.Jestem znów Zydem cz 23

Szlomo Adler

Książka ta opiera się na moich wspomnieniach. Piszę tylko o tym co sam przeżyłem, widziałem lub słyszałem. Większość imion wspomnianych w tekście jest prawdziwa.

Przez wiele lat odkładałem opisanie moich wspomnień, ponieważ praca nad tym była dla mnie bardzo ciężka, otwierała jeszcze niezabliźnione rany. Po wojnie czułem się jakbym był w koszmarnym śnie.  Często myślałem, że to nie jest jawa, a moje prawdziwe życie zacznie się dopiero wtedy, gdy obudzę się z okrutnego koszmaru, zobaczę moich rodziców, siostrę, krewnych i kolegów.
Na początku próbowałem zbudować nowe życie, pod przybraną polską tożsamością. Przyjąłem polskie maniery, ale komunistyczny reżim w Polsce sprawił, że zostałem aresztowany. Oskarżono mnie o zdradę i faszyzm. Ostatecznie okazało się, że mój areszt korzystnie wpłynął na moje życie. Wróciłem do żydostwa i uciekłem z Polski. Ale nawet po przyjeździe do Izraela, moja depresja nie zniknęła.

Byłem nieszczęśliwy, nie miałem ochoty na budowanie rodziny i nowego pokolenia w tym okrutnym świecie. Nie chciałem, aby i moje dzieci były nieszczęśliwe.  Ale los chciał inaczej.   W 1949 roku, gdy odbywałem służbę wojskową, spotkałem moją wybrankę serca, Ester. Ester przeżyła Holocaust na Syberii, dokąd ja wygnano wraz z rodziną, co uratowało im życie. Ester pragnęła dużej rodziny. Pobraliśmy się i urodziło się nam dwóch synów.


Żydowska dzielnica (getto) i przymusowa praca. 

Mniej więcej dwa tygodnie po drugiej akcji, wyszedł rozkaz, by wszyscy Żydzi w Bolechowie przenieśli się do domów przy wyznaczonych ulicach: Kazimierzowskiej / Bożniczej, Szewskiej i kilku bocznych uliczkach.  Część Rynku również została włączona do tej nowej dzielnicy. Również Żydzi wypędzeni z Perehińska, Weldziża i Mizuńa zamieszkali tam z nami. Musieliśmy opuścić nasz dom.  Zabraliśmy najważniejsze rzeczy, załadowaliśmy je na wóz dostarczony przez sąsiada, który nie był Żydem i przenieśliśmy się do domu cioci Alty Diamand, siostry naszej matki. Mieszkała ona przy ulicy Kazimierzowskiej / Bożnicznej, gdzie przed wojną znajdowało się wiele bolechowskich synagog i szkół religijnych. W tym czasie nie mieliśmy już wielu mebli, te które jeszcze zostały oddaliśmy Raduchowskim, a część siostrom Czerwińskim. 

Zaledwie rok temu rosyjski komisarz oferował nam dwie ciężarówki abyśmy załadowali niezbędne rzeczy i uciekli w głąb Rosji.  Teraz wystarczyła mała furmanka, aby przewieźć wszystkie nasze rzeczy do żydowskiej dzielnicy. U ciotki  Alty zamieszkaliśmy w jednym pokoju. Po trzech dniach wyszło nowe rozporządzenie: „Każdy Żyd, od 14-go roku życia musi pracować. Nie pracujący będą musieli przenieść się do getta w Stryju”.  Nasz były nauczyciel, Pesach Lew, pracował w gettowym urzędzie pracy. Zarejestrował Józika jako 15-to latka, a mnie jako o pół roku młodszego. W rzeczywistości mieliśmy po13 i pół, i 12 i pół roku. Skierowano nas do pracy w fabryce beczek.  Znowu, dzięki łapówce, udało się cioci Lubie przekonać Olejnika, jednego z majstrów znanego ze swojego antysemityzmu, aby uważał na nas.  Fabryka beczek znajdowała się na wzgórzu, nie daleko od naszych rodzinnych domów przy ulicy Dolińskiej 35-37. Aby dojść do fabryki musieliśmy przejść przez rynek, potem na wschód ulicą Kościuszki i Dolińską, gdzie mijaliśmy nasze domy.  Po około 100 metrach skręcaliśmy w lewo, w wąską drogę, która prowadziła do rafinerii i fabryki beczek. Specjalna przecznica kolejowa służyła obu przedsiębiorstwom. Po krótkim czasie wyszedł nowy rozkaz: „Wszyscy żydowscy robotnicy muszą zamieszkać w obozie, w pobliżu miejsca pracy.”

Na rogu ulicy Dolińskiej i tej wąskiej drogi, która prowadziła do fabryki beczek, stał dom, który należał do rodzin Wolfinger i Cymerman.  Nasze ogrody stykały się ze sobą. Przed wybuchem wojny zajmowali się warzeniem piwa.  Była tam też ogromna hala, gdzie przyjezdni zatrzymywali się, aby ugasić pragnienie piwem. Tam właśnie powstał obóz dla żydowskich robotników fabryki beczek i tam musieliśmy zamieszkać także my z Józikiem. Wzięliśmy kilka naszych rzeczy i poszliśmy do hali.  Zajęliśmy miejsca na górnej, trzypiętrowej pryczy. Bracia Akselrad zajęli miejsca z naszej prawej strony. Młodszy brat nazywał się Lonek. Nie pamiętam już jak nazywał się starszy. Przed wojną  ich ojciec był kolejarzem, codziennie jeździł w góry z wagonami załadowanymi kłodami drzewa.  Marzyłem, że gdy dorosnę, będę kolejarzem tak jak on. Zawsze zazdrościłem mu całodziennych wypraw do lasów i gór w pięknych Karpatach.

W budynku było kilka pomieszczeń, w których skoszarowano około 300 osób.  Józik i ja nie zawsze pracowaliśmy na tej samej zmianie. Podczas pierwszych kilku tygodni dostawaliśmy jakieś małe wynagrodzenie. Aby przeżyć zakradliśmy się do miasta do ciotek Alty i Luby, i mojej siostry Miriam. Dawały nam co miały-kawałek chleba i kilka jaj.  Oczywiście wtedy zdejmowaliśmy opaski z gwiazdą Dawida. Dzięki temu dodatkowemu jedzeniu mogliśmy jakoś przetrwać. Ciotka Alta i Luba zorganizowały coś w rodzaju kawiarni w ich domu.  Można tam było dostać kawałek ciasta i kawę lub herbatę. Policjanci żydowscy i pracownicy Judenratu przychodzili do tej kawiarni. W ten sposób zarabiały, a każdy grosz oszczędzały.  Ciotki wierzyły, że te pieniądze pomogą im uratować życie. Oczywiście oszczędności nic nie pomogły. W tamtych czasach szczęście było ważniejsze niż wszystkie pieniądze świata.

 

Poprzednie czesci  TUTAJ

Zredagowala Anna Karolina Klys

 

Cdn.

Ksiazka zostala wydana w USA po angielsku.

O drugim wydaniu TUTAJ

No comments yet... Be the first to leave a reply!

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

%d bloggers like this: