.Jestem znów Żydem cz 4

Napisal i przyslal Szlomo Adler

Wstęp.

Książka ta opiera się na moich wspomnieniach. Piszę tylko o tym co sam przeżyłem, widziałem lub słyszałem. Większość imion wspomnianych w tekście jest prawdziwa.

Przez wiele lat odkładałem opisanie moich wspomnień, ponieważ praca nad tym była dla mnie bardzo ciężka, otwierała jeszcze niezabliźnione rany. Po wojnie czułem się jakbym był w koszmarnym śnie.  Często myślałem, że to nie jest jawa, a moje prawdziwe życie zacznie się dopiero wtedy, gdy obudzę się z okrutnego koszmaru, zobaczę moich rodziców, siostrę, krewnych i kolegów.
Na początku próbowałem zbudować nowe życie, pod przybraną polską tożsamością. Przyjąłem polskie maniery, ale komunistyczny reżim w Polsce sprawił, że zostałem aresztowany. Oskarżono mnie o zdradę i faszyzm. Ostatecznie okazało się, że mój areszt korzystnie wpłynął na moje życie. Wróciłem do żydostwa i uciekłem z Polski. Ale nawet po przyjeździe do Izraela, moja depresja nie zniknęła.

Byłem nieszczęśliwy, nie miałem ochoty na budowanie rodziny i nowego pokolenia w tym okrutnym świecie. Nie chciałem, aby i moje dzieci były nieszczęśliwe.  Ale los chciał inaczej.   W 1949 roku, gdy odbywałem służbę wojskową, spotkałem moją wybrankę serca, Ester. Ester przeżyła Holocaust na Syberii, dokąd ja wygnano wraz z rodziną, co uratowało im życie. Ester pragnęła dużej rodziny. Pobraliśmy się i urodziło się nam dwóch synów.

 


Siedziby różnych syjonistycznych organizacji młodzieżowych znajdowały się w pobliżu rynku. Byłem za mały, aby być przyjętym do któreś z nich, ale moja siostra Miriam należała do „ Ha-Szomer Ha-Cair„.  Ich mundury robiły dobre wrażenie, ale te z organizacji „Betar” wyglądały jeszcze lepiej.  Gdy Betaryści maszerowali ulicami miasteczka w czasie święta Purim, wyglądali naprawdę wspaniale.  Ich marsz miał na celu rekrutowanie młodzieży.  Tylko ten jeden dzień w roku wolno im było maszerować przez miasteczko, bo władze klasyfikowały to jako purimowe przedstawienie.

W północno-wschodnim kącie rynku znajdował się „mały park”. Ścieżki w tym parku ciągle zapadały się i wtedy ukazywały się stare groby, pewnie jeszcze sprzed kilkuset lat.

Wzdłuż alei, która wiodła do stacji kolejowej rosły stare lipy. Kiedy kwitły roznosił się oszałamiający zapach, który mieszał się ze smrodem skór z garbarń i kleju z klejarni i otaczał całe miasteczko. Pomimo tego zapachu, a właściwie odoru, który unosił się nad Bolechowem, było to ładne miasteczko.  Położone w malowniczej dolinie u podnóża Karpat, otoczone olbrzymimi sadami, warzywnymi ogrodami, z klombami kolorowych kwiatów przed każdym domem oraz olbrzymi parkiem, przyciągało wakacyjnych turystów.

Większość mieszkańców miała własne sady owocowe za domem. W naszym sąsiedztwie, najlepsze śliwki były u Surkisa, wiśnie i agrest u Haftla. Były plotki, że u znanego adwokata Raifaizena rosną wyśmienite gruszki, ale tam nigdy nie oważyliśmy się wkraść.
Nie daleko naszego domu był duży tartak, w którym pracowało ponad dwa tysiące pracowników. Ten tartak posiadał własną wąskotorową kolejkę, która przywoziła pnie drzew ściętych w górskich lasach. Podczas letnich wakacji kolejka czasami zmieniała swoją funkcję i w niektóre niedziele stawała się uciechą dla mieszkańców Bolechowa, bo urządzano nią wycieczki na publiczny piknik w górach.

Przez miasto płynęła rzeka Sukiel. Wody rzeki służyły do napędzania kilku młynów i maszyn do miażdzenia kory drzewnej używanej do produkcji skóry.  Dwa mosty przecinały rzekę – duży dla wozów, samochodów i pieszych, i mały wyłącznie dla pieszych.

Latem, w ciepłe dni pływaliśmy i pluskaliśmy się w rzece. Na trzecim kilometrze była tama i  rzeka rozwidlała się. Część wody płynęła nadal w swoim korycie, a część w wykopanym kanale, który nazywano „Młynówką”. Przed tamą rzeka była głęboka i tworzyła doskonałe miejsce dla doświadczonych pływaków, do których i ja się zaliczyłem od dziesiątego roku życia.
Nad brzegami rzeki i Młynówki Żydzi odprawiali noworoczny zwyczaj zwany „taszlich”. My, dzieci, przygotowywaliśmy na ten dzień „krążowniki”, „fregaty” i „torpedowce” z kawałków małych deseczek, do których przybijaliśmy rozmaitej wielkości gwoździe. Część gwoździ służyła jako poręcz górnego lub dolnego pokładu, inne jako maszt. Między gwoździami przeplataliśmy sznurki w różne wzory, według własnej fantazji. Podczas gdy dorośli stali nad brzegiem wody i modlili się, my oddalaliśmy się od nich, zapalaliśmy małe świeczki, które przylepialiśmy do pokładów naszych stateczków. Następnie wywracaliśmy swoje kieszenie i opróżnialiśmy je z grzechów, które „załadowywaliśmy” na te „okręty”. Wierzyliśmy, że nasze grzechy popłyną aż do oceanu i tam się utopią.

Ulice w miasteczku nie miały asfaltu lub bruku, ich nawierzchnią była ubita ziemia. Latem, gdy pojawiał się samochód, już z daleka widać było unoszące się tumany kurzu. Wiosną i jesienią ludzie ślizgali się w błocie i kałużach.

Ja z kilkoma przyjaciółmi zorganizowaliśmy „bandę z ulicy Dolińskiej”. Nasze główne dowództwo znajdowało się w jednym z magazynów suchej sosnowej kory, na terenie garbarni moich rodziców. Kora była naturalnym garbnikiem roślinnym, sproszkowaną posypywano skóry w specjalnych kadziach.  Sztab operacyjny znalazł swoje miejsce przy okienku, z którego można było obserwować cały olbrzymi teren garbarni. Miejsce było doskonałe, bo mogliśmy z niego zapobiec niespodziewanemu atakowi wrogiej nam, nieistniejącej, bandy.
Do bazy prowadził labirynty, który zrobiliśmy ze stogach kory a z boków rożnej wielkości „jaskinie” w których można było się schować, gdyby atakujący zwyciężali.

Rodzice nie mieli nic przeciwko temu, że dzieci bawią się łamiąc korę, bo taki sam los ją czekał w kieracie.

Jednego razu jeden ze starszych chłopców przyniósł papierosy. Jak wojsko to wojsko, każdy szanujący się żołnierz musi palic. No więc zapaliliśmy sobie, zapominając o obserwacji wroga.

Mój Ojciec, idąc przez teren garbarni, zauważył kłęby dymu unoszące się z okienka magazynu suchej kory. Ojciec podbiegł do magazynu i gdy usłyszał nasze śmiechy, zrozumiał, że przyczyną dymu są papierosy. Wypędził wszystkich z magazynu, a mnie, za pomocą rózgi, wyjaśnił co mogłoby się stać, gdyby żywica, której jest dużo w korze, zapaliła się: „Nikt z was nie uciekłby z płonącego magazynu!”

Latem, w deszczowe dni, puszczaliśmy nasze okręty w rowach, z dwóch stron naszej ulicy, pod mostkami, które umożliwiały dojście do każdego z domów. Czasami podczas kąpieli w rzece zaskakiwał nas deszcz, ale to nam wcale nie przeszkadzało i pływaliśmy nadal,  a po wyjściu z wody ubieraliśmy się w mokre rzeczy, które schły na nas w drodze do domu. Na wiosnę, gdy śniegi w górach tajały, rzeka wzbierała i olbrzymie ilości wody wraz z krami lodu burzyły czasami mosty. Po długiej jesieni, deszczach, błotnistych kałużach i wilgotnego zimna, które kradło nam, dzieciom, letnie uciechy i kąpiel w rzece, nadchodziła w końcu zima. Wszystko dookoła zamarzało i pokrywało się białym śniegiem. Były dni, w których niebo było błękitne bez jednej chmurki a słońce grzało. Wtedy przekraczaliśmy ulicę, wspinaliśmy się na pagórek naprzeciwko naszego domu i z krzykiem, na saneczkach lub nartach zjeżdżaliśmy w dół. Starsi ode mnie koledzy wynajmowali u ukraińskiego sąsiada Nikoły, konia. Do uprzęży przywiązywali długi sznur i koń ciągnął pięciu czy sześciu chłopców na sankach, przez ścieżki i pola. Zadaniem chłopców było cieszyć się i trzymać sznur. Pierwszy młodzieniec oprócz sznura trzymał w drugiej ręce bicz dając nim od czasu do czasu koniowi do zrozumienia, aby zbytnio nie zwalniał tempa.
W ogródkach i podwórzu szkolnym lepiliśmy bałwany, nie zapominaliśmy też o ptakach. Przygotowywaliśmy drewniane tace, które umocowywaliśmy na poprzednio wbite w ziemię drążki. Na te tace codziennie rano nim szliśmy do szkoły, sypaliśmy ziarna zboża i okruszyny ze stołu, to samo robiliśmy podczas przerwy w szkole.

Gdy zamarzły porządnie kałuże i sadzawki, mocowaliśmy do butów metalowe łyżwy lub za pomocą pasków skórzanych drewniane listwy i ślizgaliśmy się na lodzie. Wszystko to dawało nam mnóstwo radości, ale największą zimową przyjemnością, której nigdy nie zapomnę, był kulig. Rodzice wynajmowali duże sanie zaprzężone w parę koni, z dzwoneczkami w uprzęży, konie ciągnęły sanie a ja z rodzicami i siostrą owinięci grubymi pledami pędziliśmy przez pola i lasy.

W garbarni mieliśmy kilka psów stróżujących, ale jednego lubiłem najbardziej. Wabił się „Lord”. Ojciec przygotował dla niego uprząż, taką jak dla konia tylko mniejszą, a ja zaprzęgałem go do moich saneczek. Siadałem przy bramie i czekałem, aż na ulicy pokażą się duże sanie. Kiedy nas mijały Lord jak wściekły, zaczynał szczekać i gonić za końmi, a ja siedziałem na saneczkach jak Eskimos czekając aż konie zatrzymają się albo pies zrezygnuje z pogoni.
W jasne i długie wieczory, gdy mróz był mocny, zbieraliśmy się pod jedną z nielicznych ulicznych latarni i bawiliśmy się w chowanego. Gdy ciężki śnieg pokrywał szyny wąskotorowej kolejki górskiej, która wtedy nie funkcjonowała, olbrzymie kłody drzewa były wożone do tartaku przez naszą ulice, na dwóch niskich i szerokich, bardzo mocnych saniach zaprzężonych do pary silnych koni. Przyglądałem się temu siedząc w oknie naszego mieszkania.

Poprzednie czesci TUTAJ

Zredagowala Anna Karolina Klys

 

Cdn.

Ksizka zostala wydana w USA po angielsku.

O drugim wydaniu TUTAJ

No comments yet... Be the first to leave a reply!

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

%d bloggers like this: