Matka kapitana

Napisal i przyslal

Zenek Rogala


To z balkonu dochodził do mnie głos tego chłopca. Każdy pokój w tym domu wczasowym, posiadał dostęp do wspólnego, usytuowanego wzdłuż całego piętra balkonu. Pokoi na piętrze było piętnaście i ta zewnętrzna biegnąca wzdłuż wszystkich pokoi balkonowa ścieżka, robiła wrażenie długiego tunelu. Był to jeden długi balkon składający się z piętnastu umownych balkonów. Granice między pokojami wyznaczające balkonową przestrzeń, należącą do poszczególnych pokoi były bardzo umowne, a właściwie nie było ich wcale. Owszem, o prawie własności do jednej piętnastej części balkonu, świadczyły jakieś wyniesione z pokoju i pozostawiane z dnia na dzień drobne sprzęty, przeważnie leżaki i suszące się ręczniki czy drobna dziecięca bielizna. Owszem, były też wyznaczone pseudo granice utworzone przez jakieś prowizoryczne tasiemki do suszenia ręczników czy inne oznaki terytorialnej integralności, ale były to granice nietrwałe, umowne, Takie granice to granice, które łączą, a nie dzielą. Lokatorzy w pokojach sąsiadujących ze sobą, po wejściu na teren zewnętrznego, wspólnego balkonu stawali się jedną, wspólną, wczasową społecznością.

– Tu mówi kapitan. Uważaj jak manewrujesz, steruj dwa rumby w lewo. Uważaj, bo zahaczysz rufą o nabrzeże.

– Tu mówi kapitan. Wszyscy na pokład – głos tego chłopca dochodził do mnie z naszego balkonowego odcinka.

Malec siedział między małymi statkami zabawkami. Małymi tylko dla mnie, bo w jego wyobraźni były to ogromne jednostki pływające. Jedne z nich czekały na redzie, czyli wzdłuż łukowatego patyka położonego obok pionowych, metalowych prętów stanowiących solidną balkonową balustradę. Chłopiec korzystał w pełni z poczucia wspólnoty balkonowej i nie skażony jeszcze dorosłym poczuciem własności, w podłogowej terakocie widział wielką masę wodnej głębiny, a każdy przedmiot był fragmentem portowej rzeczywistości.  

– Panie kapitanie, proszę kończyć ustawianie statków, bo zaraz zaczynamy śniadanie, zapraszam pana na kapitańskie jajko na miękko.

– Mamo, nie mówi się ustawianie statków, tylko cumowanie do kei. Tyle razy ci mówiłem, że statek nie jeździ tylko pływa i żegluga to nie to samo co jakaś tam jazda. Pływanie to całkiem skomplikowana podróż.

– Więc przycumuj swoje statki do kei i wpadaj do pokoju na śniadanie. Nie pozwolę, żeby pracowity kapitan żeglugi wielkiej nie miał siły do pracy przez cały trudny dzień.

– Tak mamo, masz rację. Dzisiaj czeka mnie ciężki dzień. Wpadnę tylko na chwilę, zjem śniadanie i zaraz wracam.

To z balkonu dochodził do mnie głos tego chłopca. Nie wierzyłem własnym uszom. To co słyszałem to pokazowy, wręcz modelowy sposób na kontakt z dzieckiem. które w tej chwili dzięki swojej wyobraźni jest w innej rzeczywistości. Wystarczyłoby, żeby matka z pozycji swojego statusu rodzinnego próbowała zawładnąć chłopcem i wytrącić go z jego świata. Mądra matka kapitana żeglugi wielkiej wiedziała, że tylko jako kapitan żeglugi wielkiej jest w stanie spokojnie zjeść śniadanie. Mądra matka umiała podporządkować rytm zaczynającego się dnia do fantastycznego świata swego synka.

– Jestem pełen podziwu dla pani pedagogicznej wrażliwości. Taką drogą jak pani idzie niewielu rodziców. Pani schyla się do wyobraźni dziecka, choć raczej powinienem powiedzieć, że pani wspina się na palce wyobraźni, żeby nadążyć za synem.

– Staram się postępować zgodnie z nauczaniem największego pedagoga naszych czasów Janusza Korczaka.

 

Wszystkie opowiadania Zenka

TUTAJ

One Response to “Matka kapitana”

  1. Władysław Bibrowski 20/03/2018 at 09:38

    Piękny tekścik, wzruszająca puenta

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

%d bloggers like this: