Ciekawe artykuly

Pozegnanie

Czterdzieści lat temu, 4 grudnia 1975 r., zmarła Hanna Arendt, wybitna teoretyczka polityki, eseistka, autorka klasycznych dzieł na temat totalitaryzmu, Zagłady i demokracji. W rocznicę śmierci przypominamy wspomnienie pióra jej przyjaciółki, Mary McCarthy.

Jej ostatnia książka miała nosić tytuł „Życie umysłu” i była pomyślana jako zwieńczenie „Kondycji ludzkiej” (pierwotnie zatytułowanej „Vita Activa”), w której badała triadę pracy, wytwarzania i działania: człowieka jako animal laborans, homo faber i człowieka działającego publicznie. Postrzegała także życie umysłu czy vita contemplativa jako składające się z trzech elementów: myślenia, woli i sądzenia. Pierwsza część jej dzieła poświęcona myśleniu została zamknięta jakiś czas temu. Drugą, o woli, ukończyła tuż przed śmiercią, zapewne z poczuciem ulgi, bo spośród tych trzech władz właśnie wola była jej zdaniem najtrudniej uchwytna. Trzecią część, poświęconą sądzeniu, miała gotową w formie szkicu i częściowo napisaną; i choć literatura przedmiotu była skąpa (głównie Kant), nie spodziewała się tu wielkich trudności.

Mówię o „jej ostatniej książce” i tak też ona sama o niej myślała, jak o ostatnim zadaniu lub ukoronowaniu dorobku, jeśli tylko udałoby się jej ją ukończyć. Była to nie tylko kwestia opisania drugiego wymiaru ludzkich możliwości, ale pracy wykonywanej z zamiłowania do najwyższej i najmniej widocznej spośród nich – aktywności umysłu. Gdyby dożyła wydania książki (właściwie dwóch tomów), z pewnością nie przestałaby pisać, jako że jej natura była tak ekspresywna, jak refleksyjna, ale miałaby też poczucie, że jej prawdziwe dzieło zostało ukończone.

Dopełniłaby służby lub misji, do której została powołana na tym świecie. W tym sensie, jak sądzę, Hanna była osobą religijną. Słyszała głos podobny temu, jaki słyszeli prorocy, to wołanie, które usłyszał młody Samuel, ubrany w lniany efod, w domu arcykapłana Heliego. Można też na to spojrzeć z bardziej świeckiej perspektywy i uznać, że czuła się związana, zobowiązana, niczym jakąś umową, przez swoje szczególne uzdolnienia, dane jej przez naturę, a rozwinięte przez jej nauczycieli – Jaspersa i Heideggera – i tragicznie wzbogacone przez Historię. Nie była to kwestia samospełnienia (ta idea byłaby dla Hanny śmieszna, jeśli nie obmierzła), a nakazu nałożonego na nas wszystkich, nie tylko tych utalentowanych, by podążać ścieżką, na którą rzucił nas przypadek i los, tak jak poeta wierny swojej muzie. Hanna nie wierzyła w wąsko rozumiane pojęcie czyjegoś „obowiązku” (może też z tego powodu napotkała na tak dużo kłopotów przy pisaniu fragmentu swojego dzieła o woli), ale była wrażliwa na poczucie wezwania, powołania, w tym powołania obywatela służącego życiu wspólnotowemu. Była także osobą bardzo prywatną i myślę (choć nigdy o tym nie rozmawiałyśmy), że „Życie umysłu” było pracą ofiarowaną pamięci Heinricha, rodzajem dopełnienia i uzupełnienia „ich” wspólnego życia.

Heinrich Bluecher, jej mąż i przyjaciel, był ostatnim z jej nauczycieli. Choć był tylko dziesięć lat od niej starszy, w ich intelektualnej relacji było coś ojcowskiego, pobłażliwego, po jego stronie, i uczniowskiego, gorliwego, szukającego aprobaty, po jej. Kiedy mówiła, patrzył na nią czule, przytakując, jak gdyby dobry los zesłał mu niebywale bystrą studentkę i prawdziwego prymusa, którym on sam, filozof w każdym sensie tego słowa, ze swoimi fajkami i cygarami, nigdy nie chciał zostać. Był z niej dumny i wiedział, że zajdzie daleko, sięgnie szczytów, które on dostrzegał na horyzoncie i spokojnie czekał, aż i ona je znajdzie.

Caly tekst KLIKNIJ TUTAJ

Kategorie: Ciekawe artykuly

Leave a Reply

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.