DOCENT ZYGMUNT GROSS I MAGISTRANCI

Kończyłam studia na Wydziale Filologiczno–Historycznym w katowickiej Wyższej Szkole Pedagogicznej, przekształconej potem na Uniwersytet Śląski. Był rok 1966 r. Miałam świetny temat pracy dyplomowej: Problemy sztuki w twórczości Ignacego Maciejowskiego (Sewera). Zaczęłam już zbierać do niej materiał, gdy nagle profesor prowadzący mój dyplom ciężko się rozchorował. Musiałam zmienić promotora. O radę, do kogo się zwrócić, poprosiłam naszego dziekana.

Parę dni później zadzwoniła sekretarka z dziekanatu. Powiedziała, że opiekunem mojego dyplomu będzie doc. dr Zygmunt Gross, dziekan Wydziału Filozofii. Mam się do niego zgłosić jak najszybciej. Zdziwiłam się, że moją typowo historyczno–literacką pracę będzie prowadzić specjalista z dziedziny filozofii.

Przestałam się dziwić, gdy doc. Grossa poznałam. Był to już niemłody pan, dżentelmen w każdym calu. Z wyjątkową klasą i ogromną erudycją. Miał nieprzebraną wiedzę nie tylko z dziedziny filozofii, ale także psychologii, historii, historii literatury. Podobno był też prawnikiem. I muzykiem. W ogóle był niezwykle interesującym oryginałem.

Temat mojej pracy – jak sam powiedział – bardzo mu leżał. I w jego opracowaniu bardzo mi pomógł.

Doc. dr Gross został promotorem nie tylko moim, ale co najmniej kilkorga studentów z mojej grupy. Spotykałam się z nim kilkakrotnie. Początkowo bardzo mnie onieśmielał. Bałam się przy nim powiedzieć cokolwiek. Ale bardzo szybko okazał się niezwykle miłym i komunikatywnym człowiekiem. Traktował swoich studentów przyjaźnie. I dbał o to, aby nikomu z nas zbyt dobitnie nie okazać, że nasza ogólna wiedza jest – mówiąc eufemistycznie – bardzo skromna. Często nas chwalił. A jeśli miał jakąś uwagę krytyczną , zawsze wygłaszał ją tak ostrożnie i delikatnie, żeby niedouczony magistrant – broń boże – nie odczuł jakiegoś dyskomfortu.

Minął rok. Zbliżało się Boże Narodzenie 1967 r. Ja swoją pracę o Sewerze Maciejowskim skończyłam i oddałam do dziekanatu. Kilka osób z naszego grona zdążyło już się obronić. Ale niezmiennie byliśmy NASZYM promotorem zachwyceni. Tak bardzo, że moi koledzy postanowili go jakoś uczcić. Naradzili się i wymyślili; urządzimy dla profesora – tak go tytułowaliśmy na uczelni – przyjęcie. W mieszkaniu koleżanki, która właśnie została świeżo upieczonym magistrem. Wydało się nam to świetnym pomysłem.

Doc. Zygmunt Gross nasze zaproszenie przyjął. Nie od razu. Bo nie bardzo mu pasował termin – koniec listopada 1967. Musiał coś ważnego uzgodnić i odwołać, coś przełożyć. Ostatecznie jednak umówił się z moimi kilkoma kolegami, którzy w dniu „zero” pojechali po niego taksówką na dworzec.

Gdy przyjechali do domu koleżanki–magisterki, nasz honorowy gość został uroczyście wprowadzony do pokoju i posadzony, niczym na tronie, w pięknym fotelu, specjalnie wypożyczonym na ten wieczór od znajomego aktora. Potem były przemówienia wdzięcznych studentów, podziękowania i oczywiście liczne toasty. Było też trochę muzyki z płyt. Było naprawdę miło i wesoło. Nasz wybitny gość chyba się z nami nie nudził. Ale czas płynął. Koleżanki i koledzy stawali się coraz weselsi. Doc. Gross, który unikał alkoholu – toasty wychylał tylko symbolicznie – był coraz bardziej zmęczony. Po upływie ok. trzech godzin spojrzał na zegarek i powiedział, że z wielkim żalem musi nas już opuścić. Moi już mocno weseli koledzy nie chcieli o tym słyszeć. Siłą go zatrzymywali. łapali za ręce. Schowali mu płaszcz. Próbował im tłumaczyć, że musi iść, bo ma ważne sprawy. Koledzy nie dawali za wygraną. Chcieli, żeby został do następnego dnia. Zaczęli zamawiać hotel.

Po dłuższej chwili naszemu gościowi ostatecznie udało się wstać z reprezentacyjnego fotela. Zaczął szukać okrycia. Chłopcy w końcu zrozumieli, że nie da się go przekonać do pozostania. Podali mu płaszcz i sami zaczęli się ubierać. Mimo protestów pana Zygmunta absolutnie nie chcieli go wypuścić samego.

Po chwili zjawił się kolega od taksówki. Nasz gość szybko się pożegnał i zaczął zbiegać ze schodów. Najwyraźniej próbował uciec moim zbyt opiekuńczym i niezbyt trzeźwym kolegom. Nie udało mu się. Dwaj chłopcy go dogonili i także wsiedli do samochodu.

Nie było ich z pół godziny. Wrócili bardzo z siebie zadowoleni. – No, udało się nam wsadzić profesora do pociągu. – relacjonował jeden z nich – . Ale on ma chyba jakieś zmartwienie. Ciągle patrzył na zegarek i chciał, żebyśmy sobie już poszli. No to poszliśmy. Ale nie wiem czy to nie był błąd. Pewnie trzeba było poczekać do odjazdu pociągu.

A drugi dodał: – Chyba trzeba było. Bo gdy odeszliśmy, z daleka zobaczyłem, że profesor chyłkiem wymknął się z drugiego końca wagonu i gdzieś szybko poszedł. Chciałem za nim pobiec, ale mi zniknął w tłumie pasażerów wsiadających do pociągu.

Po tej imprezie już nigdy, ani ja, ani moi koledzy, nie spotkaliśmy się z naszym ulubionym promotorem. W końcu lutego1968 r dostałam z uczelni dziwne pismo. Dziekan informował, że wydział ma kłopoty. I jeśli chcę szybko zdać egzamin magisterski, powinnam się zgłosić najdalej za tydzień, a nie w wyznaczonym dużo późniejszym terminie. Później bowiem doc. Zygmunt Gross już nie będzie mógł być obecny podczas mojego egzaminu. Później też nie zostanie uznana moja praca, wykonana pod jego kierunkiem. Podobne zawiadomienia dotarły też do kilku moich kolegów.

Zgłosiłam się więc za tydzień. Ale naszego ulubionego promotora Zygmunta Grossa już nie było. Niecały rok potem dowiedzieliśmy się, że opuścił Polskę. Marcowi intryganci nie darowali mu tego, że był z pochodzenia Żydem. Ani tego, że jego syn, Jan Tomasz, brał aktywny udział w studenckich protestach przeciwko zdjęciu przez cenzurę spektaklu mickiewiczowskich Dziadów. Wyszczuli go z naszego kraju. Mimo że zawsze czuł się i był Polakiem.

Z tego drugiego, „marcowego” pojazdu nasz ulubiony promotor nie próbował wysiadać. Ani chyłkiem, ani w ogóle. Wyjechał z całą rodziną na stałe.

***

Przypomniałam sobie o tych wydarzeniach sprzed czterdziestu lat, gdy przeczytałam że PiS chce odebrać synowi „mojego” Grossa – Janowi Tomaszowi – Krzyż Kawalerski Orderu Zasługi RP. A także, że pisowski prezydent odmówił objęcia patronatem Dziadów Mickiewicza, wystawionych we wrocławskim teatrze…

Ewa Maziarska

Ewa Maziarska: Historia z marcem ’68 w tle

One Response to “DOCENT ZYGMUNT GROSS I MAGISTRANCI”

  1. Aha bardzo ciekawo teraz mogę zrozumieć Grossa więcej

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

%d bloggers like this: