „Siła wyobraźni”. W latach 2010 – 2015 ghostwriter w Kancelarii Prezydenta Bronisława Komorowskiego.  Eksszachista, belfer, radiowiec, scenarzysta… Ma sławną ciotkę i trzy córki.


 

Taki tekst wybrałem z powieści *(dość nietypowej) „Zwijanie świata”, którą wydałem w slowo/obraz terytoria w 2008 roku.
To nie jest tekst odsłaniajacy jakieś prawdy, to jest tekst o przebijaniu się historii, czy ktoś tego chce, czy nie…
O odgłosach…

 


– Zbierasz te papiery. Coś piszesz. A po co piszesz?

Kura łazi po podwórku, a on pyta. Łazi kura, nóżką grzebie. (A koń jego wedle niego, nóżką grzebie, żałuje go.)

– Żeby było tak ładnie, jak w operze.

– Ciągle siedzisz w tych papierach? Do ludzi nie wyjdziesz, tylko w te papiery patrzysz.

Kura wydziobuje kawałek flaka z kości dla Żuka. Patrzy to lewym, to prawym okiem, bo oboma na raz nie może.

– A co mam robić? Płacą mi za to, marnie bo marnie, ale płacą!

 

– A ja znałem takiego, co mu płacili za śmierć!

– Pieprzysz, Wasia, nikomu za śmierć nie płacą, nie ma takiej ceny i za darmo sobie umrzemy. Pozbierają nasze kości, do Buga wrzucą, rybki je zeżrą, potem wydalą i tak wrócimy do natury.

– A ja tu takiego znałem, on za cudzą śmierć brał. Sam nie zabił, tylko do śmierci prowadził. Powiesił się. Ale mówił tak: Za człowieka miałem kilo cukru i to, co on miał!

– Ględzisz, Wasia, za caratu za powstańca, w sześćdziesiątym trzecim, dawali, po rublu i kilo cukru, ale nie potem! A tamten już nie taki głupi, żeby tobie o tym mówić.

– A ja go znałem! A ludzie wiedzieli! – Wasia krzyczy. – On chodził i patrzył na nas, a buty na skórze miał!

– Ty byś chciał, żebym ja to napisał. Ale gdzie tu prawda. Gdzie prawda – o skórze, o butach? Zresztą, jak ty się, Wasia, skaleczysz, to mnie palec nie boli.

 

Nie idzie mi porządkowanie notatek, gubię się, są nabazgrane, samemu nie mogę ich odczytać. Więc jeszcze raz:

– Ciała rwą się przy wyciąganiu z grobu. (Nie z grobu tylko z dołu. To może nie jest dokładnie tak. Jakieś bydlę potem powie, że to nie tak.) Więc ja to tylko tak pamiętam, że ciało, jak je weźmiesz za ręce, to ręka się odrywa, odlatuje głowa, zastaje korpus. A co z tego nie spali się  po raz pierwszy, to spali się po raz drugi i po raz trzeci. I będzie worek na popiół. I będzie rzeka, w którą wysypie się ten worek. – Nie wiem, po co i który raz przepisuję to samo.

– A ja go znałem, był w milicji, a potem dyrektorem go zrobili!

– No co ty go znałeś? ty tu mądralo. Ty tu od Sobiboru pięćdziesiąt kilometrów, a potem do Bełżca to ze sto dwadzieścia i do Majdanka z osiemdziesiąt pięć. Ty tu od Małkini ze sto pięćdziesiąt, a stamtąd do Jedwabnego z siedemdziesiąt, ale jakby stąd na skróty, to by było ze sto osiemdziesiąt. Takiś mądry, boś ty tu po środku. Bo do Jedwabnego u góry masz tyle, co do Bełżca u dołu. Choć w prostej drodze inaczej, a po torach kolejowych inaczej. A myślisz, że ja tego nie policzyłem? Ja siedzę i liczę. Liczę zakiszone ogórki, dzięcioły i kilometry do Sobiboru, do Bełżca, do Orchówka, od wszystkich innych stacji ile. Ja liczę od stacji do stacji, od mapy do mapy, od siebie, od Buga, od kurwy nędzy!

 

– A ty nikogo, Wasia, nie zabiłeś?

– A nikogo, bo ja urodzony po wojnie. Nikogo, choć należałoby się. Nie zabiłem!

– A wiesz, Wasia, że ojciec mój, jak był mały, to przyrodą się zajmował, bardzo lubił ptaki i w ogóle zwierzęta i dlatego potem został profesorem od ptaków, ale jak chodził z siostrą na targ, to mówił po białorusku, bo wtedy taniej było i mówił mi, że to nie mogło tak być, żeby ktoś Żyda czy Biełarusa czy Rusina obraził, bo to jeden naród był. Ty wiesz, Wasia, że ja w kamieniu bym to wyrył!

-A ty wiesz, że mój tata pierwej po naszemu mówił, jak po innemu, że jak go do wojska brali, to matkę ucałował i kamień w polu naznaczył, że jak mu śmierć przyjdzie, to chciałby tu, pod tym kamieniem, a profesorem od kamieni nie został. Ja zostanę! Wszystkie kamienie obejdę i naznaczę!

 

– A chudy Wasia jesteś, i że kogo ty tym chudym brzuchem byś zabił?

– A tego, co za ludzi brał. A ty myślisz, że on się wtedy powiesił! Chuj! On najpierw dyrektorem był! Dyrektorem! Rozumiesz!

A nas wywlekli, nas wywieźli. Dwie godziny nam dali, dwie walizki pozwolili wziąć i powieźli w bydlęcych wagonach, gdzieś pod Szczecin, pod Łobez. Gdzie wszystkie domy z czerwonej cegły, okradzione. Gdzie pusto i nikt, i nikomu drogi nie pokazał.

Jutro wezmę Jot i córki i pojedziemy do miasteczka, na kirkut, bo jest w przewodniku, czyli jest. Pojedziemy, znajdziemy. Idź już Wasia. Jutro pojadę na kirkut i ty mnie o tym bandycie więcej nie mów. Zobaczymy kirkut, tomby cmentarne, zobaczymy krawców, szewców i profesorów, zobaczymy las padającego kamienia, będziemy odczytywać napisy, jak w Warszawie, może Hirsch, może Jeleń.

 

Jot nachyla się, dotyka rękami trawy, nie poprawia koszuli, torebki. – To tu? – Chyba nie tu. Tu jest boisko. – Tu jest trawa! – Trawa, to tu, ale tu jest boisko, trawa, i nic tu nie ma. – Ale jest w przewodniku, że jest! – W przewodniku jest, ale tu nic ma. Bo tu śladu nie ma. – Czego nie ma? – Niczego nie ma! – Czego my szukamy? – Tylko trawa  – To czego szukamy?

 

– Córki się nudzą.

– To jedziemy.

– To jedziemy!

– To wracamy.

 

– Dokąd?

No comments yet... Be the first to leave a reply!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: