Uncategorized

Którędy na ulicę Krokodyli? Literackie obrazy Drohobycza

Przyslal Adam Mer

Drochobycz

Serhij Żadan w swoim eseju o tym mieście pisał: „W Drohobyczu wszyscy mieliśmy jednego i tego samego znajomego. Nazywał się Schulz”. Schulz rozsławił Drohobycz na cały świat, lecz to galicyjskie miasteczko zapisało się w historii literatury nie tylko za sprawą autora „Sklepów cynamonowych”.

Niewiele jest miast tej wielkości w Europie Środkowo-Wschodniej, z którymi związanych byłoby aż tylu znaczących twórców i które obrosłoby tyloma mitami. Dla polskiej literatury nadrzędnym z nich jest mit onirycznego i niezwykłego miejsca, archetypu miasteczka z prozy Brunona Schulza. Przypomnijmy więc, jak opisywał je w „Republice marzeń”:

Tam, gdzie mapa kraju staje się już bardzo południowa, płowa od słońca, pociemniała i spalona od pogód lata, jak gruszka dojrzała – tam leży ona, jak kot w słońcu, ta wybrana kraina – to miasto jedyne na świecie. […] Miasto to i kraina zamknęły się w samowystarczalny mikrokosmos, zainstalowały się na własne ryzyko na samym brzegu wieczności.

Franko i gorączka nafty

Iwan Franko, fot. Wikimedia Commons

Jest bardzo prawdopodobnym, że gdyby przeprowadzić grę w literackie skojarzenia wśród ukraińskich czytelników, to pierwszym wskazaniem odnośnie Drohobycza nie byłoby „miasto Brunona Schulza”, lecz „miasto, w którym uczył się Iwan Franko”.

Franko, jeden z najwybitniejszych ukraińskich literatów urodził się w nieodległej od Drohobycza wsi Nahujowice. Pochodził z rodziny chłopskiej i w młodości wygrał los na loterii awansu społecznego: został wytypowany spośród rodzeństwa jako ten, który zdobędzie gruntowne wykształcenie.
Franko uczył się w c. k. Wyższym Gimnazjum Realnym im. Franciszka Józefa (którego patronem w II RP został Władysław Jagiełło – to ta sama szkoła, do której chodził i w której później nauczał Bruno Schulz). Jednym z jego szkolnych kolegów był Maurycy Gottlieb – jeden z najwybitniejszych żydowskich malarzy XIX wieku; tu poznał także Wasyla Stefanyka, również w przyszłości zasłużonego dla ukraińskiej literatury.

Marian Hemar stwierdził, że Drohobycz to było „półtora miasta” – pół polskie, pół żydowskie, pół ukraińskie. W czasie gimnazjalnej edukacji Franki skład etniczny nie rozkładał się jednak tak równomiernie: nieco ponad połowę mieszkańców stanowili Żydzi, na drugą połówkę składali się Rusini (jak jeszcze wtedy nazywano Ukraińców) i Polacy – z lekką przewagą liczebną na korzyść tych pierwszych. Mimo to, w czasach Franki gimnazjum było bastionem polonizacji miasta, a Franko pisał w liście do przyjaciela, że w Drohobyczu „ruska książka trudniejsza jest do znalezienia niż kwiat paproci”. Pisał wtedy wiersze zarówno po ukraińsku, jak i po polsku.

Gdy Franko rozpoczynał edukację, Drohobycz podupadał. Stałe przychody, jakie dawało mieszkańcom ongiś wydobycie soli, były już pieśnią przeszłości, odkąd władze austriackie wprowadziły nań monopol. Drohobycz mógł się co najwyżej poszczycić tytułem „stolicy cebularzy”, od pól – ponoć najsmaczniejszej w Galicji – cebuli, okalających miasto. Franko o mieście swych młodzieńczych lat wypowiadał się tak:

[…] Drohobycz był „wolnym miastem królewskim” – wolnym, mimo całkiem przyzwoitej szkoły i gimnazjum – od wszystkiego, co pachniało cywilizacją i intensywnym życiem duchowym.

Pożar szybu naftowego, 1908, fot. Polona.pl
Pożar szybu naftoweg

O samym Drohobyczu nie pisał zbyt wiele, ale ważną scenerią jego wczesnych utworów jest sąsiedni Borysław z rozkwitającym przemysłem naftowym, który nieodwracalnie zmienił także obraz Drohobycza. W swojej realistycznej prozie, Franko przedstawiał przekrój życia społecznego Galicji i odegrał pionierską rolę, jako jeden z pierwszych autorów regionu, który wprowadził tematykę robotniczą do literatury.

Tymczasem, naftowa gorączka narastała w stylu iście amerykańskim, a rabunkowe wydobycie przeorało miejscowy krajobraz: pod koniec XIX wieku z borysławskich odwiertów pochodziło 5% światowego wydobycia ropy! Jak pisał ukraiński historyk, Jarosław Hrycak, Drohobycz stał się wówczas „centrum konsumpcyjnym dla wypoczywających po pracy robotników” i mógł poszczycić się imponującą – jak na kilkanaście tysięcy mieszkańców – liczbą 167 szynków. Realia drapieżnego kapitalizmu i walki o roponośną ziemię sprawiły, że Drohobycz posiadał również ponadprzeciętną liczbę kancelarii adwokackich. Do miasta ciągnęły też zastępy różnej maści poszukiwaczy szczęścia, kombinatorów i niebieskich ptaków, skuszonych wizją łatwego zarobku. Naftowy ferment miał oczywiście swoje plusy – zaczęła powstawać sieć towarzystw społecznych i kulturalnych, wychodziły lokalne gazety: żydowskie „Drohobyczer Zeitung” i polsko-ukraińska „Gazeta Naddniestrzańska”. Wśród lichej zabudowy zaczęły wyrastać wille nafciarzy. Do miasta doprowadzono kolej, a wraz z nią podróżowały przywleczone z większych ośrodków nowe idee. Oraz różnorakie, niewidziane tu dotychczas, dobra luksusowe (lub do takich aspirujące) – asortyment składzików, które w wyobraźni Schulza rozrosną się do „sklepów cynamonowych”.

Szary kokon Drohobycza

Rynek w Drohobyczu, 1920, fot. Polona.pl
Rynek w Drohobyczu, 1920,

Choć Schulzowi zdarzało się na krócej lub dłużej wyjeżdżać z miasta, to właśnie w promieniu kilometra od drohobyckiego rynku miały miejsce najważniejsze wydarzenia jego życia: tu uczył się, pracował, pisał i tu został zamordowany – w sercu miasta, na rogu ulic Mickiewicza i Czackiego.

Bruno Schulz w Drohobyczu, 1933-1934,

Schulz w czasie spędzonym w Drohobyczu zmieniał adresy kilkukrotnie, jednakże mitycznym domem z jego opowieści była kamienica przy drohobyckim rynku, w której się urodził, wychował i spędził pierwszych osiemnaście lat życia. Na górze piętrowego domu znajdowało się mieszkanie Schulzów, na parterze rodzinny sklep bławatny. Rodzina wyprowadziła się stamtąd w 1910 roku, gdy przez kłopoty zdrowotne ojca przyszłego pisarza interes zaczął podupadać, zaś sam budynek spaliły wojska rosyjskie podczas I wojny światowej.

I choć nazwa tego miasta nie pada w prozie Schulza ani razu, i choć wedle wspomnień Andrzeja Chciuka, Schulz zżymał się na czytelników, którzy na siłę doszukiwali się w jego twórczości klucza, to trudno spojrzeć na jego twórczość w oderwaniu od rodzinnego miasta. Jak zaświadczał jeden z najbardziej zasłużonych schulzologów, prof. Jerzy Jarzębski: „Każdy kto zna miejsce urodzenia pisarza, wie dobrze, że z jego opowieściami w ręku można przyjezdnych oprowadzać po Drohobyczu, rozpoznając ulice, place, domy i świątynie”.

Nieraz nawet kiedy wydaje się, że przedstawiane obrazy są imaginacją autora, okazuje się, że i one mają swój początek w drohobyckich realiach. Galeria schulzowskich oryginałów, jak udowadniał Jerzy Ficowski w „Regionach wielkiej herezji” także ma korzenie w realnych osobach, drohobyckich outsiderach. Jak skomentował to Jurij Andruchowycz: „Realny Drohobycz to być może tylko szary kokon, bezbarwna larwa, którą Schulz przedziwnym gestem demiurga przemienia w fantazyjnego rzadkiego motyla”.

Drohobycz, ul. Stryjska, dwudziestolecie międzywojenne, fot. audiovis.nac.gov.pl
Drohobycz, ul. Stryjska, dwudziestolecie międzywojenne

Jeśli już zatem chcemy się doszukiwać, wbrew intencji autora, śladów rzeczywistego Drohobycza w świecie Schulzowskiej wyobraźni, należy pamiętać o tym, że więcej w nim realiów Drohobycza zmierzchu ery Habsburgów, czasów młodości autora, niż Drohobycza lat 30. XX wieku. I tak na przykład sklepy cynamonowe wzięły swój początek od skojarzenia z kolorem boazerii wyściełającej ich wnętrza. Protoplastką ulicy Krokodyli jest ulica Stryjska, która zaroiła się od kramów wszelkiej maści wraz z naftowym boomem: „Ulica Krokodyli była koncesją naszego miasta na rzecz nowoczesności i zepsucia wielkomiejskiego. Widocznie nie stać nas było na nic innego, jak na papierową imitację, jak na fotomontaż złożony z wycinków zleżałych, zeszłorocznych gazet”. Wbrew wizji Schulza, ulica ta nie znajdowała się na peryferiach, lecz w centrum miasta. Jej złowieszczy obraz ma w sobie coś z opisów miast-potworów z XIX-wiecznych powieści, jest także zgodny z ekonomiczną historią rozwoju miasta.

Duch czasu, mechanizm ekonomii nie oszczędził i naszego miasta i zapuścił chciwe korzenie na skrawku jego peryferii, gdzie rozwinął się w pasożytniczą dzielnicę. Kiedy w starym mieście panował wciąż jeszcze nocny, pokątny handel, pełen solennej ceremonialności, w tej nowej dzielnicy rozwinęły się od razu nowoczesne, trzeźwe formy komercjalizmu. Pseudoamerykanizm, zaszczepiony na starym, zmurszałym gruncie miasta, wystrzelił tu bujną, lecz pustą i bezbarwną wegetacją tandetnej, lichej pretensjonalności.

Między piekłem a Arkadią

Drohobycz, 1906, fot. Polona.pl
Drohobycz, 1906,

Dwie przeciwstawne wizje przedwojennego Drohobycza w literaturze polskiej związane są z dwoma uczniami Schulza. Jeden z nich, Andrzej Chciuk, zwracał się do czytelników bezpośrednio w swoich wspomnieniowych gawędach spisanych w książkach „Atlantyda” i „Ziemia księżycowa”. Relację drugiego, Leopolda Lustiga, znamy dzięki opowiadaniu Henryka Grynberga „Drohobycz, Drohobycz”.

Chciuk, który wspomnienia z miasta młodzieńczych lat spisywał na powojennej emigracji w Melbourne, kreślił nostalgiczną i sentymentalną legendę Wielkiego Księstwa Bałaku. Jego Drohobycz jawi się jako ucieleśnienie arkadyjskiego mitu, kraina harmonijnego współżycia trzech narodów (choć wiemy przecież, że targana kryzysem ekonomicznym Polska lat 30. aż kipiała od napięć społecznych i etnicznych, więc czemuż te wszystkie zjawiska miałyby ominąć jeden jedyny, szczęśliwy Drohobycz?). Prawda jest taka, że uważny czytelnik dostrzeże te tarcia także u Chciuka (choćby we fragmentach o antagonizmach pomiędzy kibicami drohobyckich klubów piłkarskich), jednakże gawędziarski styl i autorskie komentarze neutralizują ich wydźwięk. Autor zresztą wcale nie ukrywa swojego subiektywizmu, przyznaje się otwarcie do ludzkiej skłonności do „upiększania i mitologizowania” wspomnień. Jego książki, którym nie można odmówić swady, humoru i językowego polotu, są wydatnym przykładem tego, co literaturoznawcy nazywają „geopoetyką kresową”. Jak Stanisław Vincenz, piszący swe epitafium dla dawnej Huculszczyzny, tak samo Chciuk tworzy legendę własnego skrawka zaginionego lądu:

[…] Jak Atlantyda zatonęły wszystkie dzienne i nocne sprawy tego ludu, wielu ludów, połączonych lwowskim zaciąganiem w kilku językach […]

W podobne nostalgiczne tony uderzał inny sławny drohobyczanin, o którym jeszcze nie wspominaliśmy – jeden ze skamandrytów, Kazimierz Wierzyński. Miasto nad rzeką Tyśmienicą opuścił jeszcze w młodości, ale powracał do niego wielokrotnie w swych poezjach, szczególnie tych pisanych już w czasach londyńskiej emigracji. Sam w jednym z wierszy nazwał to „psim wyciem za moją ziemią karpacką”.

Za czym ja krą­żę?
Za księ­ży­cem.
Czym on mnie wabi?
Dro­ho­by­czem.

Głęboką rysą na tym tęsknym obrazie jest tytułowe opowiadanie z książki „Drohobycz, Drohobycz” Henryka Grynberga. Jego rozmówca, Leopold Lustig, który przeżył Zagładę i osiedlił się po wojnie w USA, nie mitologizuje krainy młodości. Z opowiadania Grynberga wyłania się gorzki obraz przedwojennego antysemityzmu, będący niejako zapowiedzią nadchodzącej katastrofy i wstrząsające świadectwo człowieka, któremu udało się przetrwać koszmar ludobójstwa. Po tym wszystkim, co się wydarzyło, po kaźni, którą społeczności żydowskiej zgotowali nie tylko Niemcy, ale też znani z imienia i nazwiska sąsiedzi, nie ma w nim cienia sentymentu i myśli o powrocie do Drohobycza: „A kamienica stoi, mam zdjęcie. Odmalowana, z wszystkimi gzymsami, jakby nigdy nic. Diabli niech ją wezmą, ja jej nie chcę”.

Książka Grynberga, opublikowana w 1997 roku, wywołała protesty środowisk kresowiaków, a dawni drohobyczanie zaczęli wytykać rzekome nieścisłości zawarte we wspomnieniach Lustiga. Nie roztrząsając już tego sporu, nie wchodząc na pole historycznej licytacji, w którym z tych obrazów jest więcej prawdy, dobrze jest te dwa skrajne obrazy przedwojennego Drohobycza ze sobą zderzyć.

Cienie przeszłości

Drohobycz, 1906, fot. Polona.pl
Drohobycz, 1906,

Bohumil Hrabal w swoim eseju o twórczości Schulza stwierdzał: „Jest to dla mnie najpiękniejsze miasto na świecie; już go nie ma, więc pewnie dlatego”. Wojna, Zagłada i wysiedlenia sprawiły, że z „półtora miasta” zrobiła się połowa. Ale miasto nie zniknęło przecież z powierzchni ziemi.

Jurij Andruchowycz pisał o powojennym Drohobyczu jako o „mieście obcych, zwiezionych zewsząd ludzi”. Od czasów „sklepów cynamonowych” ulice zmieniały nazwy kilkukrotnie, gdzieniegdzie w mieście wyrosły nowe bloki (np. przy rynku, w miejscu, gdzie stała kamienica Schulzów), zakłady przemysłowe i pomniki. Jednak, w porównaniu ze skalą zniszczeń i przeobrażeń urbanistycznych w innych miastach Europy Środkowo-Wschodniej, miasto nie zmieniło się aż tak bardzo i wciąż można je odkrywać z tomikiem opowiadań Schulza pod pachą.

Ów mit przeszłości jest wciąż na tyle silny, że oddziałuje również na współczesnych ukraińskich autorów –tak było w przypadku Jurija Andruchowycza (który również tłumaczył Schulza na ukraiński) i Serhija Żadana. Ten pierwszy o Drohobyczu, przede wszystkim przez pryzmat Schulza i zatartej historii polskich i żydowskich mieszkańców miasta, pisał w „Leksykonie miast intymnych”.

Serhij Żadan, fot. Mateusz Szkwarczek / Agencja Wyborcza
Serhij Żadan, fot. Mateusz Szkwarczek / Agencja Wyborcza

Żadan w swoim zbiorze poezji (polskiego przekładu tych wierszy podjął się Jacek Podsiadło), zatytułowanym po prostu „Drohobycz”, przekonuje czytelników, iż zawsze czyta to miasto „literami sklepów cynamonowych, dziwacznymi i chimerycznymi zdaniami, z jakich zbudował swój świat Schulz”.

Dla Żadana, przybysza ze Wschodu, urodzonego w industrialnym Donbasie (a dokładnie w Starobielsku w obwodzie ługańskim) i mieszkającego w Charkowie, galicyjskie miasto jawi się jako anachroniczna osobliwość. Przypomina mu „wielką dekorację z wystawy historycznej”:

Drohobycz to miasto, które było miastem, kiedy miast prawie nie było. Ma ono miejską zabudowę. Czyli chaotyczną i nieuporządkowaną. Czyli najwygodniejszą dla mieszkańców. Czyli taką, która pozwala zabłądzić między dwoma ulicami i trzema kościołami. Bo jeśli w mieście nie można zabłądzić – no to w ogóle nie jest to miasto. […] I jeszcze, rzecz jasna, cienie. Cienie tych, którzy tu żyli przez setki lat, którzy na tych ulicach zakochiwali się, bogacili, tracili wiarę, starzeli się, umierali.

Nie bez znaczenia jest czas, w którym powstawał opis: Żadan po raz pierwszy przyjechał do Drohobycza na Festiwal Brunona Schulza w czerwcu 2014 roku, w dwa miesiące po wybuchu wojny w Donbasie i aneksji Krymu. Jak pisze: „[…] byliśmy bardzo chorzy, smutni i rozdarci”. W cieniach przeszłości widzi odbicie zawieruchy przetaczającej się obecnie przez jego kraj. Szczególnie poruszające dziś, w obliczu totalnej agresji Rosji na Ukrainę, są wiersze z trzeciego rozdziału tego zbioru, zatytułowanego „Dlaczego nie ma mnie w sieciach społecznościowych”. To opowieści o ludziach znanych Żadanowi, których losy zmieniła wojna w Donbasie. Jak pisała badaczka Wiera Mieniok w tekście poświęconym porównaniu tekstów Schulza i Żadana: „u Schulza mamy do czynienia z apokalipsą przeczuwaną, tak u Żadana przemawia apokalipsa spełniona”.

Kategorie: Uncategorized

1 odpowiedź »

  1. Jest takie opowiadanie Brunona Schulza „Sierpień”. Atmosfera tego opowiadania, ten panujący w nim specyficzny, schulzowski klimat, natchnął mnie do napisania opowiadania „Cynamon i Klepsydra”. Mam rozochoconą nadzieję, że dzięki temu opowiadaniu czytelnik, zwłaszcza ten bardziej wrażliwy, sięgnie po cudowną prozę poetycką powstałą w dawnej, kresowej ojczyźnie. Dzisiaj warto sięgnąć po najlepsze wzorce poezji wypowiadanej prozą.
    Ponieważ czytają sami wrażliwi na piękno czytelnicy, już widzę tłok przy półce z książkami Brunona Schulza
    Proza Brunona Schulza, to tajemniczy labirynt wyobraźni i młodzieńczych tajemnic. Grono smakowitych poetyckich doznań i wzruszeń.
    Kto jeszcze nie zapoznał się w klimatem tej przecudownej poetyckiej prozy już po przeczytaniu tego anonsu ma obowiązek zapoznać się z ponadczasową twórczością chłopca z Drohobycza.
    Polecam.

    CYNAMON I KLEPSYDRA
    w 76. rocznicę śmierci Bruno Schulza

    Właściwie szli razem, choć kobieta, dość szczupła i wyniosła, kroczyła tuż
    przed nim. Mimo dusznego upału, a może właśnie dla jego pokonania, głowę jej zdobił delikatny ażurowy kapelusz. Twarz jej, mimo spiekoty, zdawała się być odporna na gorące smagania wiatru. Chłopiec kroczył tuż za nią. Ta hierarchia nie wynikała z faktu, że była jego matką. Kolejność ta wynikała raczej z tradycyjnego przekonania, że nigdy nie ośmielił by się wysunąć przed nią. Zresztą wolał iść tuż za nią, i chętnie poddawał się decyzjom swojej przewodniczki, bo dawało mu to możliwość zajęcia się w czasie marszruty obserwacją świata. Szła zwykle dość miarowym i zdecydowanym krokiem i nawet nie specjalnie zwracała uwagę na losy swego podwładnego. Trasa była od dawna znana i nawet gdyby chciał, nie miał zamiaru wpływać na jej zmianę. To dawało pewność każdego kroku.
    Szli. Kobieta pewna swojej trasy i on pewny i ufny w trafność wyboru kierunku marszu. Porozumienie nie wymagało rozmowy. On zresztą wolał nie mieć z matką zbyt częstego kontaktu, zwłaszcza słownego, bo w czasie kiedy ona odmierzała tempo ni to spaceru, ni to wyprawy w labiryncie miejskich uliczek, on mógł swobodnie przemieszczać się ponad miastem i udawać się w dowolnym kierunku i w dowolne miejsce. Porywisty wiatr często muskał jego sylwetkę falbanami matczynej sukni i był to jedyny kontakt między nimi. Założona na zgiętym przedramieniu torebka, dostatecznie absorbowała kobietę żeby nie rozpraszać się na zbędny nadzór nad podążającym za nią synem. Upał był niemiłosierny i gdyby to on szedł nieco wcześniej, na pewno trasa gorącego marszu wiodła by po ocienionej stronie ulicy. Idąc zaś pod jaskrawe słońce musiały mu wystarczyć wąziutkie szczeliny w powiekach jako jedyna broń przed wdzierającymi się do oczu świetlistymi pociskami. Można by sądzić, że oto idzie mały niewidomy chłopiec prowadzony powiewem sukni swojej matki. Krótkie, tuż nad kolana sięgające, stosowne do panującej mody spodnie, świadczyły, że czas na dojrzałość jest jeszcze przed tym szczupłym, krótko ostrzyżonym chłopcem.
    Część miejskiej trasy wiodła pod arkadami rynkowej pierzei wprost na ocienioną wystawę narożnej apteki. Witryna pogrążona w wymuszonym chłodzie, eksponowała wielkie medyczne naczynia i szklane ciemnobrązowe butle. Z całą pewnością zawierały lepki smakowity sok malinowy, smakowity i orzeźwiający zwłaszcza kiedy rozcieńczyć go zimną, krystaliczną wodą. Zdecydowane kroki matki odbierały nadzieję na rychłą ochłodę , a chwilowa ulga przyniesiona przez cień arkad kończyła się ponownym zanurzeniem w skwar sierpniowego, złotego południa. Ponowne uderzenie gorąca było tak mocne, że sprawiało wrażenie odwetu słońca za podjętą wcześniej próbę ukrycia się w zacienionym skrawku miasta.
    To słońce sprawiło, że wszystkie osłonecznione fasady eksponowanych frontów sklepowych, wyglądały jakby wykonane były z cynamonowego drewna. Poskręcane w bólu, suche, stwardniałe, popękane łodygi tej kolonialnej przyprawy leżały w szklanych słojach między innymi zamorskimi specjałami. Stojący w drzwiach tych sklepów właściciele, z podwiniętymi do łokci rękawami koszul odruchowo, zamiast pilnować interesów wewnątrz sklepów, wystawiali do słońca swoje spocone oblicza w płonnej nadziei, że słońce osuszy ich spocone twarze.
    Szli dalej, a właściwie płynęli kołysani lekkimi podmuchami gorącego wiatru. Może to pokusa kolejnego przystanku pod pasiastą markizą, a może przesyt upałem sprawiły, że chłopiec wyłamał się przodującemu holownikowi i postanowił samodzielnie zawinąć do ocienionego portu wystawy sklepowej, której przecież jeszcze wczoraj nie widział. Dolna krawędź okna wystawowego umieszczona była prawie na wysokości oczu młodzieńca, nic też dziwnego, że chcąc dokładnie obejrzeć wyłożone produkty musiał lekko wspiąć się na palce.
    Wystawa urządzona była dość osobliwie. W głębi okna wystawowego, na samej górze, umieszczono coś co przypominało niewielki regał na książki. Był to ograniczony wymiarami wystawy mebel. Na górnej półce stały na baczność różnej grubości książki i przytulone do siebie zdawały się wołać o pomoc, o wyzwolenie z tego książkowego ścisku, na który ktoś skazał je nielitosnym wyrokiem. Przyzwyczajone do swobody w trzepotaniu zapisanymi stronicami, przeżywały potworne katusze kiedy okrutny los sprawił, że sklejone wilgocią i upałem stały na swej śmiertelnej warcie w nadziei na przypadkowe uwolnienie
    Dolna półka tego niby regału była nieco szersza i co najdziwniejsze w porównaniu z górnymi prawie pusta. Środek tej dolnej, sam środeczek, jakby ktoś idealnie wymierzył to miejsce, zajmowała niewielka klepsydra. Półcień panujący w tym osobliwym miejscu wystawowym, stanowił idealne tło dla tej cieniuteńkiej strużki piasku powoli przesypującej się z górnej szklanej banieczki do identycznej dolnej. To przez łączące je niewidoczne gardełko, przez tę piaskową cieśninę przesypywały się ziarna piasku. Chłopiec stał wpatrzony w ten jedyny na wystawie znak życia wymuszony wszechobecnym prawem grawitacji.
    Drobny, zmielony mijającym czasem pył, cienką jak najcieńsza niteczka stróżką, nieustannie przesypywał się tworząc w dolnej szklanej banieczce regularny, stożkowy kurhan.
    Okręt flagowy matki już dawno rozpłynął się w słonecznym sierpniowym powietrzu. Ten samowolny rejs do ocienionej, nieznanej dotąd przystani wystawowej uświadomił chłopcu jego osobność i potrzebę niezależności.
    Już dawno zdecydował o rezygnacji ze znanego mu, obranego przez matkę kursu, gdy uwagę jego przykuły książki leżące nisko, na samym spodzie wystawy.
    Bruno Schulz – Sklepy Cynamonowe
    i druga
    Bruno Schulz – Sanatorium pod klepsydrą.

Leave a Reply

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.