Uncategorized

Kulmowie


Jakub Kopec

Między nami samobójcami 

  Trudno wymyślić bardziej idiotyczne i silniej kompromitujące samobójstwo, niźli to, które usiłowałem popełnić przy pomocy pistoletu RECK  w wersji gazowej, z prawdziwą ostrą amunicją kalibru 8 mm w magazynku. Kara dwu lat więzienia (w zawiasach), wymierzona  przez sąd rejonowy dla gminy Bielany, po prostu należała mi się jak psu kość. Kupując RECK-a na wojence o Kosowo, gdzie znalazłem się jako korespondent postkomunistycznej „Trybuny”, popełniłem niewybaczalny grzech przeciw zasadzie, że sanitariusze, dziennikarze i kapelani mają na wojenkach prawo do wdziewania nieoznakowanego munduru i zakaz noszenia broni palnej. Jedno co mnie w tej sytuacji usprawiedliwia, to fakt, że nieudane samobójstwo popełniłem w stanie wskazującym na spożycie alkoholu.

    Co usprawiedliwia  kompletnie trzeźwego Jana Kulmę , który popełnił próbę  „samobójstwa poszerzonego” o świeżo zaślubioną Joannę Kuilmową, z domu Cichocką? Kodeks karny przewiduje do pięciu lat więzienia za umyślne sprowadzenie zagrożenia utraty zdrowia lub  życia małżonki na  zamkniętym dla osób niepowołanych torze saneczkowym w Krynicy-Zdroju. Akt oskarżenia dla tego morderstwa w afekcie miłosnym Jan Kulma sporządził sam dla siebie i tonem przechwałki podał go do publicznej wiadomości w „Dykteryjkach przedśmiertnych”(Wyd. JJK, Warszawa 2014)

      W sierpniu 2006 roku, kiedy Jan podjął kolejną próbę samobójstwa, tym razem już indywidualnie i przez odmowę przyjmowania posiłków, asystowałem Joannie w czynnościach opiekuńczych . Gdy czuwałem przy łóżku umierającego,  miałem czas na lekturę książek , które znalazły się pod ręka. I tak przeczytałem od początku do końca osiemdziesięcio stronicową rozprawę filozoficzną Mistrza Jana, dzieło, o którym sam profesor Adam Schaff, dyrektor Instytutu Filozofii i Socjologii PAN wydał opinię, że jest to „pozycja ciekawa”.

    Jeżeli naukowa praca filozoficzna z dziedziny etyki, autorstwa mistrza Jana,  w roku 2003 nosiła tytuł „Poszukiwanie prawdziwej etyki metodą suplementarną”, a w Wikipedii  wymieniona jest w spisie jego dzieł  jako „Poszukiwanie prawdziwej etyki za pomocą rachunku zespolonego”, być może jeszcze nie świadczy to o  niezdecydowaniu robotnika nauki, jakim sposobem zabrać się do dzieła, ale z pewnością dowodzi nieustającego poszukiwania metodologii na oszołomienie i wzbudzenie możliwie jak największego podziwu takich jak ja profanów.

    Dzieło Kulmy o etyce prawdziwej napisane jest językiem i symbolami logiki formalnej, przeto jest dla mnie tak niedostępne i niepojęte, jak zapis nutowy toccaty i fugi d-mol Jana Sebastiana. Ale jeśli tylko mam taką potrzebę, wrzucam odpowiedni winyl na talerz starożytnego „Fonomastera” i słucham Bacha z uwielbieniem i chyba ze zrozumieniem.

    Niezmiernie słabo poruszam się po obszarach historii filozofii, dlatego „nie wątpienie, jako naczelną wartość życia” odnajduję jedynie u Jana Kulmy i u Kierkegaarda w eseju „Bojaźń i drżenie”, gdzie biblijny Abraham, wsłuchany w głos płynący wprost z Nieba, bezrefleksyjnie sięga po nóż, żeby w myśl boskiego nakazu złożyć bóstwu śmiertelną ofiarę z własnego pierworodnego.

    Och, wdrapałem się już stanowczo za wysoko, na jakieś niewyobrażalne szczyty myślenia abstrakcyjnego, gdy pewnie stąpam jedynie po wybetonowanej lub wyasfaltowanej ziemi. Zapewne Jan Kulma doznał jakiejś iluminacji, kiedy tuż po ślubie z Joanną z domu Cichocką, składanym przed funkcjonariuszem urzędu stanu cywilnego, poddał się wraz ze swoją wybranką próbie ostatecznej. I jak spolegliwy Abraham, który podniósł już rękę z nożem nad głową syna pierworodnego, tak Jan ze swoją piękną narzeczoną nocną zimową porą wybrali się na szczyt Góry Parkowej w Krynicy, żeby zamkniętym o tej porze torem saneczkowym na sankach typu „Davos” w szaleńczym pędzie zjechać na dół.

   Już samo nocne wspinanie się wąską, kamienistą i nieoświetloną ścieżyną, stanowi wielkie wyzwanie dla piechura. Nocny zjazd jest niemal tak ryzykowny jak skok w przepaść bez spadochronu , lecz z nadzieją, że Anioł Stróż w ostatniej chwili ułapi człowieka za kołnierz i przytrzyma przed uderzeniem w glebę. Rozumiem i wyczuwam jankowy „imaginarius”, bo liczba „i” równa pierwiastkowi z „liczby minus jeden”, jest w tym miejscu doskonale absurdalna, jako że minus jeden podniesione do kwadratu daje zawsze plus jeden, a nie minus jeden. Tyle Jan zdołał mi wytłumaczyć. Ale dlaczego z tego powodu mam jakowąś rzecz niepojętą i niepoznawalną uznawać akurat za Boga rzymskokatolickego, tego już mi nie objaśnił. Dla jakiej ważnej przyczyny Jan poddał saneczkarskiej próbie  ostatecznej siebie samego? Jaki diabelski podszept nakazał mu, początkującemu reżyserowi warszawskich teatrów muzycznych i lalkowych, wziąć ze sobą w drogę do Nieba bogu ducha winną Joannę, debiutującą aktorkę  teatru dramatycznego?

    Musiał wiedzieć, że tor saneczkowy w Krynicy-Zdroju, wybudowany kilka lat przed wybuchem II wojny światowej, po licznych przeróbkach nadal nie nadawał się do przeprowadzenia regulaminowych międzynarodowych zawodów. Pomimo niedostatków długości i różnicy poziomów między startem i metą, wprawni saneczkarze leżąc na swoich  niziutkich saneczkach, kontrolując kierunek jazdy ryciem lodu przy pomocy stalowych szpikulców, przytwierdzonych na stałe do specjalistycznych butów, i tak osiągali prędkość powyżej stu kilometrów na godzinę, zaś na ostrych wirażach doświadczali przeciążeń równych trzem G, jak piloci samolotów odrzutowych. Ponieważ  późną jesienią 1939 roku Jan zwycięsko wyszedł z ciężkiej choroby gruźlicy kości, był już na zawsze zwolniony od służby w wojsku. Kruchość szkieletu, a zwłaszcza ślady po przebytej gruźlicy na kręgosłupie, dyskwalifikowały go też jako saneczkarza.

    Trasa przed zjazdem dwojga nowożeńców nie była sprawdzona. Niechby

pijany lub roztrzepany dozorca po zakończeniu dnia pracy  pozostawił na lodowym torze szpadel lub taczki, żeby szwajcarskie sanki typu „Davos” o siedzisku ze splecionych krzyżowo parcianych pasów i o mocnej, lecz nazbyt wysokiej konstrukcji, przekoziołkowały i wyleciały za bandę na pierwszym zakręcie. Nawet gdyby szczęśliwym trafem obrażenia dwojga pasażerów nie były śmiertelne, niewielką mieli szansę na przywołanie pomocy w tym odludnym i mrocznym miejscu. Mroźna noc dokończyłaby morderstwa. Kultura polska poniosłaby w ten sposób nieodżałowaną stratę. Joanna nie napisałaby setek przepięknych wierszy dla dzieci i dorosłych, dziesiątków librett operowych, powieści i słuchowisk radiowych, nie doczekałaby się też listu od Wisławy Szymborkiej, w którym nasza uwielbiana przez tłumy Noblistka zwraca się do niej w pierwszych słowach,  jako do swojej „przyjaciółki grubo niedocenianej”. Jan zaś z nikłym dorobkiem w postaci kilku przedstawień muzyczno-słownych, wyreżyserowanych dla raczkującej Telewizji Polskiej, nie doczekałby się najmniejszej wzmianki w encyklopedii.

    Ale udało się z Bożą , czy też z jakąś inną pomocą.  Szwajcarskie sanki typu „Davos” straszliwie chybotały się na zakrętach, przerażona Joanna wrzeszczała wniebogłosy, lecz Jan , stopami w dobrze podzelowanych butach ze stalowymi żabkami, przybitymi gwoździkami na szpicach i obcasach, zdołał utrzymać sanki w ryzach, chociaż nie miał wcześniej żadnych doświadczeń w saneczkarstwie sportowym. Kiedy zatrzymali się na kończącym tor przeciwstoku, Joanna krzyczała na Janka, że jest wariatem, że natychmiast z szaleńcem, który chce ją zabić,  weźmie rozwód. 

    W 2006 roku asystowałem Joannie przy domowym umieraniu Jana. Z sercem

dyndającym dosłownie na włosku, z przewodem pokarmowym zaatakowanym przez raka, Jan z filozoficznym spokojem odmówił przyjmowania szpitalnej pomocy lekarskiej i postanowił czekać na nadejście naturalnej śmierci we własnym łóżku. Robiłem zakupy, przenosiłem umierającego do łazienki, odwracałem na drugi bok celem nałożenia plastrów przeciw odleżynom. I nagle po szokującej wizycie policji, sprowadzonej litościwie przez księdza spowiednika, który uznał, że odmowa przyjmowania pokarmu i medykamentów jest równoznaczna z próbą samobójstwa, stał się cud. Jan stanął na nogi, zaczął odżywiać się normalnie, pić i jeść, połykać tabletki wspomagające. 

    W trzecim dniu cudu poczuł się tak dobrze, że zaczął opowiadać mi dykteryjki ze swojego przebogatego żywota artystycznego, a ja oszołomiony spostrzeżeniem, że Jan mówi czystą i uporządkowaną prozą, jak,  za przeproszeniem, monsieur Jourdain ze sztuki „Mieszczanin szlachcicem” Moliera, zacząłem zapisywać je na mikrokasety magnetofonowe. I tak powstała książka, wydana przeze mnie w 2007 roku, zatytułowana „DYKTERYJKI POŚMIERTNE opowiedziane w sierpniu 2006 roku przez Jana Kulmę, nagrane przez Jana Jakuba Kopcia, a potem pieczołowicie spisane i uporządkowane”. Z tej książki po ciężkiej, lecz twórczej awanturze z autorem, wykreśliłem fragment opowieści dotyczący nocnego zjazdu torem saneczkowym, ponieważ uznałem go za opis przestępstwa wyczerpującego znamiona artykułu 160 § 1 Kodeksu Karnego: „Kto naraża człowieka na bezpośrednie niebezpieczeństwo utraty życia albo ciężkiego uszczerbku na zdrowiu, podlega karze pozbawienia wolności do lat 5.”

        W 2014 roku autor , widać bardzo przywiązany do tego fragmentu, przywrócił go w „Dykteryjkach przedśmiertnych” i powtórzył w „Dykteryjkach przedśmiertnych poprawionych” wydanych przez Wydawnictwo „Nowy Świat” w roku następnym. Opis jazdy sankami jest wzruszający i naprawdę piękny:

   «Miodowy, poślubny miesiąc, właściwie dwa tygodnie, były takie, jakimi być powinny. Zima była zaczarowana, pogoda cudowna, obowiązkowe spacery przez pełen radosnego gwaru deptak do pijalni ze Słotwinką, którą lubiła Joanna, i   Zuberem, moim zboczonym przysmakiem! I jeszcze wyprawy na ścieżki nad muszlą koncertową, a tam poprzez zaśnieżone drzewa migotało słońce. A w nocy kolejką na Górę Parkową, gdzie do tańca grali moi koledzy z Wyższej Szkoły Muzycznej, słynny zespól Figla.
I byłoby idealnie, gdybym nie postanowił zabrać Joanny na tor saneczkowy. Niedawno w Krynicy odbywały się międzynarodowe zawody saneczkowe, tor był odświeżony i prawidłowo naśnieżony, a bandy na zakrętach obłożone lodem. Po tym torze jeździć mogli na specjalnych sankach tylko zawodnicy, ale nawet oni ulegali czasem tragicznym wypadkom. Na szczycie Góry Parkowej, gdzie zaczynały się ślizgi, czuwała stała ochrona, a teren w nocy był jaskrawo oświetlony.
Ale właśnie  w taką księżycową noc zabrałem przemocą Joannę, wziąłem zwykłe sanki i poprowadziłem piechotą na Górę Parkową. Kolejką nie można było pojechać, bo sanki w nocy byłyby zbyt podejrzane. A na szczycie wszystko pozagradzane, jasno od reflektorów i księżyca. Ale jestem pewien, że oni tak się zabezpieczyli i tak są pewni, że nikt w nocy do toru saneczkowego nie zechce i nie może się dostać, że przestali pilnować. I rzeczywiście, idziemy tam normalnie, wsiadamy na sanki. Ja z tyłu, bo kieruję nogami, a Joanna musi z przodu patrzeć na rosnącą grozę: saneczki szybko nabierają prędkości, pierwsza banda z lewej rzuca nas w długi, urwisty tunel w środku lasu, nic nie widać, tylko coraz prędzej się zbliża oświetlona przez księżyc srebrna ściana. Joanna już czuje, że sanki są wyrzucone za bandę, na drzewa (kiedy znajdą nasze ciała?), ale jakoś ześlizgujemy się w lewo, gdzie zaraz czeka podstępna banda na prawo, a potem już nawet nie ma co liczyć, ani patrzeć, ani przewidywać. Pracuję z całych sił nogami i ciałem. Odruchy mną rządzą, a nie przemyślane działanie. A Joanną rządzi strach.
Wreszcie w szaleńczym pędzie suniemy pod mostkiem, gdzie jest meta śledzona przez sędziów w czasie zawodów i wpadamy na długi, płaski teren. Stajemy. Nic nie mówimy. Nie możemy mówić. Nie możemy się ruszać. Nogi jak wata. Cisza pięknej, księżycowej nocy. Nagle Joanna krzyczy: „Ty jesteś wariatem. Rozwodzę się. Natychmiast!”
Jakoś zostaliśmy ze sobą kilkadziesiąt lat. A z nami pozostała pamięć tego szalonego, cudownego pędu!»

    Jan pokazał Joannie, że w każdej chwili gotów jest wraz z nią  umrzeć, tak bezkresna i przepastna jest jego miłość. Joanna „zabrana przemocą” na Górę Parkową nie miała świadomości, jak bardzo ryzykowny jest zjazd na chybotliwych sankach w pozycji siedzącej. Ale oboje okazali lekceważenie Opatrzności Bożej, dzięki której przeżyli okupację pomimo szczególnego narażenia  na niebezpieczeństwo utraty życia. Jan, jako żołnierz Armii Krajowej, szczęśliwym zrządzeniem losu, lekko zraniony w krótkim boju przy żeliwnym parkanie Ogrodu Botanicznego, kilkadziesiąt minut po godzinie „W” trafił do lazaretu polowego i tym sposobem uszedł z Powstania z życiem. Joanna, jako dziecko Holocaustu  ukrywane za murami klasztoru, też jakimś nadzwyczajnym cudem uchroniła się przed przepisaną jej śmiercią z tytułu nazistowskiego „ostatecznego rozwiązania”.

     Już w miesiącu poślubnym Jan popełnił próbę samobójstwa poszerzonego o osobę Joanny. Pod względem formalno prawnym było to coś więcej niż próba „samobójstwa poszerzonego”, bo sprawca przyznaje się, że na Górę Parkową Joannę „zabrał przemocą”, bezprawnie wszedł na teren ogrodzony i popełnił czyn niedozwolony,  zlekceważył wszystkie tablice ostrzegawcze, wdzierając się z sankami na niebezpieczny tor. Jego czyn wyczerpuje przeto znamiona nie tylko samobójstwa , lecz także i „morderstwa  z zamiarem ewentualnym”, za co ówczesny KK przewidywał karę więzienia dożywotniego, a w drastycznych przypadkach nawet karę śmierci przez powieszenie. 

   Upływ czasu zmienia bardzo wiele. Ja swoje narzędzie zbrodni kupiłem od albańskiego  cwaniaczka, który wcisnął mi wersję gazową, a wziął forsę za wersję ostrą z pełnym  magazynkiem. Kiedy go kupowałem w Macedonii, w Polsce posiadanie pistoletu gazowego bez stosownego pozwolenia uznawane było i karane jako wykroczenie. Ale w chwili , gdy po latach pociągałem za spust, nastąpiła  zmiana w prawie i pistolet gazowy uznawany był za broń palną , a jego posiadanie bez pozwolenia stanowiło już przestępstwo.

    Z upływem czasu zmieniła się też ocena usiłowania popełnienia „morderstwa z zamiarem ewentualnym” na torze saneczkowym w Krynicy. Jeszcze na wieczorze promocyjnym tomiku poetyckiego Joanny „Ballady i zaśpiewy” (Wyd. JJK , 2007) w Klubie Księgarza na warszawskiej Starówce entuzjastycznie biłem brawa wraz z publicznością, kiedy Joanna brawurowo opowiadała o swoim pierwszym i ostatnim sanczkarskim doświadczeniu, gdy doznała „cudownego , szalonego pędu”. Dziesięć lat później stałem się już starym zgredem z tkwiącą miedzy żebrami drzazgą osinową , która zmieniła mi perspektywę widzenia świata. Nie czułem tchnienia przygody w wyprawie na Górę Parkową. Jak policjant, za przeproszeniem, dostrzegałem w niej wyłącznie naruszenie zasad życia społecznego i szczegółowych przepisów porządkowych.

                                                                                            Jakub Kopeć

Kategorie: Uncategorized

Zostaw odpowiedź Czekam na Twoje przemyślenia! Napisz w komentarzu.

Ta strona używa Akismet do redukcji spamu. Dowiedz się, w jaki sposób przetwarzane są dane Twoich komentarzy.