Uncategorized

Bunt przeciwko „palestyńskości”

Autor: dr Einat Wilf 2 stycznia 2026 r.

Einat Wilf przedstawia wizję przyszłości regionu opartą na wzajemnym uznaniu, podkreślając, że pokój nastąpi tylko wtedy, gdy energia negacji zostanie zastąpiona ciężką pracą nad budową narodu.

O autorce:

Einat Wilf to czołowa izraelska intelektualistka zajmująca się syjonizmem, polityką zagraniczną i edukacją. Wychowała się w Izraelu, służyła jako oficer wywiadu w Siłach Obronnych Izraela (IDF), a później jako doradczyni ds. polityki zagranicznej wicepremiera Shimona Peresa. W latach 2010–2013 zasiadała w Knesecie, gdzie przewodniczyła Komisji Edukacji oraz pracowała w Komisji Spraw Zagranicznych i Obrony.

Jest absolwentką Uniwersytetu Harvarda, posiada tytuł MBA uzyskany w INSEAD we Francji oraz doktorat z nauk politycznych Uniwersytetu Cambridge. Wykładała jako visiting professor na Uniwersytecie Georgetown. Autorka siedmiu książek, w tym We Should All Be Zionists oraz napisanej wspólnie z Adim Schwartzem The War of Return (Wojna o powrót), w której analizuje przeszkody na drodze do pokoju. W 2025 roku założyła partię polityczną Oz, promującą program oparty na akceptacji legitymizacji Izraela przez świat arabski oraz wzmocnieniu suwerenności państwa.


Bunt przeciwko „palestyńskości” (Palestyńszczyźnie)

Przez ponad dwie dekady śledziłam wzrost antysyjonizmu poprzez zjawisko, które nazywam „strategią plakatu” – obserwując hasła pojawiające się na demonstracjach na całym świecie. Słowa takie jak apartheid, kolonializm czy czystki etniczne powtarzały się nieustannie w zestawieniu z Izraelem, syjonizmem lub gwiazdą Dawida. Terminy te wybrano nie dlatego, że opisują rzeczywistość – w rzeczywistości są jej całkowitym odwróceniem. Syjonizm to najbardziej antykolonialny i antyimperialny ruch w historii nowożytnej; to on wyrwał Żydów z warunków rasizmu, czystek i ludobójstwa. Te słowa wybrano z innego powodu: mają służyć jako synonimy zła. Strategia plakatu opiera się na metodach manipulacji masowej: prosty przekaz, nieustannie powtarzany i „uwiarygodniany” przez prestiżowe instytucje, ma prowadzić do jednego wniosku: Izrael = zło.

Zdałam sobie sprawę z tej strategii ponad dwadzieścia lat temu podczas wykładu na amerykańskim uniwersytecie. Jako zwolenniczka rozwiązania dwupaństwowego i osoba o lewicowych poglądach uważałam się za jedną z „tych dobrych Izraelczyków”. Jednak wrogość studentów była tak potężna, że zrozumiałam, iż nie da się jej wyjaśnić samym sporem o osadnictwo. Lata później, podczas panelu z palestyńskim mówcą, który oskarżył Izrael o „ludobójstwo kulturowe” w czasie, gdy w konflikcie nikt nie ginął, pojęłam, że faktyczne znaczenie słów nie ma znaczenia. Liczyło się tylko postawienie słowa „ludobójstwo” obok słowa „Izrael”. To samo złowrogie uczucie towarzyszyło mi w Londynie podczas debaty o antysyjonizmie. Gdy publiczność entuzjastycznie wiwatowała na cześć porażki naszej strony, energia w sali przypominała atmosferę przed pogromem. Zrozumiałam wtedy, że ta obsesja nie dotyczy polityki. To coś znacznie mroczniejszego.

Krótko po 7 października pojawił się nowy plakat: „Utrzymuj świat w czystości”, przedstawiający gwiazdę Dawida w koszu na śmieci. To był punkt kulminacyjny. Słowa takie jak apartheid czy ludobójstwo stały się elementami składowymi starej i niebezpiecznej idei: że idealny, czysty świat można osiągnąć dopiero po wyeliminowaniu „zbiorowego Żyda”. To stara obietnica zbawienia poprzez eliminację. Utopia leżąca po drugiej stronie unicestwienia narodu żydowskiego nie jest niczym nowym – to tragiczna recyklingowana klisza historii.

Antysemityzm i jego współczesną, „salonową” wersję – antysyjonizm – można porównać do Jednego Pierścienia z Władcy Pierścieni. Ta metafora jest niezwykle trafna. Antysyjonizm ma moc jednoczenia wrogów, którzy w innych okolicznościach gardziliby sobą nawzajem. Progresywni aktywiści i religijni reakcjoniści, sowieccy komisarze i nazistowscy ideolodzy – wszyscy znajdują tu wspólną sprawę. Pozwala to egzotycznym koalicjom wierzyć, że walczą o lepszy świat. Ale podobnie jak Pierścień, antysemityzm niszczy swoich nosicieli. Każde społeczeństwo, które uczyniło go swoją zasadą organizacyjną, ostatecznie upadło: nazizm, panarabizm, komunizm radziecki czy teokracja ajatollahów. Nie da się budować przyszłości na fantazji o destrukcji.

Dotyczy to również ideologii palestyńskiej – tego obsesyjnego projektu niszczenia żydowskiej suwerenności. Opiera się on na wizji niweczenia tego, co zbudowali Żydzi, zamiast na budowaniu własnego dziedzictwa. Musimy się temu przeciwstawić. Prawdziwy pokój nadejdzie dopiero wtedy, gdy arabski lider powie: „Gaza była w ruinie, cierpieliśmy, ale od dziś zaczynamy odrodzenie. Nie interesuje nas już niszczenie Izraela, poświęcamy się budowaniu dla siebie”. To byłoby prawdziwe zwycięstwo.

Budowanie jest trudne. Wymaga przywództwa, cierpliwości i kompromisu. O wiele łatwiej jest wskazać winnego. Antropolog René Girard zauważył, że w chwilach kryzysu społeczeństwa zadają dwa pytania: Kto jest winny? oraz Co mamy robić?. Pierwsze pytanie jednoczy tłumy, ale społeczeństwa, które na nim poprzestają, ulegają rozpadowi. Odbudowują się tylko te, które skupiają się na drugim pytaniu. Antysyjonizm oferuje idealną odpowiedź na pytanie „kto winny”, zdejmując z wyznawców ciężar odpowiedzialności za własny los. Pozwala ludziom czuć się dobrze zamiast czynić dobro.

Kilka miesięcy temu podczas konferencji we Francji europejski moderator zapytał z poczuciem moralnej wyższości: „Co możemy zrobić? Jak możemy pomóc?”. Moja odpowiedź go zaskoczyła. Jeśli Europa chce pomóc, powinna przypomnieć sobie, jak sama osiągnęła pokój. Nie stało się to dzięki empatii czy oświeceniu, ale dzięki bezwzględnemu przywództwu i surowej dyscyplinie zwycięstwa. Po II wojnie światowej pokój nastał dopiero wtedy, gdy alianci zażądali bezwarunkowej kapitulacji, okupacji i reedukacji. Nie mylili oni dobrego samopoczucia z czynieniem dobra. To jest istotą dojrzałości moralnej.

Dziś wielu ludzi chce tylko „czuć się dobrze”. Finansują niekończący się status uchodźcy, podtrzymują fikcję „prawa do powrotu” i tym samym gwarantują wieczny konflikt. Miliardy wpompowane w Gazę w imię współczucia sfinansowały tunele i rakiety. Prawdziwa dobroć wymaga konfrontacji z fałszem. Czasami moralna jasność brzmi surowo, ale jej odrzucenie jest okrucieństwem przebranym za życzliwość. Ideologia „palestyńskości” (rozumianej jako negacja Izraela) musi umrzeć, aby Arabowie i Żydzi mogli wreszcie żyć.

Nie wyświadczamy sąsiadom przysługi, oczekując od nich tak niewiele. Kiedy powiedziałam kiedyś, że pokój nadejdzie tylko wtedy, gdy Palestyńczycy zaakceptują prawo Żydów do samostanowienia w ojczyźnie ich przodków, wyśmiano mnie, mówiąc, że oczekuję od nich bycia syjonistami. Odpowiedziałam: tak. Dlaczego to żądanie uznaje się za radykalne? Jako Izraelka muszę uznawać prawo Arabów do samostanowienia. Dlaczego wzajemność miałaby być skandalem? Założenie, że świat arabski jest zdolny do uznania równości Żydów, nie powinno być rewolucyjne. Obniżając poprzeczkę, praktykujemy „bigoterię niskich oczekiwań”.

Moja wizja to arabski syjonizm: uznanie przez muzułmanów i Arabów, że naród żydowski jest rdzennym mieszkańcem tej ziemi, a Izrael nie jest obcym implantem, lecz powrotem do korzeni. Tętniący życiem Bliski Wschód widziałby w państwie żydowskim nie ranę, lecz dowód regionalnej witalności.

Dwa fakty są niezmienne. Po pierwsze, dopóki Żydzi dążą do suwerenności, będą to robić w Eretz Jisrael – tam zakorzeniony jest nasz język, kalendarz i kultura. Po drugie, ze względu na skalę podbojów arabskich z VII wieku, Żydzi zawsze pozostaną mniejszością w tym regionie. Jedynym trwałym pokojem jest taki, w którym większość (Arabowie) akceptuje mniejszość (Żydów) jako element legalny i rodzimy.

Antysyjonizm cechuje społeczeństwa upadające; syjonizm – te, które kwitną. Pytanie brzmi: jakim społeczeństwem ma stać się Bliski Wschód?

Jako Izraelczycy musimy odrzucić „mentalność wygnańców” – nawyki bezsilności i zależności od innych. Choć żyjemy we własnym państwie, wciąż często zachowujemy się tak, jakby nasz los zależał od łaski świata. Przetrwanie to za mało – suwerenność to kształtowanie losu, a nie tylko „zarządzanie konfliktem”. Założyciele syjonizmu wiedzieli, że bezsilność deprawuje tak samo jak władza; uczy pochlebstwa i strachu. Musimy działać z godnością suwerena – asertywnie, ale i cierpliwie. Jak mieszkańcy pustyni, którzy wiedzą, że wielkie zmiany trwają pokolenia.

Wyzwanie potęguje globalizacja antysyjonizmu. „Strategia plakatu” zadziałała. Po raz pierwszy w historii współczesnej nie ma dla Żydów miejsca w pełni bezpiecznego – od Kanady po Australię. Antysyjonizm stał się globalny pod maską praw człowieka. Musimy przetrwać tę furię, stawiając na samowystarczalność (energetyczną, żywnościową, wodną) oraz na moralne przywództwo. Musimy budzić się każdego ranka zdeterminowani, by nie definiować się poprzez nienawiść innych, lecz poprzez wizję wspólnego regionu.

To bunt, który nasze pokolenie jest winne przeszłości: odmowa ulegnięcia utopii eliminacji oraz porzucenie mentalności ofiary. Być suwerennym Żydem to przestać prosić o pozwolenie na istnienie. Bunt przeciwko „palestyńskości” to odrzucenie łatwej destrukcji na rzecz trudnej budowy. Wasza wytrwałość, wiara we własną sprawczość i decyzja, by tu pozostać – to najgłębsza forma buntu.


Bunt przeciwko „palestyńskości”

Kategorie: Uncategorized

Zostaw odpowiedź Czekam na Twoje przemyślenia! Napisz w komentarzu.

Ta strona używa Akismet do redukcji spamu. Dowiedz się, w jaki sposób przetwarzane są dane Twoich komentarzy.