Kalodont

Zenon Rogala


Jak wryty stałem przed wystawą Domu Książki. Na szablonowym plakacie zobaczyłem cień tajemniczego faceta w kapeluszu, jakieś ruiny miasta i krótkie jak strzał z pistoletu, trzyliterowe słowo „Zły”. Słowo jak hak, prawy sierpowy. Było też nazwisko autora, Leopold Tyrmand. „Spotkanie z pisarzem”. Przed laty w czasach szkoły podstawowej miałem już spotkanie z tym pisarzem, ale okoliczności były zgoła odmienne.

Staszek jak tylko wrócił z warsztatów, przed udaniem się na kolejną randkę, a właściwie przed randką z kolejną narzeczoną, miał zwyczaj prasować spodnie tak starannie, że żadna okoliczna mucha nie odważyła się usiąść na kantach nogawek odprasowanych przez niego „na brzytwę”. Widziałem więc z jakim trudem tłumił niezadowolenie kiedy ojciec powierzał mu nietypowe zadanie.

Ojciec siedział na swoim stołku w kuchni i „szewcował”, a zniewolony przez niego Staszek siadał na maminym stołeczku u jego stóp i głośno czytał podaną przez ojca książkę. Czytał wyraźnie i ze zrozumieniem. Dzisiaj czytał książkę inną niż zawsze. Kiedy czytał, sprawdziłem od spodu i na okładce zobaczyłem cień tajemniczego faceta w kapeluszu, jakieś ruiny miasta i krótkie jak strzał z pistoletu, trzyliterowe słowo „Zły”. Słowo jak hak, prawy sierpowy. Było też nazwisko autora, Leopold Tyrmand.

Akcja tej niesamowitej powieście to dzieje ludzi w powojennej Warszawie. Historia nocna i dzienna społeczeństwa, które nie może odnaleźć się  w nowej ustrojowej rzeczywistości. Ojciec nie tracił czasu na czytanie, tylko „szewcował”, a jednocześnie bacznie śledził losy warszawskiego „złego”. Chcąc nie chcąc, ale bardziej chcąc, słuchałem tej powieści z zapartym tchem i na czas staszkowego czytania odkładałem swoją lekturę, bo losy tajemniczego pogromcy zła wydały mi się ekscytujące. Trzymałem kciuki za tajemniczego pogromcę bandytów, złodziei, zwykłych opryszków, od których roiło się nocami w gruzowiskach powojennej zbombardowanej Warszawy. Pierwowzór amerykańskiego Supermana pojawiał się zawsze tam, gdzie próbowało zapanować zło. „Zły” nie spadał z nieba jak jego późniejszy amerykański koleżka. „Zły” pojawiał się znikąd i po wykonaniu wyroku znikał. Tak skutecznie karał przestępców, że służby milicyjne nie były w stanie ustalić kto tak skutecznie wyręcza je w likwidacji zwolenników zła. „Zły” był jak uosobienie gromu z ciemnego nieba uderzającego niespodziewanie i skutecznie w bandytów, chuliganów, pijaczków i nocnych Marków wszelkiej bandyckiej maści. Zapewniał im wykonanie skutecznej kary i wymierzał ją samowolnie, aby tryumfowała sprawiedliwość w tym bezbrzeżnym oceanie draństwa, korupcji, zdrady i cwaniactwa. Widać było, że losy bohaterów powieści wciągnęły również Staszka i kolejna narzeczona musiała czekać, aż kolejny bandyta doczeka się zasłużonej kary od nieznanego pogromcy.  

Ilekroć napis „Spotkanie z pisarzem” pojawiał się na wystawie Domu Książki zawsze budził moje licealne zainteresowanie i ciekawość. Nigdy jednak nie byłem tak zdopingowany jak dzisiaj, żeby koniecznie wziąć udział w spotkaniu z tym właśnie pisarzem. Dawne lata i emocje towarzyszące słuchaniu Staszkowego czytania jak żywe stanęły przede mną, a chęć choćby zobaczenia autora losów warszawskiego „złego” zapowiadały przeżycie czegoś jeszcze nieuświadomionego. Dzisiaj muszę przełamać zażenowanie i dyskomfort, które jak przewidywałem, będą mi towarzyszyć.  Wiedziałem, że będę prawdopodobnie jedynym z najmłodszych samodzielnie biorących udział w taki spotkaniu.

Wirujące schody zaprowadziły mnie na pięterko do sali wyznaczonej  na spotkanie. Dom Książki dysponował stosowną powierzchnią, konieczną do szerzenia kultury poprzez organizowanie imprez promujących czytelnictwo. Spotkania z twórcami to była bardzo częsta praktyka. Sala była właściwie klubo kawiarnią, a jej wyposażenie to stoliki i niezbyt wygodne fotele. W oczekiwaniu spodziewanej licznej publiczności przewidziano nawet miejsca dodatkowe, to te pod ścianą ustawione krzesła, a wysunięty pod okno stolik z dwoma fotelami, to prawdopodobne miejsce dla autora „Złego”.

Wszedł dość pewnie, witany z początku nieśmiałymi oklaskami, ale kiedy już doszedł do stolika, coraz bardziej rzęsiste brawa zatrzymały go na chwilę przy krawędzi. Usiadł zanim owacja umilkła. Był ubrany elegancko. Garnitur, biała koszula i obowiązkowy krawat. Nosił grube ciemne oprawki okularów i co chwilę poprawiał spadające na czoło dość gęste, czarne włosy. Pisarza powitała pani kierowniczka i po słowach, że zaszczyt, że honor, że znany pisarz z Warszawy, że jesteśmy dumni, że do prowincjonalnego miasteczka, że spotkanie będzie na pewno ciekawe i że prosi o żywą dyskusję na temat twórczości pisarza, usiadła obok i oddała głos pisarzowi.

Szczupły pan w okularach, w maleńkiej marynarce miał nieśmiałą pretensję do autora, że jego książki są zbyt grube. Nawet rozstawił palce prawej dłoni i wskazał kilkucentymetrową miarkę.

– Cegła, – powiedział.  

– W tę przerwę śmiało zmieściłaby się cegła, – był bezlitosny.

– O połowę, proszę, o połowę mniej – usiadł i skulił się w fotelu.

To była zuchwałość. Jak można tak ciekawą fabułę skracać. Jakże świadomie miałby autor pozbawiać czytelnika grubej pajdy literackiego chleba. Zwłaszcza jeśli taka najbardziej smakuje czytelnikowi. Po chwili atmosfera spotkania zrobiła się całkiem swojska. Pani kierowniczka była wyraźnie zadowolona z publiczności. Pisarz opowiadał nowinki wprost ze Związku Literatów Polskich i przyznał, że zna osobiście Marka Hłaskę, oraz to, że sam przygotowuje się do wyjazdu na zagraniczne zaproszenie. Serce we mnie zamieniło się w kowalski młot.

– Jaka pastą czyści pan zęby? – już się stało, już pytanie padło, już Leopold Tyrmand musi mi odpowiedzieć. Skandal wisiał w powietrzu. Wszyscy patrzyli na mnie z pogardą. Czekałem pod ścianą na rozstrzelanie.

– Oczywiście marki Kalodont, – jego uśmiech pamiętam do dzisiaj.


Wszystkie opowiadania Zenona Rogala

TUTAJ

No comments yet... Be the first to leave a reply!

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

%d bloggers like this: