Szalik

Zenon Rogala

 pamieci Tadeusza Kantora                                    


Lało jak jasny piorun. Deszcz był dla nas najgorszy. Wobec deszczu byliśmy najbardziej bezradni. Deszcz był naszym wrogiem numer jeden. Jako bezdomni w wielkim mieście nie byliśmy w stanie schronić się na trwale pod żaden gościnny dach. Czytelnie i biblioteki, zwykle otwierane były w późniejszych godzinach, więc dowiezieni uczelnianym autobusem z odległego miasteczka z zaimprowizowanego tam akademika, już po pierwszych godzinach wykładów byliśmy właściwie bezdomni w tym pięknym zabytkowym mieście. Wolny czas spędzaliśmy przeważnie w czytelniach, lub w okolicznych barach. A zdarzało się, że ten w niebie anioł regulujący zaworem deszczowym jakby specjalnie polewał nas  deszczem w najmniej stosownych chwilach. Najgorszy był ten rzęsisty, długotrwały, nie mówiąc już o ulewnych, czy wręcz nawalnych. Te zdarzały się coraz częściej właśnie o tej jesiennej porze, kiedy kończyły się dni ciepłe, a zaczynały te dżdżyste, październikowe. One były naszym największym utrapieniem.

Dzisiaj deszcz dopadł nas na Szczepańskiej. Ciężkie, metalowe drzwi ustąpiły pod naporem Januszowego ramienia i zeszliśmy stromymi schodami do jakiejś piwnicy w nadziei, że szyld z napisem „bar” nieomylnie zawiedzie nas do miejsca, gdzie przeczekamy przy herbacie największą nawałnicę. Zakamarki pomieszczeń piwnicznych okazały się nielichym labiryntem. Pod ścianami głównej, największej sali stały w nieładzie pojedyncze krzesła, jakby porzucone w czasie niespodziewanej ewakuacji. Zaś na środku, krzesła ustawione były parami i tworzyły coś w rodzaju  nędznie wyposażonej, prowincjonalnej szkolnej klasy.

Nagłe poruszenie na stromych schodach na szczęście zaskoczyło nas na zapleczu nieczynnego, ni to baru, ni to kącika gastronomicznego. Wczoraj porzucone szklanki i talerzyki czekały cierpliwie w zlewozmywaku na litościwą rękę barmanki i zasłużoną, odświeżającą kąpiel.

Odgłosy dochodzące ze stromych schodów, głośne narzekanie na paskudną pogodę i uwagi, że drzwi wejściowe zastali niespodziewanie otwarte mimo, że jakiś Tadeusz jest wyraźne uczulony na  bezpieczeństwo ich mienia wskazywały, że niechcący wpadliśmy w towarzyską pułapkę. Zamiast być na wykładzie akademickim mimo woli zostaniemy przypadkowymi świadkami jakiegoś towarzyskiego spotkania. Słyszeliśmy jeszcze szuranie krzesłami i odgłosy rozmów już niezbyt wyraźnych. Po chwili dobiegł nas wyraźny tupot nóg kogoś schodzącego po stromych schodach i zaraz usłyszeliśmy,

– Gdzie jest klucz? Kto zabrał mi klucz?  Jak tu weszliście skoro ja nie mam klucza? Co tu się dzieje?  – jakiś świszczący podniesiony głos zaczął swój lekko sepleniący solowy koncert.

– Ja już mam tego serdecznie dość. Na wczorajszej próbie ktoś zawieruszył moje notatki. Kiedyś znów zaginął mój ulubiony beret. Ja się pytam czy my zdążymy na czas z premierą, skoro ja czuję same kłody pod nogami. Panowie, niech mi ktoś powie, gdzie jest klucz od drzwi wejściowych.  Jak ktoś z nas stąd wyjdzie, wtedy każdy z ulicy będzie mógł wejść i pozabierać nasze notatki, garderobę, już sam nie wiem co. Wszystko, wszystko może wynieść.

– Panie Tadeuszu proszę sprawdzić w swojej kieszeni, tak w tej prawej kieszeni marynarki…

Właściwie nie robiliśmy nic złego, ale poczuliśmy się trochę nieswojo. Siedzimy z Januszem przyczajeni w zakamarkach jakiegoś baru i w razie odkrycia będziemy  wyglądać dziwnie w oczach tej dziwnej grupy. Delikatnie jak było to możliwe w tej sytuacji, podobnie jak wczoraj, będący w opałach w kolejnym odcinku Hans Kloss, przez szczelinkę we framudze drzwi, zajrzałem w głąb sali. Na krzesłach w tej improwizowanej salce szkolnej siedzieli całkiem dorośli ludzie, jakieś kobiety i nawet dwóch identycznych facetów, chyba bliźniacy jednojajowi, bo podobni byli do siebie jak dwie krople wody.

– Macie szczęście, faktycznie jest klucz w mojej kieszeni, ale czuję, że ktoś chyłkiem włożył mi go, żeby mnie tylko zdenerwować.

Stał pomiędzy siedzącymi w ławkach, jak stary belfer przed starymi uczniami. Był szczupły nad wyraz i niewielkiego wzrostu. Twarz pociągła z przesadnie wydłużoną brodą. Włosy zarzucał co chwilę z czoła na bok i czynność tę powtarzał co chwilę, nawet gdy włosy jeszcze trzymały się wierzchołka głowy. Plik luźnych notatek porzucił na stojące krzesło tak zamaszyście, że wiele z tych zapisanych stron sfrunęło wokół krzesła.

Siedzący obok „uczeń” rzucił się do pomocy i na kolanach zbierał fruwające białe liście.

– Proszę to zostawić. – zażądał kategorycznie.

– Czy ja prosiłem pana, żeby pan podnosił te kartki. Czy nie możecie zrozumieć, a przecież mówię o tym od samego początku naszej współpracy, że w tej sali, w czasie trwania próby, możecie robić tylko to co ja wam każę. Tak, każę, bo nie ma tu i póki żyję, nie będzie żadnej demokracji. Tu jest tylko moja dyktatura i kto z tym się nie godzi niech natychmiast opuści to pomieszczenie, – zamilkł.

– Sztuka, nad  którą zaczęliśmy prace, będzie sztuką o zasięgu ogólnoświatowym. Na tę sztukę przyjeżdżać będą do tego miasta i do wszystkich miast, gdzie będziemy ją grali, najwięksi znawcy teatru na świecie. Tak, tak, dobrze słyszycie, na świecie. I dzięki tej sztuce, tak moje nazwisko jak i wasze będą znane na cały świat, –  mówił tak zapalczywie i tak gestykulował, jakby odgarniał powietrze przed sobą, aby przedostać się do siedzących w ławkach.

– Dzięki mnie staniecie się nieśmiertelni, ja was zawiodę do źródła. Ja wam pokaże sens. Podążajcie za mną, a traficie w sedno. I nich mi nikt nie dyskutuje na próbach, niech nikomu nie przyjdzie do głowy mieć jakieś pomysły i propozycje, bo od pomysłów i propozycji jestem ja. Tylko ja. I ostatni raz was proszę, nie możecie wątpić we mnie. Inaczej pójdziemy osobnymi drogami. Wy pójdziecie szeroką i prostą drogą do celu, ale nikogo nie zainteresuje taka droga. I na niej mnie nie spotkacie. Bo jest łatwa i tania. A co tanie, to łatwe i nietrwałe. A ze mną pójdziecie ścieżką wąską i krętą, ale widoki z niej są oszałamiające. Ja was tą krętą i stromą ścieżką zaprowadzę do źródła. I u mnie nie ma miejsca dla wygodnych, ani aktorów, ani kostiumologów, ani scenografów, ani wygodnych widzów. U mnie jest miejsce dla całkowicie oddanych i podporządkowanych mnie, czyli idei teatru absolutnego. Widzowie jako najważniejsi, muszą być prowadzeni i podążać tuż za nami i to wy będziecie ich ostatnimi przewodnikami na tej ścieżce. Na początku ja, później wy, a na końcu, który równocześnie jest początkiem, widownia. Jeśli zdążą za nami, będą u źródła. I to od nas zależy czy poprowadzimy ich za sobą bezpiecznie, czy już na pierwszym zakręcie zwalą się w przepaść wyobraźni, –  usiadł na krześle i zawinął nogę o nogę jak bluszcz.

– Najważniejsze powtórzę jeszcze raz. Ja nie proszę was, ja wam rozkazuję, ja was biję po waszych mordach, po mordach facetów i po mordach kobiet. Bo wasze prywatne twarze na próbach mnie nie interesują. One są wasze po próbie, ale na próbie są moje i do mojej wyłącznej dyspozycji.  Tylko i wyłącznie moje i musicie mi je powierzyć z pełnym zaufaniem. I jak zechcę, będę je traktował jako mordy, lub jako najświętszy sakrament, ale to będzie moja indywidualna decyzja. Musicie mnie słuchać, bo inaczej sam zrobię tę sztukę bez waszej pomocy. Znajdę sposób, żeby bez was powiedzieć widowni o co mi chodzi. O co chodzi w sztuce. Może po latach postawią w Krakowie na pamiątkę naszej pracy specjalne muzeum – zamilkł, a oni pochylili głowy.

Jedynym organem, którym byliśmy w stanie poruszać to były nasze gałki oczne. W tej piwnicy, w tym skupieniu i zamurowaniu zauważyłem, jak wiele mogą wyrazić same oczy. Dokładnie tylko nimi porozumiewaliśmy się między sobą. Każde drgnienie powiek, każdy grymas brwi i rozszerzenie źrenic dawało inną informację.  Janusz na wszelki wypadek przykrył usta dłonią, żeby mieć pewność że żaden dźwięk nie wydobędzie się z ust bez jego woli. Znów zająłem stanowisko przy szczelinie.

Drobniutki dyktator siedział nadal na swym krześle. Palcami prawej ręki masował czoło. Jakby rozgrzewał zawartość czaszki, jakby pieścił i łagodził wzburzone fale wewnętrzne nieistniejącego oceanu. „Uczniowie” stali w nielicznych grupkach i choć nie patrzyli na swego mistrza czułem, że ta przedłużająca się cisza nie wróży nic dobrego.

– Precz, precz mi stąd! – wrzasnął.

– Widzę, że nie jesteście jeszcze gotowi do pracy, – machał rekami jak wiatrak. Gromadka bez słowa sprzeciwu pospiesznie opuszczała pomieszczenie. Kiedy przechodzili obok nas słyszałem jak kobieta mówi do bliźniaków,

– To faktycznie będzie umarła klasa.

Z głębi sali rozległo się wołanie,

– Szalik, gdzie jest mój długi, czarny szalik?


Wszystkie opowiadania Zenona Rogala

TUTAJ

No comments yet... Be the first to leave a reply!

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

%d bloggers like this: