Uncategorized

„Zrobiłoby się remont, ale jak Żydzi przyjdą i zechcą odebrać?

Wtedy papier na nic”. Mienie pożydowskie w Polsce

31 lipca 2021 | 17:39Jeden z najbogatszych osięcińskich Żydów, członek rady kahału, Baruch Hoffer, z pionowo odciętą połową siwej brody, którą trzyma żona

Jeden z najbogatszych osięcińskich Żydów, członek rady kahału, Baruch Hoffer, z pionowo odciętą połową siwej brody, którą trzyma żona (Fot. United States Holocaust Memorial Museum)

Po wojnie kto chciał, ten brał, tak tu było – mówi mi Barbara Skroś, która jest i nie jest właścicielką mieszkania przy placu Wolności 20. Jej rodzice przeprowadzili się do podzielonej na sześć domostw czynszówki z pobliskich Jarantowic. Wcześniej gnieździli się w dobudówce do młyna bogatych Żydów, Poznańskich. Po 1945 r. zamieszkali w ich kamienicy w samym centrum miasteczka naprzeciw kościoła. Nieformalnym gospodarzem domu został „pan Adam”, który przejął wcześniej stojącą na tyłach kamienicy żydowską olejarnię.

– Wszystkie domy na placu były czysto żydowskie – mówi mi Marek Walczak, osięciński fryzjer. Wychował się pod dwudziestką, a teraz prowadzi w parterze zakład z jednym fotelem i lustrem. – Po wojnie władza sprzedawała lokale za symboliczną złotówkę. Kto kupił, tego wpisywali w księgi. Tej kamienicy nie sprzedali, bo jeszcze żyła wnuczka właścicieli, Estera z Poznańskich Prusinowska. No i tak zostało, że dom jest jakby niczyj.

Sprawdzam w urzędzie gminnym. Mają tam fajną mapę przerobioną z Google’a. Na zdjęciu satelitarnym niespełna trzytysięcznego miasteczka starczy kliknąć w odpowiedni dach i wyświetla się status: metraż działki, budynku, numer księgi wieczystej, nazwisko właściciela. W przypadku kamienicy dwudziestki – „właściciel nieustalony”.

– Ludzie od wojny mieszkają tam, bo mieszkają – mówi mi zastępczyni wójta Monika Fabisiak. – Nie płacą nikomu czynszu. Rządzą się we własnym zakresie.

Tego się nie odkręci

Awantura zaczęła się z cicha, jakby pełzająco. W 2015 r. Trybunał Konstytucyjny zakwestionował brak ograniczeń czasowych przy stwierdzaniu nieważności wadliwej decyzji administracyjnej. Nikogo to wówczas nie podnieciło. Sześć lat później, miesiąc temu, Sejm znowelizował kodeks postępowania administracyjnego. Zgodnie z nowelą decyzje urzędnicze wydane 30 lat temu i wcześniej będą niewzruszalne. Jeszcze podczas prac nad projektem amerykański chargé d’affaires Bix Aliu napisał do marszałek Sejmu, że nowe prawo zamknie ocalonym z Holocaustu drogę do dochodzenia roszczeń za mienie bezspadkowe. Elżbieta Witek odpowiedziała, że „działania dyplomatyczne obcych państw mające na celu wywarcie wpływu na proces legislacyjny w Polsce są głęboko nieuprawnione”. Premier Morawiecki dodał, że pod jego rządami „Polska nie zapłaci ani złotówki, ani euro, ani dolara”, ponieważ spadkobiercą osób zmarłych bezpotomnie i bez testamentu jest, zgodnie z prawem, skarb państwa – i kropka. A Holocaust to Niemcy.

1 lipca członkowie Młodzieży Wszechpolskiej wysypali pod ambasadą Izraela tonę gruzu, w którą wetknęli tabliczkę: „Oto wasze mienie”. Na Facebooku wszechpolacy dopisali jeszcze: „Troszkę przekroczyliśmy wartość tego, co zostało po wojnie, ale (…) reszty nie trzeba”. Izraelczycy się zdenerwowali. Szef MSZ Jair Lapid oświadczył, że nowe polskie prawo „to hańba i poważny błąd”, który „uderzy w stosunki między naszymi państwami”. W odpowiedzi wiceszef polskiego MSZ Paweł Jabłoński wezwał kierującą ambasadą Izraela Tal Ben-Ari Yaalon i przekazał jej przetłumaczoną na angielski nowelizację razem z zapewnieniem, że ta nie jest wymierzona w prawa ocalonych i ich spadkobierców, służy jedynie zablokowaniu dzikiej i przestępczej reprywatyzacji. Budynki kupione, skomunalizowane lub upaństwowione przed 30 laty (i wcześniej) mają takimi pozostać, by lokatorzy mieszkali w spokoju. Co do nieruchomości ofiar Holocaustu, te przeszły na skarb III Rzeszy, a potem – państwa polskiego. I tego się już nie odkręci.

Ani Żydzi Polakom, ani Polacy Żydom nie pokazali w tym sporze żadnego przykładu mienia prawdziwie bezspadkowego. Żadnej kamienicy czy działki, która została po ofiarach Szoah i nikt (rodzina, gmina, skarb państwa) jej dotąd nie przejął. To nie znaczy, że takich przypadków nie ma. Są – tylko nie wiadomo jak wiele. Trzeba to sprawdzać ręcznie. Sprawdziłem. Wybrałem Osięciny, bo byłem tam w latach osiemdziesiątych. Została mi w pamięci XIX-wieczna kamienica z otworami w murze, przez które nieczystości spływały z założonych domowym sposobem wucetów prosto na podwórko. Nawet w tamtym czasie to się nie zdarzało. Zapytałem kogoś: „jak można?”. Usłyszałem, że dom nie ma ani kanalizacji, ani właściciela. O Żydach nikt wtedy nie mówił, nie pytał, nie wiedział.

Adela opluta na Rynku

Tymczasem Osięciny, Radziejów, Aleksandrów, Brześć Kujawski… to były sztetle w przedwojennym województwie warszawskim, a po 1939 r. – w niemieckim Kraju Warty, który ciągnął się aż po Kutno i Łowicz. W 1921 r. w Osięcinach mieszkało 436 Żydów i 384 chrześcijan. Ci pierwsi przybyli w XVII wieku z Niemiec i Holandii, byli drobnymi kupcami i rzemieślnikami. W XIX w. przyjechali liczniejsi, wysiedlani z głębi Cesarstwa Rosyjskiego (tzw. Litwacy) trudniący się m.in. złotnictwem i przepisywaniem na pergamin krótkich fragmentów Tory. Te umieszczano potem w mezuzach przy wejściu do tysięcy żydowskich domów w szerokiej okolicy. Na osięcińskich futrynach też jeszcze widać ich ślady. Miasteczko zwane było w jidysz Ort Tora. Stała tu kryta blachą bożnica z emporą dla kobiet (po wojnie zamieniona w sklep); był bet midrasz (cheder) do studiów talmudycznych dla chłopców i mężczyzn, przy nim pierwsza w mieście latarnia. Była mykwa (rytualna łaźnia) i jesziwa rabina Dawida Zalmana; był też cmentarz zwany przez chrześcijan „kircholem” – dziś macewy z niego utwardzają drogę z Osięcin do Borucinka

Prócz pochylonych nad Torą chasydów-chałaciarzy zrzeszonych w Agudas Szlojmej Emunej Jisroel (Związek Prawdziwie Wiernych Izraelowi) mieszkali tu i Żydzi świeccy, chodzący po ulicy w spodniach i marynarkach. Działały: żydowska kasa chorych; kółko teatralne i biblioteka; lewicowy związek syjonistyczny dowodzony przez Lejbusza, syna pielęgniarza, i organizacja syjonistów-prawicowców Betar, której przewodził Yitzhak Poznański, syn bogacza spokrewnionego z łódzkim królem bawełny, Izraelem. Ów bogacz, główny rabin Osięcin Gershon Poznański z linii Sochaczewerów, był właścicielem kamienic (między innymi tej na dzisiejszym placu Wolności 20) oraz dwóch wielkich młynów, które zaopatrywały w mąkę koszerną Włocławek, Łódź i Warszawę.

Mieszkała też w Osięcinach Adela Rejchert, nazywana przez swoich „szaloną”, ponieważ od lat nastoletnich zadawała się głównie z gojami. Po ukończeniu lat 20 uciekła z miasteczka wraz z chrześcijaninem, którego nazwiska nikt już nie pamięta. Czytam rozdział o niej w opublikowanej jedynie po niemiecku autobiografii osięcińskiego Żyda Rafaela Olewskiego pt. „Tor der Tränen” (Wrota łez). Nie ma tu zdjęcia Adeli, są inne. Oto mieszkający w Rynku rabin Abram Noeh Najman z córką: brodaty starzec o lasce i uśmiechnięta brunetka z wielkim, secesyjnym kokiem. Niżej zdjęcie jednego z najbogatszych osięcińskich Żydów, członka rady kahału, Barucha Hoffera, z pionowo odciętą połową siwej brody. Za nim stoi roześmiany umundurowany Niemiec, który prawdopodobnie kazał mu tę brodę zgolić. Data: „krótko przed deportacją 1942″. Adela była już wtedy z powrotem w mieście. Według Olewskiego gestapo przywiozło ją spod Szczecinka, gdzie żyła – wychrzczona – podając się za etniczną Polkę. „Oficer odpowiedzialny za kwestię żydowską wezwał nas wszystkich na Rynek i tam wyjaśnił, że zgodnie z narodowosocjalistycznym prawem Rzeszy i wolą Adolfa Hitlera żaden Żyd czy Żydówka nie ma prawa opuszczać społeczności, w której się urodzili”. Teraz będzie kara. Wyczytani po imieniu krewni Adeli musieli kolejno podchodzić i pluć na „szaloną”. Po tym incydencie Rejchert faktycznie zwariowała.

Niezręcznie za plecami prywatyzować

Ostateczną wywózkę poprzedziło uroczyste palenie ksiąg z bożnicy i chederu, rozbiórka żydowskiego cmentarza, zamiana synagogi na warsztat stolarski. Do tego „łaty” z gwiazdą Dawida na piersiach, liczne kontrybucje na rzecz III Rzeszy, zakaz chodzenia chodnikiem i mniejsze, wstępne wywózki – na przykład do obozu pracy w Mogilnie (tam pojechał Olewski).

– Wreszcie jednego dnia Niemcy i policjanci zapędzili Żydów do kościoła – wspomina wydarzenia z 16 kwietnia 1942 r. Barbara Skroś. Kościół jest murowany, od kamienicy z numerem 20 oddziela go trawnik i szosa. Niecałe cztery setki Żydów zmieściły się tam bez problemu. – Od strony Izbicy przyjechały ciężarówki, całe metalowe. Niemcy ich wpychali, aby jak najwięcej, ubijali kolbami, jak bydło, jak worki z piaskiem. Płacz był, krzyki, błagania. Później domy po Żydach rozdysponowali. Naszą kamienicę, razem z olejarnią, dostał niejaki Radke. Niemiec albo folksdojcz. Uciekł w czterdziestym piątym.

– Po wojnie Żydzi, którzy się gdzieś przechowali, zamieszkali w domu naprzeciw dzisiejszej Biedronki – mówi mi fryzjer Walczak, gdy zamawiam u niego strzyżenie z podgoleniem. – Tylko że w lasach za Orlem siedzieli jeszcze bandyci. Akowców udawali, ale to byli zbóje. Wjechali tu naraz nocą i resztę Żydów zabili. Wszystkich, prócz jednej osoby.

– Pan powie o Prusinowskiej i o „panu Adamie”.

– Nazywał się Naparty i podobno przechował Prusinowską w Łodzi. Dlatego mu zostawiła i dom, i olejarnię. A sama wyjechała wnet do Izraela.

– Nie chciała domu sprzedać?

– Myślała, że może wróci albo jej potomkowie. Kazała nowym lokatorom, czyli mym rodzicom i Skrosiom, i Napartym, i takim Szymkowskim, dbać o to jak o swoje. No i rodzice dbali. Byliśmy tu inicjatorami przyłączenia wody, bo do lat siedemdziesiątych brało się tylko z pompy, która w Rynku stoi.

Mówię fryzjerowi, że Szymkowskich – brata i siostrę – znałem osobiście. W latach osiemdziesiątych on odnawiał kościoły, ja – student konserwacji – byłem pomocnikiem. Walczak się robi cieplejszy. – Z tą symboliczną złotówką po wojnie, to powiem panu prawdę, nie było tak łatwo wcale. Domy pożydowskie szły, ale za łapówy dla ówczesnej władzy. Wiem to od rodziców. Jeszcze za Gomułki przepisy robili.

– Dziadek mógł tę kamienicę pod dwudziestką kupić, a nie chciał – mówi mi wnuczka Adama Napartego, która mieszka w Rynku. – Po pierwsze, za komuny dużo mieć to nie było najlepiej widziane. A dziadek miał już tartak i tę olejarnię. Po drugie, Prusinowska pisała z Izraela; pytała, czy dziadek dba, jak kazała. Niezręcznie by było pisać do niej, że wszystko w porządku, tymczasem za plecami dom sprywatyzować.

Prusinowska nie żyje co najmniej od 40 lat. Pytam lokatorów, jak się mieszka w „niczyim”.

– Normalnie, tylko bez czynszu – mówi Barbara Skroś. – Prąd, wodę, wywóz śmieci, wszystko trzeba płacić. Łazienki porobiliśmy sami, olejarnię rozebraliśmy, postawiliśmy garaż, pan widzi…

Widzę. Dziur, przez które płynęły fekalia, już nie ma – zamurowane. W miejscu tłoczni oleju stoi na podwórzu niebieski volkswagen i gumowy basen w tym samym kolorze. Wnętrza niewielkich mieszkań wołają o remont, ale widziałem w Osięcinach lokale w gorszym stanie.

– My już swoje mieszkanie na córkę przepisaliśmy – mówi mi dalej Skroś.

– W urzędzie?

– U notariusza, prywatnie. Że przez zasiedzenie. Ma teraz córka papier. Zrobiłoby się nawet generalny remont, ale jak Żydzi przyjdą i zechcą odebrać? Wtedy papier na nic.

– Słyszałem, że pani Prusinowska zmarła bezpotomnie.

– Tak, ale mało oszustów od fałszywych roszczeń? Przyjedzie taki – i oddaj! No… można by i oddać – tylko nie ma komu.

Może – bo szalona, może – bo ochrzczona

23 lipca nowelizację kodeksu przyjął Senat. Wprowadził dwie poprawki. Pierwszą jest trzymiesięczne vacatio legis. Druga zakłada, że sprawy reprywatyzacyjne i odszkodowawcze w toku – a są ich dwa tysiące – będą dokończone. Jednak nawet w przypadku uznania roszczeń nie będzie zwrotu w naturze. Tego samego dnia izraelski „Haarec” podał, że rząd w Jerozolimie poprosił administrację USA o zablokowanie nowych przepisów wszelkimi środkami. Efekt: 12 senatorów z USA zaapelowało do prezydenta RP, by nie podpisywał noweli. Na razie wraca ona do Sejmu.

Wywiezieni z Osięcin Żydzi pojechali do odległego o 60 km obozu zagłady SS-Sonderkommando Kulmhof. Jeżeli ciężarówki miały faktycznie metalowe budy (jak zapamiętali z opowieści rodziców Barbara Skroś i fryzjer), mogły to być używane od grudnia 1941 r. mobilne komory gazowe. To by oznaczało, że do Chełmna nad Nerem dojechały zwłoki.

„Jedną osobą”, która przeżyła powojenną egzekucję ocalonych, była Adela Rejchert. Może dlatego, że szalona, a może – bo ochrzczona. Sprawcy – wbrew wiedzy i pamięci fryzjera Walczaka – nie byli „udawanymi akowcami”, ale oddziałem kilkunastoosobowej organizacji o dumnej nazwie nazwie Pułk Ziemi Kujawskiej AK. Feralnej nocy z 29 na 30 września 1945 – a więc już po rozwiązaniu ogólnopolskiej AK przez gen. Okulickiego – dowodził nimi 17-letni (!) Jerzy Gadzinowski „Szary”, którego biogram widnieje na stronie „żołnierzy wyklętych” z nagłówkiem „Bohaterowie” w witrynie IPN.

Poza szaloną Adelą z „domu naprzeciw Biedronki” uratował się jeszcze jeden Żyd. Ranny opuścił Osięciny na zawsze. 22 lutego 1946 Sąd Wojewódzki w Poznaniu na sesji pokazowej w Bydgoszczy skazał „Szarego” na śmierć m.in. za zabicie w Osięcinach rzeźników Mosze Borkowicza i Moryca Gutowskiego. W chwili rozstrzelania Gadzinowski miał 18 lat i trzy miesiące. Pochowano go w wykopanym nocą dole, gdzieś w okolicach Fordonu.

W dzisiejszych Osięcinach nie ma żadnego upamiętnienia 400 lat historii tutejszych Żydów. W synagodze działa sklep z ciuchami na wagę, w miejscu chederu stoi nowa kamienica, w miejscu „kirchola” rośnie kukurydza, na utwardzonej macewami drodze do Borucinka leży nowy asfalt.

Pytana, co będzie z kamienicą nr 20, zastępczyni wójta Monika Fabisiak wzrusza ramionami: – Nikt nie ma pomysłu, co dalej.

Piotr Głuchowski

„Zrobiłoby się remont, ale jak Żydzi przyjdą i zechcą odebrać?

Kategorie: Uncategorized

Leave a Reply

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.