KULTURA W WALIZCE cz. 1

 

Marian Marzynski

 


Jedno z moich spotkań autorskich odbyło się w dawnym dworcu morskim w Gdyni, gdzie mieści się teraz imponujące Muzeum Emigracji, w którym nagrywa się rozmowy z emigrantami. Oto fragmenty mojej rozmowy:

Iwona Demska: Proszę powiedzieć coś o korzeniach rodziców, skąd pochodzili mama, tata, może dziadkowie, jak daleko sięga pamięć historyczna pana rodziny?

Marian Marzyński: Urodziłem się 12 kwietnia 1937 roku w Warszawie, w klinice położniczej, która była własnością wuja mojej matki, słynnego warszawskiego pediatry dra Jana Przedborskiego. Rodzina Przedborskich i Hermanów była od strony matki, pochodzili z Łodzi i z Łęczycy. Pradziadek Przedborski był jednym z niewielu Żydów, którzy mieli prawo posiadania ziemi i był dziedzicem w Kucharach. Dziadek był z zawodu ekonomistą, zajmował się też biznesem, ponieważ odziedziczył po Hermanach drukarnię w Łęczycy, jak również sklep, jak to się wówczas nazywało, win i wódek. Przedborscy nie uprawiali religii, mimo że dziadek Przedborski był przedstawicielem społeczności żydowskiej w radzie miejskiej w Łęczycy i reprezentował Żydów, również tych religijnych. Mieli do niego zaufanie, ale wiedzieli, że on do synagogi nie chodzi. Dziadkowie stawiali świece w oknach, żeby przechodzącym ludziom się wydawało, że jest tam szabas.

Matka poznała w Łęczycy Borysa Kusznera, syna dentysty. Jego ojciec miał praktykę na rynku i był religijnym syjonistą, ale dzieci odeszły od wiary. Rodzina Kusznerów pochodziła ze Stołpców, przy przedwojennej granicy rosyjskiej. Patriarcha rodu był piekarzem. Miał jedenaścioro dzieci. Przy tak licznej rodzinie trudno, by każde z dzieci odniosło sukces, zwłaszcza w małym mieście. Ale pojawił się zdolniacha – mój dziadek Markus, który jako jedyny z tej całej rodziny wyjechał do Saratowa, do Rosji, zdobył wyższe wykształcenie i został dentystą w Łęczycy.

Żeby zrobić przyjemność Kusznerom, w roku 1930 moi rodzice wzięli ślub w synagodze. Jednak największym aktem niesubordynacji mojego ojca, który był lewicowcem i internacjonalistą dalekim od religii, było to, że na przekór rodzicom postanowił nie obrzezać mnie w 1937 roku. Było to zdarzeniem niesłychanym, bo nawet niereligijni Żydzi czuli się w obowiązku obrzezania swoich synów jako symbolu przynależności do wspólnoty. Mój ojciec przewidywał zagładę Żydów i kto wie czy nie dzięki temu pozostałem przy życiu.

ID: Najwcześniejsze dzieciństwo przypada na czas wojny. Co pan zapamiętał?

MM: W 1939 roku pamiętam dźwięk syren na moście Poniatowskiego i naloty na Warszawę i jak we mgle, matkę bardzo szybko biegnącą z moim wózkiem. Mieszkaliśmy na Wilanowskiej 4, nad Wisłą, pamiętam głos dozorcy: „Panie Kuszner, firanki!” czyli hasło na zaciemnienie miasta w czasie niemieckich nalotów lotniczych.  W roku 1940, warszawscy Żydzi mieli sporo czasu, żeby się przenosić do getta. Nie było to proste, bo nie było mieszkań. Ktoś przecież mieszkał wcześniej w dzielnicy, którą Niemcy nazwali „wydzielony dystrykt żydowski”. Niemcy nie używali słowa “getto”, Żydzi używali tego słowa, które oznacza historycznie komunę żydowska.

Mechanizm przenoszenia się był taki, jak na całym świecie, inaczej przenosili się biedni, inaczej bogaci. Ojciec miał dobry zawód, wydawał książki, był inżynierem od obróbki drzewa, a poza tym miał bogatego ojca, dentystę. Ludzie, którzy mieli więcej pieniędzy przenosili na ogół bliżej granicy getta, tam, gdzie dzisiaj stoi Pałac Kultury, a wtedy stały lepsze domy. Zarząd miejski zaczął protestować, że Niemcy oddali Żydom zbyt eleganckie kamienice i na skutek tych protestów, Niemcy zaczęli je oddawać stronie polskiej i zmniejszać getto – najpierw jako odpowiedź na żądania, a potem już systematycznie po to, żeby ściągnąć ludzi bliżej stacji kolejowej.

Zmienialiśmy te mieszkania kilkanaście razy. Te różne przeprowadzki, odbierałem jak dziecięce przygody. Mam w ogóle bardzo dobre wspomnienia z getta, bo dzieci lubią być w kupie! Mieć wokół siebie inne dzieci, kuzynów, kolegów. Wynajmowaliśmy trzy pokoje i w każdym mieszkała inna rodzina. Wszyscy jedli razem, dzieci się wspólnie bawiły. Przy tak licznej rodzinie można było łatwiej zdobywać jedzenie. Moja mama pracowała w kuchni, która wydawała posiłki. Ojciec pracował dla rady gminy żydowskiej i był odpowiedzialny za remonty mieszkań, głównie elementów drewnianych. Nie wiem dokładnie jak długo byłem w getcie, sądzę, że rok i miesiąc, dwa miesiące?  Prawdziwa pamięć zaczęła się przy ucieczce z getta, to był 1942 rok, miałem wtedy 5 lat.

ID: A mógłby pan opisać tę sytuację w miarę detalicznie? Oczywiście to, co pan zapamiętał.

MM: Były dwie próby mojej ucieczki z getta. Znajomi ojca – socjaliści warszawscy, organizowali ucieczki dzieci prawdopodobnie przez organizacje takie jak Żegota. Przysyłali kobiety, które były zawsze anonimowe, nie wiedziało się z kim ma się do czynienia. One musiały to jakoś przeprowadzić – głównie dzięki łapówkom. Musiały mieć łapówkę dla policjanta żydowskiego, polskiego i dla żandarma niemieckiego oraz dla policjanta granatowego po drugiej stronie getta, a potem dla szmalcowników. Za pierwszym razem nie udało się mnie wyprowadzić, bo nie było policjanta, którego można było przekupić.

Za drugim razem przyjechała kobieta, która mnie przeprowadziła. Miała jeden złoty zegarek, drugi złoty zegarek, wiedziała, gdzie ma mnie doprowadzić. Moja ciotka, siostra matki wyszła za mąż za nie-Żyda i to był taki punkt kontaktowy na Powiślu. Matka miała cały czas kontakt z siostrą, bo telefon pomiędzy gettem, a stroną aryjską działał aż do ostatniego transportu. Ludzie, którzy szli na śmierć, godzinę przed tym mogli podnieść telefon i zadzwonić na drugą stronę.

Pamiętam też polski komisariat, który wtedy był pusty, a przede wszystkim to, że dostałem bułkę z cukrem. Nie byliśmy tam traktowani jak przestępcy, ale jako ci, którzy dają opłatę komisarzowi policji, złoty zegarek – za to, że na 15 minut przed godziną policyjną nas wypuści.

Nie wiedziałem co to znaczy być Żydem, nie wiedziałem kim był Adolf Hitler i nie znałem żadnej okoliczności w tym wieku, ale rodzice mnie przekonali, że za bycie Żydem traci się życie. Bardzo prosto mi to przedstawili. Wiedziałem, że nie mogę nigdy się przyznać do tego, kim jestem, a jak będę naprawdę w kłopocie to mam natychmiast zdejmować spodnie i majtki. Też nie wiedziałem, dlaczego, ale to było zabawne dla dziecka. Majtki zdejmować?! Nigdy w tym wieku nie zrozumiałbym całej koncepcji obrzezania – dzieci chcą się bawić, to co jest tragedią dla dorosłych, nie musi być tragedią dla dzieci.

ID: Co się stało z rodzicami?

MM: Ojciec, jako pracownik gminy żydowskiej miał tak zwaną „przepustkę na życie”, co znaczyło, że inżynier Borys Kuszner, jego żona Bronisława i ich syn Marian mają odroczoną wywózkę z getta. Przez jakiś czas byliśmy bezpieczni, ale gdy ojciec dostał wiadomość od pewnego Niemca, że wywożone będą żony i dzieci, rodzice postanowili wyprowadzić mnie z getta. Matka nie mogła być beze mnie, więc postanowiła też wyjść z getta. Była blondynką, miała niebieskie oczy, w przeciwieństwie do mnie nie była podobna do Żydówki. Ojciec został, bo nie mógłby utrzymać się po stronie aryjskiej, pomimo swoich wspaniałych znajomości. Miał semicki wygląd i był obrzezany oczywiście, więc wiedział, że będzie rozpoznawany i że ludzie nie będą chcieli ryzykować i ukrywać go.

Tuż przed powstaniem w getcie warszawskim, kiedy transporty do Treblinki już nie były przepełnione, bo zostali tylko ci, którzy pełnili w getcie specjalne funkcje, ojciec znalazł się w pociągu. Był w stanie zabrać jakąś skrzynkę z narzędziami i od czasu wyjazdu z Warszawy, wraz z bratem piłowali dziurę w podłodze, czekając na postój pociągu pod semaforem.

Pod Puławami wyszli tym otworem i trafili do domu dróżnika. Dróżnik miał telefon i zadzwonił do matki, która ukrywała się jako służąca w Warszawie u państwa Dobruckich i powiedział, że mąż na nią czeka. Ona przyjechała i zorientowała się jaki był plan. Ojciec chciał się przyłączyć do partyzantów, ale nie do AK, bo obawiał się, że się tam nie utrzyma – sytuacja z AK polegała na tym, że mimo iż dowództwo AK nie pozwalało zabijać Żydów, to poszczególne grupy partyzanckie różnie ich traktowały, czasem ich przyjmowały, czasem nie, na ogół nie traktowano ich dobrze – więc czekał na Armię Ludową.

Matka przyjechała drugi raz, nadal czekał, potem trzeci i już go nie było. Już za poprzednim, drugim razem, słyszała strzały i wiedziała, że jest obława na Żydów.  Czyja obława, nie wiemy – czy to partyzanci, czy Ukraińcy, najprawdopodobniej byli to Niemcy. Wiedzieliśmy, że ojciec zginął.

ID: A jak wyglądał sam koniec wojny?

MM: Byłem w zakładzie dla sierot księży Orionistów. Moim nauczycielem był abp. Bronisław Dąbrowski późniejszy szef episkopatu polskiego. Ksiądz Kamiński i jego gospodyni, którzy mieszkali na Krakowskim Przedmieściu mnie tam umieścili. Gospodyni księdza – ciocia Antosia – myślała na początku, że przyjmuje sierotę z Zamojszczyzny, polską sierotę, a ponieważ ja byłem u niej jakiś czas, oczywiście zobaczyła, że nie jestem obrzezany przy pierwszej kąpieli. Prawdopodobnie kobieta, która mnie przyprowadziła powiedziała jej, że jestem dzieckiem z Zamojszczyzny, nie powiedziała tylko, że jestem żydowskim dzieckiem. Byłem w niebezpiecznej dzielnicy. Ksiądz był kapelanem szpitala, niemieccy oficerowie byli wszędzie, stwierdził więc, że musimy mieć metrykę kościelną. Wyrobienie metryki bardzo się przedłużało, więc musiałem się przenieść gdzieś indziej.

Właściwie całe moje przeżycie wojny odbyło się w ten sposób, że pomagały nam kontakty lewicowe, a z drugiej strony Kościół. Czyli ludzie, którzy byli w konspiracji, bo po pierwsze mieli kontakty i umieli to robić, po drugie byli zahartowani w tym, żeby się nie bać, po trzecie uważali to za obowiązek chrześcijański. Aż wreszcie moja matka i ja zostaliśmy ochrzczeni, właściwie fizycznie ochrzczeni i dostaliśmy metryki. Ja się nazywałem Marian Koczyrski, moja matka Zofia Marianna Różańska. Byłem urodzony w Równem, matka miała kenkartę – wszystko oczywiście fałszywe. Kiedy matka przyniosła księdzu metrykę, usiadł z nią i powiedział: „My Marysia zatrzymamy. Zorientowaliśmy się, że to jest żydowski chłopiec, ale ponieważ jest metryka, to nie widzimy problemu i próbujemy go umieścić w sierocińcu”.

W sierocińcu ksiądz Kamiński powiedział dyrektorowi kim jestem i nie było żadnego problemu. Oczywiście wyglądałem inaczej niż polskie sieroty, ale bez przerwy służyłem do Mszy. Byłem ulubieńcem wszystkich księży, bo nikt tak żarliwie nie wierzy w Boga jak ukrywające się żydowskie dziecko. Inni chłopcy wierzyli, bo w domu chodziło się do kościoła, ja robiłem to z niesamowitą energią, ponieważ czułem, że to jest sposób na przeżycie. Energia brała się też stąd, że zrozumiałem, że rodzice mnie zostawili. Nie rozumiałem drugiej wojny światowej, ale zrozumiałem, że od teraz muszę sobie dać radę w życiu sam, bo z jakiegoś powodu moi rodzice nie mogą być ze mną, że zostałem porzucony na ulicy.

Po wojnie matka szła pieszo 60 km, żeby mnie odnaleźć. Kiedy ją zobaczyłem, nie poznałem jej, powiedziałem, że moja matka była piękna i młoda, a tej pani to ja nie znam. Przekonała mnie w końcu następnym razem, podając imiona ciotek i inne szczegóły. I tak zacząłem w Polsce nowe życie.

cdn

Marian Marzynski

Album autobiograficzny Mariana Marzyńskiego KINO-JA. ŻYCIE W KADRACH FILMOWYCHjest do nabycie w internecie :  ksiegarnia@universitas.com.pl

Wszystkie wpisy Mariana

TUTAJ

 

One Response to “KULTURA W WALIZCE cz. 1”

  1. Jarosław Kosiaty 20/12/2017 at 10:38

    Byłem kilka lat temu w Muzeum Polin na premierze Pana filmu autobiograficznego „Nigdy nie zapomnij kłamać”. To niezwykły, szczery aż do bólu, bardzo ważny dokument i historyczne świadectwo o tym, co wydarzyło się dokładnie w miejscach, które widzimy każdego dnia, spiesząc się do pracy lub domu… Niestety, ze smutkiem obserwuję, że ukazane w filmie niektóre postawy (chodzi np. o słowa kobiety, która pomagała w ukrywaniu, skierowane po chrzcie do Pana Wspaniałej Mamy…), nadal występują… Jeszcze raz serdecznie dziękuję za to niezwykłe świadectwo. Daje ono również nadzieję, że nawet w piekle można zachować człowieczeństwo i przeżyć, by następnie cieszyć się dobrym życiem, sukcesami osobistymi i zawodowymi… Choć od tragicznych wspomnień nigdy nie uciekniemy, możemy dzięki temu bardziej docenić wartość życia i dobrych relacji międzyludzkich. Życzę Panu Dużo Zdrowia, Pogody Ducha, Ciepła i Pomyślności. Z wyrazami najwyższego szacunku JK.

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

%d bloggers like this: