Uncategorized

Głowy żydowskiego kupca nigdy nie znaleziono.

Jacek Dehnel odkrywa tajemnice morderstwa sprzed lat

30.10.2021 Warszawa , ul. Mokotowska 73 . Były lokal Towarzystwa Filatelistow . (Fot. Martyna Niećko / Agencja wyborcza.pl)Nocny stróż słyszy głośne łupnięcie – biegnie, znajduje dużą paczkę, przerzuconą przez ogrodzenie od strony pobliskiego bazaru, słynnego Kercelaka. Po odwinięciu papieru okazuje się, że w środku jest odrąbana ludzka noga.

Kryminalne tajemnice dawnej Warszawy – to nowy cykl redakcyjny Gazety Stołecznej tworzony przez Jacka Dehnela. Co dwa tygodnie publikujemy jeden odcinek mrocznych, krwawych, a może się zdarzyć – i zabawnych historii stolicy sprzed 100 lat. Będą gangsterzy, oszuści, mordercy, frajerzy i cwaniaki. Jacek Dehnel przy ich pisaniu korzysta głównie z przedwojennego  tygodnika kryminalno-sądowego „Tajny Detektyw”, który był wydawany w latach 1931-35.

Rok. 1918. Styczniowa noc – a sto lat temu noce styczniowe były przenikliwie mroźne – wisiała nad Warszawą. Znikli już carscy stójkowi, w mieście rządzili Niemcy, a wszyscy byli wymęczeni czwartym rokiem wojny światowej, o której nikt jeszcze nie wiedział, że była dopiero pierwszą z dwóch. Nikt również nie wiedział, że grypa, której pierwszy przypadek odnotowano w dalekim Kansas, jako słynna „hiszpanka” pochłonie więcej ludzkich istnień, niż wszystkie okopy i bombardowania tej wojny.

Pakunek, a w środku ludzka noga

Na razie jednak w Warszawie jest względnie spokojnie. I spokojnie jest w ogrodzie Szpitala Wolskiego (nie tego, który dziś tak nazywamy, ale nieistniejącego już budynku, który wzniesiono jako dom sierot na mocy testamentu Staszica; na jego miejscu dziś wznosi się kompleks Spark). Nocny stróż pewnie woli się ogrzewać zamiast wystawać na zimnie. W pewnym momencie jednak słyszy głośne łupnięcie – biegnie, znajduje dużą paczkę, przerzuconą przez ogrodzenie od strony pobliskiego bazaru, słynnego Kercelaka. Dozorca może się rozgląda, unosząc wysoko latarnię, może drapie po głowie – w każdym razie niesie pakunek do środka, do szpitalnej kancelarii. Tam, po odwinięciu papieru, okazuje się, że w środku jest odrąbana ludzka noga.

Drugą nogę odkryto w Ogrodzie Saskim, a konkretnie: u hrabiów Zamoyskich, w podwórzu pałacu Błękitnego. Tułów wydobyto nieco później z ustępu jednej z kamienic na Lesznie.

Głowy i rąk wprawdzie nie znaleziono, ale policja i tak wiedziała, z kogo zrobiono tę makabryczną układankę.

Jakób Łabędź i jego szczęście

Wszystko zaczęło się w trzypiętrowej, dość eleganckiej kamienicy przy Chłodnej 24 (dziś nieistniejącej; stała blisko skrzyżowania z Żelazną, gdzie w czasie kolejnej wojny wzniesiono kładkę, łączącą dwie części getta).

Mieszkał tam Jakób Łabędź, agent handlu węglem. Łabędź pochodził z zamożnej i szanowanej żydowskiej rodziny, jego brat Szlama, czyli Salomon, był właścicielem kamienicy i prezesem Towarzystwa przeciw Nędzy Wyjątkowej „Bajs Lechem” (dom chleba), żydowskiej organizacji dobroczynnej, rozdającej żywność głodującym ubogim. Jakóbowi powodziło się nieco gorzej – nie w sensie majątkowym może, bo radził sobie znakomicie, a w dodatku w 1915 roku wyjechał do Rosji i dorobił się fortuny na dostawach wojskowych. Ale osobiście i owszem: żona porzuciła go dla innego, a po rozwodzie rozpoczął „życie kawalerskie”, stając się stałym gościem w sferach warszawskich birbantów. Po dwóch latach pobytu w Rosji wrócił do okupowanej przez Niemców Warszawy i znów zarabiał bardzo dużo jako dostawca węgla na wielką skalę. Wprowadził się do kawalerskiego – czy raczej: rozwodniczego – mieszkanka przy Chłodnej, a całe wieczory i noce trawił w gronie „złotej młodzieży” (choć sam liczył już lat 47) na zabawie w lokalach i domach gry, bo hazard okazał się jego wielką namiętnością. Mówiono, że pod gorsem koszuli nosi na piersiach woreczek pełen pieniędzy.

Paczka w piwnicy, a w niej klucze

W pewien styczniowy dzień stróż kamienicy przy Chłodnej 24 zdał sobie sprawę, że od sześciu dni nie widział lokatora, a jego mieszkanie pozostaje zamknięte. Pobiegł cztery domy dalej, na Chłodną 16, gdzie mieszkał Salomon Łabędź – brat zaginionego wprawdzie stwierdził, że zamki były nienaruszone, ale sprawa wydała mu się wielce niewyraźną i na wszelki wypadek wezwał milicję miejską. A ta stwierdziła, że wewnątrz panuje porządek, a na stole stoi przygotowana zawczasu i nietknięta kolacja. Zawiadomiono więc wszystkie komisariaty miejskie i prezydenta policji niemieckiej.

Im bardziej się w tę historię zagłębiamy, tym bardziej widać, że jest historią o stróżach i dozorcach, których praca w ówczesnej Warszawie polegała najwyraźniej nie tylko na zamiataniu podwórza i odstraszaniu włamywaczy, ale także na odkrywaniu makabrycznych znalezisk. 20 stycznia, cztery dni po komisyjnym otwarciu drzwi do mieszkania Łabędzia, taki właśnie przykry wypadek przytrafił się stróżowi wychodzącej na arkady mostu Poniatowskiego kamienicy przy alei Trzeciego Maja 14 (jako jedyna z całej pierzei przetrwała wojnę i przylega dziś do paskudnego molocha Nordic Park).7 ZDJĘĆKamienica przy alei 3 Maja 14 w Warszawie Fot. Dawid Żuchowicz / Agencja Wyborcza.pl

Zszedł do piwnicy, żeby odszukać jakieś narzędzia, potrzebne przy remoncie domu, i natknął się tam na paczkę, wrzuconą przez jedno z tych niskich piwnicznych okienek, którymi przed zimą zsypywano węgiel. Paczka ta zawierała bieliznę, garnitur i obuwie męskie – pisał „Tajny Detektyw”. – Wydostawszy się na światło dzienne, dozorca ze zgrozą zobaczył, że wszystkie rzeczy przesiąknięte były skrzepłą krwią. Zaniósł je czym prędzej na komisariat, gdzie ustalono, że są to ubrania zaginionego Jakóba Łabędzia. Znaleziono w nich klucze do jego mieszkania, a także kluczyk do skrytki w banku Landaua przy Senatorskiej

Nie natrafiono natomiast ani na pieniądze, ani na dokumenty.

Blady Józek vel Cykor, vel Sikor, vel Zukier

Tymczasem w kolejnych dniach zaczęły się pojawiać części ciała nieszczęsnego hazardzisty, milicja rozpoczęła energiczne śledztwo, a z Berlina przysłano specjalnie doświadczonych kryminologów.

Okazało się, że wieczorem, 11 stycznia Jakób Łabędź spotkał się pod domem z niejakim Bladym Józkiem. Inaczej niż w piosence Wiesława Dymnego „Pięć i pół Bladego Józka” ten był tylko jeden, za to występuje w artykułach prasowych pod trzeba różnymi nazwiskami, jako Cykor, Sikor i Zukier. Był to młodzieniec o złych instynktach, absolwent prawa i student medycyny, hulaka bawiący się zawsze na rachunek innych, ponieważ nigdy pieniędzy nie miał, a zawsze brnął w długach, w dodatku przyłapany kiedyś na kradzieży kieszonkowej. Łabędź z Bladym Józkiem spędzili cały wieczór w cukierni „Bristolu”, gdzie schodzili się wówczas gracze hazardowi i szulerzy, a stamtąd razem ruszyli na Mokotowską 73 – oficjalnie był to lokal Towarzystwa Filatelistów, a w rzeczywistości dom gry, spelunka, w której szpicle niemieccy wyciągali informacje od graczy. To tu był lokal, w którym bawił się kupiec Jakób Łabędź 

Tej nocy Łabędziowi szła karta i cieszył się wysokimi wygranymi. Gracze czynili mu ironiczne uwagi, że wygrywa w karty, a przegrywa w miłości, na co odpowiedział: – Ale dziś dopisuje mi szczęście również w miłości. Młoda niewiasta oczekuje mnie właśnie niecierpliwie i dlatego muszę się pospieszyć z wyjściem.

Niewiasta, oczekująca w dorożce na rogu Książęcej, zobaczyła szczęściarza z kieszeniami pełnymi banknotów i – jak usłyszał kolejny już nocny stróż w tej opowieści – rzuciła mu: „Panie Jakóbie, pan jest bardzo niepunktualny.” Była to dwudziestosześcioletnia Ludwika Marczakówna, z zawodu krawcowa, kelnerka w kawiarni przy Złotej 22 (dziś wznosi się tam Pałac Kultury), kobietka ładna, wielce obrotna i ciesząca się powodzeniem u panów – w tym u Bladego Józka, który wyszedł z domu gry w ślad za kolegą.

I tyle.

Zeznania na łożu śmierci

Zwłoki Łabędzia poskładano, acz nie w całości. Józek zniknął, kiedy ktoś w knajpie, komentując jego nowe bogactwo, zażartował, że pewnie ograbił kolegę, z którym wyszedł z domu gry. Do Marczakówny władze nawet dotarły i ją zaaresztowały z braku alibi na feralną noc z 11 na 12 stycznia, ale zawierucha wojenna sprawiła, że sprawie nie nadano biegu, kelnerkę zwolniono, akta przepadły. I już tylko warszawscy dozorcy powtarzali sobie historie o znajdowanych tu i ówdzie nogach. Ale na tym nie koniec.

Dziesięć lat później, w roku 1928, na policję w Pułtusku zgłosił się chorąży Stanisław Świrski i oświadczył, że jego żona, Ludwika, w noc poślubną zdradziła mu, że kiedyś pomogła sprzątnąć pewnego kupca, bo znudziło się jej z nim romansować. Z ksiąg parafialnych wiadomo, że ślub brali w czerwcu 1919 roku, więc chorąży nie spieszył się z doniesieniem, ale teraz rozstawał się z Ludwiką i postanowił w dogodnej chwili zrzucić ciężar z serca. Że jednak domagał się, żeby uznano to za wiadomość anonimową, donosu nie przyjęto, a sprawie nie nadano biegu. Miesiąc później to samo zeznanie złożył w Warszawie, tym razem już z podpisem. Przetrzepano archiwa, przypomniano sobie nazwisko Łabędzia, ale akt nie odnaleziono i ujęta Marczakówna została ponownie zwolniona.

Wreszcie kolejne cztery lata później, w 1932 roku, do Warszawy dotarła wiadomość z Francji, a właściwie z Gujany Francuskiej. Blady Józek, którego w Paryżu skazano na ciężkie więzienie za napad rabunkowy, i zesłano do słynnej kolonii karnej na Diabelskiej Wyspie, rozchorował się ciężko (co nie dziwi, zważywszy, że w szczycie umieralność w kolonii dobijała do 75 proc.)  i przed śmiercią złożył zeznania przed naczelnikiem więzienia. Otóż wspólnie z pewną kobietą – sugerowano, że wiadomo, kim była – zwabił Łabędzia nad Wisłę, pod arkady mostu Poniatowskiego, i tam go zamordowali.

Józek, jako student medycyny, zajął się fachowym rozczłonkowaniem zwłok. Nie wyjaśnił ani czy podrzucał je tu i ówdzie sam, czy z koleżanką, ani gdzie ukrył ręce i głowę ofiary.

O sprawie rozpisywało się mnóstwo gazet, które potem nagle przycichły – brak informacji, by Marczakówną postawiono przed sądem i skazano. Widać wieści z dalekiej Gujany nie okazały się tak oczywiste, jak roili sobie redaktorzy brukowców.

Za: „Tajny Detektyw” 35/1932, 28 VIII 1932; „Ilustrowana Republika” 2 III 1928, „Głos Trybunalski” 9 III 1928, „Ilustrowany Kurier Codzienny” 25 VIII 1932, księga ślubów parafii Wszystkich Świętych w Warszawie, akt 371/1919.

Kategorie: Uncategorized

Leave a Reply

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.