Podstęp

 

Zenon Rogala

Zawsze o tej porze zaczynam odczuwać jakieś dziwne podniecenie. Udaję, że niby właściwie wszystko jest w porządku, że niby jestem na wszystko przygotowany, ale przecież dokładnie wiem, że najgorsze jest to czekanie i ta niepewność, której do tej pory nie miałem. Przyjdzie, nie przyjdzie. Wiem, że przyjdzie, bo przecież co rok przychodzi, ale dla niej jest najważniejsze żeby przyjść podstępnie i niespodziewanie i mieć satysfakcję, że mnie zaskoczyła. Wystarczy jej, że coś odwróci moją uwagę, więc czeka, żeby kiedy choć na chwilę zamknę oczy, aby mogła specjalnie cichutko i potajemnie zasypać wszystko jak popadnie. Mam w zanadrzu wiele wariantów o jakiej porze się jej spodziewać. Nie śpię już drugą noc, bo właśnie teraz spodziewam się frontalnego ataku. Zwykle z natury podstępna, bardzo liczy na efekt zaskoczenia. Stawia bezwzględnie świat wobec faktów dokonanych. Kompletnie nie wzrusza jej sytuacja i losy dzieci w wózkach i tych idących poboczami wiejskich dróg, tych czekających na wszelkich przystankach, tych co nie mają, lub zapomnieli wziąć rękawiczek, tych co spóźnili się na autobus. Po prostu bez zapowiedzi bierze w jasyr cały teren i żadna siła nie jest w stanie jej przeszkodzić. Postawi na swoim i co jej zrobisz? Nic jej nie zrobisz.
W dodatku ma swoich pobratymców, którzy chcąc się jej przypodobać pokazują co potrafią. Ot, weźmy choćby taki wiatr. Tylko żeby mnie zmęczyć i odwrócić moją uwagę od sedna problemu, taki zuchwały wiatr pozwala sobie na świadome igranie, i nawet na naigrawanie z mojego stanu oczekiwania. Wie jaki jestem napięty i podenerwowany, ale też wie jak uśpić moją czujność. Wczoraj na ten przykład, ledwo wyszedłem przed dom, on natychmiast rzuca się do dokonywania ostatnich porządków. Natychmiast podrywa resztki zeschłych liści i dawaj wirować nimi od narożnika pod schodami, wzdłuż tej ściany co prowadzi prosto do garażu. Jak tylko wydało mi się, że zostawi wreszcie w spokoju tę garstkę liści, to on nie, znów przegania je pod schody domu. I ledwo kiedy chwilę odpoczną w tym zakamarku, i kiedy już się zdaje, że tam je zostawi, aby przykrył je ten biały puchowy tren on, ten roztańczony wiatr znów sobie o nich przypomina i dalej zaprasza je do tego obłąkanego tańca. Wiruje z nimi i pokazuje jaką to on ma siłę, jaki to on tancerz zapamiętały. A liście nic a nic nie są w stanie zaprotestować. Bezwolnie zmuszone do tego bezustannego wirowania są igraszką dla tego zuchwalca. On działa celowo i tylko czeka, żeby wyprowadzić mnie z równowagi, bo wtedy liczy na pochwałę od swojej pani. Wie lizus paskudny, że porywy wiatrowe są tylko pozorną gwarancją, aby nastał jej pozorny porządek, bo wszystkim jest wiadomo, że jak już przyjdzie królewna, to wszędzie musi być biało bielusieńko.
Zachodzę też w głowę jak ona to załatwiła, że nawet słońce podporządkowała swoim kaprysom. Przecież tuż przed jej przyjściem to, wydawałoby się wielkie i wszechwładne słońce również nie wiadomo czym przekupione coraz częściej i coraz wcześniej kończy swoją świetlistą posługę i chowa się wstydliwie za horyzontem często nawet w ciągu dnia. Może też wykończone letnimi upałami samo już jest tak zmęczone, że potrzebuje więcej czasu na odpoczynek. Przez to noc staje się dłuższa i słonko może się gdzieś za horyzontem wylegiwać do woli. I właśnie tę jego chwilową słabość wykorzystuje ta kapryśna pannica. Bezwzględnie obchodzi krainę w swoim białym welonie i gdzie tylko dostrzeże zakamarki letniego nieporządku, zamiata je pod swój biały dywan.
Owszem, dla sprawiedliwości trzeba też powiedzieć, że niekiedy trochę radości daje. Zwłaszcza dzieciom, co na jej cześć pomniki białych czcicieli w całym kraju stawiają. Kule śniegowe wprędce toczą, jedną mniejszą, na drugą większą postawią, ziemniaczane oczy i marchew zamiast prawdziwego nosa wcisną, miotłą jak na ironię do boku wbiją i takich to czcicieli ma ta królewna. Nawet podobno niektórzy poeci jakieś wiersze i panegiryki na jej cześć piszą, a inni jacyś z bożej łaski kompozytorzy, melodie do tych słów układają. Trudno więc się dziwić, że jedynymi czcicielami, rozstawianymi po całej krainie są białe śniegowe bałwany.
Lecz, cóż to… proszę… tego już za wiele, ledwo dociągnąłem do tej kropki, a teraz widzę za oknem, że kolejny raz dałem się podstępnie podejść. Wszędzie jest biało bielusieńko.

Wszystkie opowiadania Zenona Rogali

TUTAJ

No comments yet... Be the first to leave a reply!

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

%d bloggers like this: