Anna Walentynowicz zmieniła moje życie

wywiad ze slawkiemZe Sławomirem Grünbergiem rozmawia Izabela J. Barry 

– Twój artystyczny, zawodowy życiorys jest dość dziwny – ledwo skończyłeś Szkołę, a już znalazłeś się w Ameryce. Przypomnij, jak to się stało.
Wydział reżyserii łódzkiej Szkoły Filmowej skończyłem w 1981 roku. Przedtem przez dwa lata studiowałem na wydziale operatorskim, potem zdałem egzamin wstępny na reżyserię, dostając się od razu na drugi rok. Przedtem jeszcze studiowałem na SGGW i skończyłem wydział technologii drewna. Z tych studiów pozostał mi dyplom magistra inżyniera i komplet własnoręcznie zrobionych mebli, które wciąż stoją w moim warszawskim mieszkaniu.

– A jaki był Twój pierwszy film?
Nosił tytuł „Niedziela” – to był film zrobiony na drugim roku reżyserii. Opowiadał historię małego miasteczka, do którego przyjeżdża grupa cyrkowa, żeby dać swój ostatni występ. Ten film był zrobiony na taśmie kolorowej, 35 mm, pojechał do Krakowa na Festiwal Filmów Krótkometrażowych, gdzie właśnie wprowadzono konkurencję filmów studenckich. I zdobył tam główną nagrodę. To był rok 1980. Potem zrobiłem film „Anna Proletariuszka”, film o Annie Walentynowicz i to dzięki niemu znalazłem się w Nowym Jorku.

– Opowiedz o swojej relacji z Anną Walentynowicz.
Robiłem ten film z kolegą, z Markiem Ciecierskim. To była nasza wspólna praca, film absolutoryjny. Ponieważ pracowaliśmy nad nim we dwóch, mógł być dłuższy niż jest to przewidziane w szkolnych przepisach – 45-minutowy. Pomysł powstał kiedy Anna Walentynowicz przyjechała do Szkoły i dała wykład, opowiadając swoją historię. Słuchaliśmy tego z otwartymi ustami. Postanowiliśmy zrobić film o Annie. Potem przez dziewięć miesięcy 1981 r. jeździliśmy między Warszawą a Gdańskiem, spędzaliśmy czas z Anną, z Lechem Wałęsą, z ludźmi Solidarności. Kręciliśmy strajki i wszystko, co się wtedy działo, a działo się przecież wiele. I tak się zaprzyjaźniłem z panią Walentynowicz. Stała się moją przybraną babcią – moja prawdziwa babcia umarła kilka lat wcześniej i Anna mi ją w jakimś sensie zastępowała. Była bardzo ciepła, przyjmowała nas u siebie w mieszkaniu. Kiedy skończyliśmy film, dostaliśmy propozycję pokazania go w MoMA w Nowym Jorku. Przyjechałem tu w listopadzie 1981 r., ale nie wziąłem filmu z sobą, bo przechodził przez ostatnie zgrania muzyki, poprawki w dźwięku. Miał być tu wysłany, oczywiście, nigdy to się nie stało i na następne prawie dziesięć lat film został „zaaresztowany” i odłożony na półkę.

Pokaz w Muzeum nigdy się nie odbył i to był sygnał żeby nie wrócoić do kraju. Sześć tygodni później został ogłoszony stan wojenny.,„Żołnierz Wolności”, ówczesny organ Wojska Polskiego, zamieścił na pierwszej stronie notatkę, że „państwowe pieniądze zostały wydane na antykomunistyczną propagandę”. Było tam moje nazwisko, tytuł filmu „Anna proletariuszka”. Właściwie Anna Walentynowicz zmieniła moje życie. Powiedziałem jej o tym, kiedy dziesięć lat później pojechałem do Polski. Przez ten czas nie widzieliśmy się, ale przywitaliśmy się tak, jakby tych dziesięciu lat nie było. Czasami ludzie tak się emocjonalnie zbliżają do siebie i nie miało znaczenia w naszej relacji to, że ona słuchała innego radia niż ja, czy mówiła rzeczy, z którymi się nie zgadzałem.

– Czyli nagle jesteś w Nowym Jorku, gdzie nikogo, lub prawie nikogo nie znasz. Trudno było Ci zacząć robić tu filmy?
Nie znałem nikogo, sprzedawałem orzeszki na Time Square, miałem jakieś pieniądze. Ale pojawił się kolega ze Szkoły, gdzieś znalazła się kamera, taśma i zaczęliśmy pracować. Pierwszy film nosił tytuł „Beret”, była to opowieść o aktorze z Wrocławskiej Pantomimy, który miał tu szkołę mimów. Potem znalazłem się w Cincinnati, Ohio, gdzie zostałem profesorem na uniwersytecie. Uczyłem tam, ale sam też zapisałem się na kurs montażu i techniki wideo, która – kiedy kończyłem szkołę filmową – jeszcze raczkowała i której nikt nas wówczas nie uczył. Kiedy się tu znalazłem, zauważyłem, że wszyscy kręcą na taśmie wideo, więc musiałem się tego nauczyć. Jest taki system w Stanach, nazywa się Public Access, który polega na tym, że po krótkim przeszkoleniu można za darmo używać sprzętu należącego do stacji kablowej danego rejonu miasta. Stacja kablowa w ramach ugody z Miastem tworzy studia, z którego mogą korzystać wszyscy mieszkańcy rejonu. To istnieje do dziś i świetnie działa. Skorzystałem z tego w sposób bardzo aktywny, wypożyczając sprzęt zrobiłem moją pierwszą serię telewizyjną, „American Dream”, składającą się z dziesięciu 20-minutowych filmów, o ludziach, których wówczas poznawałem i którzy mnie fascynowali. Nikt mi nie dawał na to pieniędzy, ja sobie to wymyśliłem, kręciłem, montowałem i w ten sposób nauczyłem się techniki wideo, której potem przez osiem lat uczyłem innych.

– Ile zrobiłeś filmów od tego czasu?
To zależy jak liczyć. Indywidualnych filmów jest ponad 45. Ale jeśli policzyć każdy odcinek różnych serii, to będzie ich znacznie więcej. Na przykład zrobiłem 31 odcinków serii pt. „Zielona karta” dla Telewizji Polskiej. Poza tym zrobiłem pewnie ponad sto filmów jako operator, pracując przy różnych dokumentach, bo do tej pory to robię, czasami jako główny i jedyny operator, czasami tylko przy części filmów. Bardzo to lubię, to jest zupełnie inny rodzaj radości. Zbliża mnie to do fotografii, od której zaczynałem moją karierę, lubię komponować, zmierzać się z kompozycją ujęć, ze światłem, z całą techniką operatorską. Zakładam inną czapkę na głowę (śmiech), zastępując nią czapkę reżysera czy producenta.

– Twój ostatni film to pełnometrażowa opowieść o Janie Karskim, polskim emisariuszu, człowieku, który zawiadomił świat o Holocauście. Ten wywiad czytelnicy dostaną do rąk w dzień po nowojorskiej premierze filmu. Co się stanie potem?

Wiecej KLIKNIJ TUTAJ

Przyslal Slawomir Grunberg

reunion-691.jpg

No comments yet... Be the first to leave a reply!

Leave a Reply

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

%d bloggers like this: