Uncategorized

Eugenia Pol, strażniczka obozu koncentracyjnego dla dzieci w Łodzi: Biłam je zbyt słabo


Eugenia Pol przez 25 lat unikała odpowiedzialności za bycie wachmanką w łódzkim obozie koncentracyjnym dla dzieci. Do końca utrzymywała, że jest niewinna. Tutaj na zdjęciu z dziećmi w filii obozu w Dzierżązni pod Zgierzem

Eugenia Pol przez 25 lat unikała odpowiedzialności za bycie wachmanką w łódzkim obozie koncentracyjnym dla dzieci. Do końca utrzymywała, że jest niewinna. Tutaj na zdjęciu z dziećmi w filii obozu w Dzierżązni pod Zgierzem (IPN)

Zaprzyjaźniłyśmy się. Była miła, dostępna, wesoła. Mówiła przez sen. Energicznie, ale trudno było ją zrozumieć. Poza jednym: „Weź ten pejcz”.

Przez dwadzieścia lat nikt nie interesował się Polen-Jugendverwahrlager der Sicherheitspolizei in Litzmannstadt, zatem Eugenia Pol mogła czuć się bezpieczna. „Gdybym miała coś na sumieniu, to nie zostałabym w Łodzi, a ja cały czas byłam na miejscu, nie ukrywałam się” – zeznała.

W 1965 roku Wiesław Jażdżyński wydał „Reportaż z pustego pola”. Zawiera przekłamania. Eugenię Pol nazywa w nim obozową kucharką. Wachmanka czytała „Reportaż…”, ale nie zaprotestowała, gdy zauważyła, że autor nazwał ją kucharką. Na tym etapie życia swoją pracę w obozie przy Przemysłowej określała jako hańbę. Zaraz jednak dodawała, że trafiła tam „nie z własnej winy” i „nie z własnej winy” podpisała folkslistę.

W tym samym 1965 roku po raz pierwszy rozpoczęto prace badawcze nad obozem, poszukiwanie dokumentów i zbieranie relacji oraz wspomnień. Komisja Badania Zbrodni Hitlerowskich zorganizowała przesłuchania sądowe. Dla Eugenii Pol był to także przełomowy rok: wstąpiła do ZBoWiD-u i oficjalnie zaczęła byłym więźniom Polen-Jugendverwahrlager der Sicherheitspolizei in Litzmannstadt wystawiać zaświadczenia potwierdzające pobyt w obozie. W zeznaniach przyznaje, że „sprawą obozu zainteresował się ZBoWiD”. „Nosiłam zdjęcia do ZBoWiD-u, mówiłam nazwiska tych, co byli na zdjęciach”.

Do 1966 roku były więzień Józef Witkowski vel Józef Gacek, podporucznik Służby Bezpieczeństwa, nie wracał do tematyki obozowej, aż przeczytał „Reportaż z pustego pola” Jażdżyńskiego. „Wyczytałem rzeczy wprost nieprawdopodobne, że Pol była dobrą Polką” – nie kryje oburzenia. Zaczął analizować dokumenty niemieckie, przesłuchania, notował wspomnienia i relacje ocalonych i wszystkich tych, którzy w jakikolwiek sposób zetknęli się z tym piekłem. Protestował przeciwko używaniu wobec Polen-Jugendverwahrlager określeń „obóz karny” lub „obóz pracy”. Jednoznacznie opowiadał się za obozem koncentracyjnym. Argumentował, że dzieciobójcy w mundurach SS-manów i ich pomocnicy zmuszali nawet sześcio-, ośmioletnie dzieci do „niewolniczej, ponad siły – morderczej pracy, a wówczas praca stawała się metodą unicestwienia dzieci i dlatego nadawała charakter pracy w obozie koncentracyjnym”. Powoływał się na zeznania współwięźniów, którzy byli w innych obozach – na przykład w Mysłowicach – i obóz ten „wspominali jako lżejszy niż w Łodzi”. Zauważał: „Jak mi wiadomo, SS-manka Pohl chodzi spokojnie po Łodzi jak zbrodniarka w NRF – to musi oburzać”. Oburzające jego zdaniem jest również gloryfikowanie w „Reportażu z pustego pola” Jażdżyńskiego personelu polskiego. „To również jest profanacja dla uśmierconych i obelga dla żyjących dzieci”.

Po nikczemnym marcu 1968 roku środowisko władzy skoncentrowane wokół Mieczysława Moczara nagłośniło niemieckie zbrodnie w Polen-Jugendverwahrlager der Sicherheitspolizei in Litzmannstadt w kontrze do cierpienia ofiar żydowskiego getta. Wydano w Łodzi wspomnienia byłego więźnia Tadeusza Raźniewskiego „Chcę żyć”. Na ich motywach Zbigniew Chmielewski zrealizował czarno-biały film „Twarz anioła” z Wojciechem Pszoniakiem i Leonem Niemczykiem. Autorami scenariusza byli Zbigniew Chmielewski i Stanisław Loth. Dialogi napisał poeta Stanisław Grochowiak.

Wymiar sprawiedliwości dopadł ją w 1970 roku. To, że mieszka w Łodzi, ustaliła Okręgowa Komisja Badania Zbrodni Hitlerowskich, która śledztwo w sprawie Pol wszczęła w lipcu tego roku. Podobno ktoś rozpoznał ją na sali sądowej podczas procesu jednego ze zbrodniarzy wojennych. Przyszła się mu przysłuchiwać. Jedna z łódzkich gazet donosiła, że Pol została „rozpoznana przypadkowo przez byłe więźniarki tego obozu”.

Jeszcze prokurator nie podpisał aktu oskarżenia, kiedy 6 września 1971 roku w „Ilustrowanym Kurierze Polskim” ukazała się informacja pod jednoznacznym tytułem „Dozorczyni hitlerowskiego obozu odpowie przed sądem w Łodzi za zamordowanie 6 dzieci”. „Eugenia Pohl odpowiadać będzie przed Sądem Wojewódzkim w Łodzi na mocy dekretu z 31 sierpnia 1944 r. o wymiarze kary dla faszystowsko-hitlerowskich zbrodniarzy winnych zabójstw i znęcania się nad ludnością cywilną i jeńcami oraz dla zdrajców narodu polskiego” – puentował autor artykułu.

Akt oskarżenia nosi datę 15 września 1971 roku. W tym dniu został skierowany do sądu wojewódzkiego. Oczywiście „zarzucał oskarżonej udział w sześciu zabójstwach nieletnich więźniarek”.

Oskarżona: Eugenia Pol. Córka: Jana i Janiny z d. Wróblewskiej. Urodzona: 23 lutego 1923 roku w Ozorkowie. Pochodzenie: robotnicze. Obywatelstwo i narodowość: polska. Wykształcenie: 7 klas szkoły podstawowej. Z zawodu intendentka. Ostatnio zatrudniona w Zakładach Przemysłu Bawełnianego im. Armii Ludowej w Łodzi. Panna. Bezdzietna. Bez majątku. Niekarana.

Prokurator zarzuca jej, że „brała udział wraz z Sydonią Bayer i innymi członkami załogi tegoż obozu w eksterminacji dzieci polskich przebywających w obozie, dopuszczając się przy tym do bestialskich zabójstw tychże nieletnich więźniów”.

Konkretnie, że w maju 1943 roku, „idąc na rękę władzy hitlerowskiego państwa niemieckiego, dopuściła się do zabójstwa nieletniej więźniarki Urszuli Kaczmarek”. W jaki sposób? „Pobitej uprzednio przez nią, wycieńczonej i okaleczonej Urszuli Kaczmarek wetknęła kilkakrotnie w ranę w okolicę prawej pachwiny pejcz, jaki używała do bicia dzieci, jątrząc nim ranę i naruszając narządy wewnętrzne, w wyniku czego pogorszyła i tak już ciężki stan jej zdrowia i przyspieszyła jej zgon”.

Że na przełomie zimy względnie wiosną 1944 roku „wspólnie z Sydonią Bayer” „spowodowała śmierć nieletniej więźniarki o nazwisku Jakubowska”. Jak? „Po uprzednim wielokrotnym i długotrwałym biciu jej chorą i wycieńczoną wyciągnęła z Izby Chorych na dziedziniec obozu, bijąc ją pejczem i kopiąc do utraty przytomności, a następnie po polaniu jej wodą pozostawiła bez pomocy na mrozie, zabraniając równocześnie udzielenia jej pomocy przez więźniów obozu, w wyniku czego doprowadziła do śmierci Jakubowskiej, która zmarła na skutek zamarznięcia jak i doznanych obrażeń”.

Że zimą 1944 roku „wspólnie z nadzorczynią Linke i przy udziale Sydonii Bayer” „spowodowała śmierć nieletniej więźniarki o imieniu Teresa o nieustalonym w toku śledztwa nazwisku”. W jaki sposób? „Po uprzednim pobiciu na terenie Izby Chorych (…) poleciła (…) więźniarkom wynieść ją na dziedziniec obozu, nakłaniając biciem do obłożenia chorej i nieprzytomnej Teresy śniegiem, a następnie do polewania jej wodą”. W rezultacie „spowodowała śmierć tej więźniarki przez zamarznięcie”.

Że w 1944 roku „na terenie pralni obozu w Łodzi dopuściła się zabójstwa nieletniej więźniarki o nieustalonym w śledztwie imieniu i nazwisku”. Jak? „Pod pretekstem, iż bielizna obozowa oraz kocioł, w którym prano bieliznę, są brudne, pobiła najpierw do utraty przytomności tę więźniarkę jako odpowiedzialną za czystość tegoż kotła, a następnie nieprzytomną kopała tak długo, aż spowodowała jej śmierć”.

W latach 1942-1944 „dopuściła się zabójstwa nieletniej więźniarki o nieustalonym w śledztwie imieniu i nazwisku”. W jaki sposób? „Przy naprawianiu i urządzaniu dróg obozowych, polegających na ciągnięciu przez nieletnie więźniarki walca do ubijania gruntu, pobiła wspomnianą wyżej więźniarkę, która ze zmęczenia i wyczerpania upadła podczas ciągnienia tegoż walca, a następnie nieprzytomną więźniarkę poleciła innym więźniarkom uwolnić z zaprzęgu i położyć na skraju drogi, gdzie dalej biła ją pejczem i kopała po głowie, brzuchu i innych częściach ciała, w wyniku czego spowodowała śmierć tej więźniarki”.

Jesienią 1944 roku w filii łódzkiego obozu w Dzierżąznej „dopuściła się zabójstwa nieletniej więźniarki narodowości czeskiej o nazwisku Nowaczkowa”. Jak? „Za odmowę wejścia do stawu, z którego spuszczono uprzednio wodę, w celu wyłowienia z niego rękoma ryb pobiła ją najpierw do utraty przytomności na moście znajdującym się obok młyna, a następnie nieprzytomną zepchnęła nogą z tegoż mostu na kamienie położone w korycie rzeki, w wyniku czego Nowaczkowa (…) poniosła śmierć”.

W pierwszym akcie oskarżenia prokurator Zbigniew Piechota stawiał wachmance jako główny zarzut zabójstwa sześciu więźniarek w latach 1943-1944. Pol groziła za to kara śmierci. Po śledztwie uzupełniającym – w drugim akcie oskarżenia – była już mowa o „braniu przez oskarżoną udziału w zabójstwach czterech więźniarek”. Uwolniono ją między innymi od zarzutu zabójstwa w Dzierżąznej Czeszki Novaczkowej.

Drugi akt oskarżenia wpłynął do sądu 14 listopada 1973 roku, a ponowny proces rozpoczął się 12 marca 1974 roku. W sumie (wraz z poprzednim procesem) przesłuchano siedemdziesiąt siedem osób. 2 kwietnia 1974 roku Sąd Wojewódzki w Łodzi skazał Eugenię Pol vel Genowefę Pohl na dwadzieścia pięć lat więzienia. Karę odbywała od maja w bydgoskim więzieniu w Fordonie. Po rewizji w styczniu 1976 roku Sąd Najwyższy utrzymał wyrok w mocy. Udowodniono jej okrutne dręczenie i znęcanie się nad więźniami, ale nie znaleziono dowodów na jej bezpośredni udział w morderstwach.

Eugenia Pol: „Nie przyznaję się do winy. Tego nie zrobiłam. Wszystko, co jest w zarzutach, nie polega na prawdzie. Pracując w obozie w Łodzi, nigdy nikogo nie zabiłam i nad nikim się nie znęcałam. Powtarzam to i będę powtarzała ciągle, gdyż tylko to, co ja mówię, polega na prawdzie. Wszyscy świadkowie bezczelnie kłamią, chcą się na mnie zemścić za to, że byli w obozie.

Przyznaję tylko, że czasami biłam dzieci na apelach za różne przewinienia, ale czyniłam to lekko. W takich przypadkach nie ja decydowałam o tym, jaką karę ma otrzymać dziecko, a tylko Bayerowa. Kiedy otrzymałam od Bayerowej polecenie wymierzenia kary, musiałam bić dziecko, jednakże biłam lekko, żeby nie zrobić krzywdy i sprawić mu jak najmniej bólu”.

„Każda miała karę, ale ja się umówiłam, żeby każda miała poduszkę i żeby mocno krzyczała. Kazałam wodą z balii natrzeć twarz i dziewczynki mi po tym bardzo dziękowały”.

„Nie są mi znane jakiekolwiek przypadki śmierci w obozie dziewczynek z wyjątkiem Kaczmarek. Zmarła na zapalenie płuc. Tak mi mówiła Bajerowa”.

„Byłam w obozie dobra dla dzieci i pomagałam im, jak mogłam. Niejednokrotnie osłaniałam je przed karami, o czym może nawet same nie wiedziały i nie wiedzą do dnia dzisiejszego. Mówię prawdę, a kłamią wszyscy świadkowie. Zeznania niektórych z nich są absolutną fantazją. Wmawiają mi czyny, o jakich mówili na rozprawie”.

„Mówię przed sądem jak męczennik. Gdybym miała na sercu takie winy, tobym żyć nie mogła, boby za mną chodziły cienie. Przysięgam, bo nie zrobiłam tego. Nikogo nie zabiłam i nie znęcałam się nad nikim”.

Prawdą jest, że w obozie panowały bardzo złe warunki. Że był głód i dzieci były bite i prześladowane. Że nie było lekarstw i więźniowie chorowali. „Ale zupełnym kłamstwem jest, że ja zabijałam dzieci, uderzając je cegłą w głowę czy też topiąc je w beczce z wodą. Absolutnym kłamstwem jest też i to, że ja dłubałam dzieciom kijem w ranach albo że polewałam je wodą i zamrażałam”.

„Nigdy nie pozbawiałam dzieci posiłków, ponieważ i tak były one skąpe i dzieci chodziły zawsze głodne. Nie miałabym sumienia pozbawić ich skromnych posiłków, ograniczać je”.

„Nigdy nie zamykałam dzieci w karcu, nie stosowałam tego rodzaju kar”.

„Bayerowa widząc, jak biję dziecko, najczęściej wyrywała mi z ręki bat, denerwowała się na mnie, że biję zbyt słabo. Była to bardzo zła kobieta. Biła mocno dzieci, ale nigdy nie widziałam, aby zabiła albo aby dziecko umarło po takim pobiciu. Nie są mi znane żadne przypadki śmierci w obozie z wyjątkiem dziewczynki o nazwisku Kaczmarek. Zmarła na zapalenie płuc”.

Henryka Sikora, rocznik 1936:

– W głowie się nie mieści, co ona z dziećmi wyprawiała. Wstrząśnięta jestem. Ona ze mną mieszkała w jednym pokoju. Tylko ja i ona. Nie dałabym wiary, nikt na oddziale nie uwierzyłby, że ona takim tyranem mogła być dla tych dzieci. Pokazywałam pielęgniarkom artykuły w gazetach. Nie mogły uwierzyć.

– Nie przyznawała się do tego?

– Skąd! Absolutnie. Nic nie mówiła, gdzie była za Niemców i co robiła. Przyszła w 2001 roku. W 2003 uległa wypadkowi. Do sklepiku podjechał samochód dostawczy. Ona podeszła. Kierowca cofał i ją uderzył. Zmarła w szpitalu na obrzęk mózgu.

Zaprzyjaźniłyśmy się. Żyłyśmy w zgodzie. Była miła, dostępna, wesoła, lubiana przez personel. Chętnie mówiła tylko o swoim bracie, o Mieciu, który już nie żył. Nic natomiast nie chciała mówić ani o rodzicach, ani o wojnie. W sprawach prywatnych była bardzo skryta. Tajemnicza. Zamknięta w sobie. Nie operowała żadnymi nazwiskami.

Ja lubię robić na drutach, a ona tylko spacerowała. Sama. Tam i z powrotem. Tam i z powrotem. Z rękami założonymi do tyłu. Wyprostowana. Po żołniersku. Jakby na baczność. Wszędzie sama. Miewała urojenia, zwykle w nocy, ale także i w dzień. Coś jej się przestawiało. Widziała łęty, łodygi kartoflane. Budziła się w nocy. Mówiła przez sen. Energicznie, ale trudno było ją zrozumieć. Poza jednym: „Weź ten pejcz”. Pamiętam dokładnie.

Błażej Torański

Eugenia Pol, strażniczka obozu koncentracyjnego dla dzieci w Łodzi: Biłam je zbyt słabo

Kategorie: Uncategorized

Leave a Reply

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.