Wojna zasad w Karabachu

Dawid Warszawski


Ormiańscy ochotnicy, którzy zaciągnęli się do służby, by wziąć udział w walkach o Górski Karabach, 29 września 2020

Ormiańscy ochotnicy, którzy zaciągnęli się do służby, by wziąć udział w walkach o Górski Karabach, 29 września 2020 (Fot. Karen Mirzoyan / AP Photo)

Mimo wspólnego apelu Grupy Mińskiej – Rosji, USA i Francji – o zawieszenie broni walki wokół Karabachu są coraz intensywniejsze. Azerbejdżan apel odrzucił i stwierdził, że zawieszenie broni będzie możliwe dopiero, gdy Armenia zobowiąże się do wycofania z Karabachu. Grupa Mińska negocjuje pokojowe rozwiązanie konfliktu bez widocznych efektów już ponad ćwierć wieku i trudno się dziwić, że Baku straciło cierpliwość. Armenia wcześniej też odrzucała apele o wstrzymanie walk, dopóki „azerska agresja” nie zostanie pokonana. Tym razem była mniej kategoryczna: siły azerbejdżańskie odbiły niektóre terytoria w otulinie Karabachu okupowane przez Armenię od początku lat 90. I nie zanosi się na to, by Armenia mogła zbrojnie odwrócić tę sytuację. Ale żądania Baku, które jest pełni zasadne na gruncie prawa międzynarodowego, Erywań spełnić nie może. Musiałoby to oznaczać nie tylko wycofanie wojsk, lecz także ewakuację 150-tysięcznej ormiańskiej ludności Karabachu.

Karabach oderwał się od Azerbejdżanu po krwawych rzeziach Ormian w Baku i Sumgaicie. Gdyby przywrócono rządy azerskie, to tamtejszych Ormian czekałyby dyskryminacja, prześladowania, a może i śmierć. Ale Baku też nie może wycofać swoich żądań: uchodźcy z terytoriów okupowanych przez Armenię stanowią 7,5 proc. 10-milionowej ludności kraju, same zaś terytoria – 9 proc. jego obszaru. Uchodźcy ci pochodzą głównie z równinnej otuliny gór Karabachu (który w XV-XIX wieku stanowił ostatek ormiańskiej państwowości); wielu doświadczyło ze strony Ormian okrucieństw. Zaś niektórzy karabachscy Ormianie są potomkami rodzin, które cudem przeżyły tureckie ludobójstwo sprzed ponad wieku, a w jego ostatniej fazie uczestniczyli też pokrewni Turkom Azerowie. Ormiańskie spojrzenie na świat – nie mniej niż żydowskie czy tutsyjskie – naznaczone jest pamięcią ludobójstwa.

W Karabachu toczą ze sobą wojnę dwie podstawowe zasady ładu międzynarodowego: prawo narodów do samostanowienia i nienaruszalność granic. Bez tego pierwszego nie byłoby – z nielicznymi wyjątkami, takimi jak Chiny czy Etiopia, istniejącymi nieprzerwanie od starożytności – żadnego współczesnego państwa. Wszystkie pozostałe powstały w walce z obcym uciskiem, od XIX wieku uzasadnianym już nie prawem silniejszego czy dynastycznymi prerogatywami, lecz właśnie prawem do samostanowienia. Ale by państwo raz powstałe mogło istnieć nadal, jego granice muszą być nienaruszalne. Społeczność międzynarodową zaś tworzą państwa istniejące, a nie takie, które dopiero chciałyby powstać; nienaruszalność więc niemal zawsze triumfuje nad samostanowieniem. To, że karabachscy Ormianie mają bardzo dobre powody, by nie chcieć być obywatelami Azerbejdżanu, niczego tu nie zmienia.

Nie zmienia też niczego to, że Karabach znalazł się w Azerbejdżanie nie ze swej woli, lecz na skutek dawnej politycznej decyzji sowieckich kartografów. Znakomitą większość granic na współczesnej mapie świata pozostawiły za sobą nieistniejące już imperia, zwłaszcza kolonialne. Powstałe na skutek dekolonializacji państwa zgodnie i zasadnie uważały, że przebieg tych granic jest absurdalny, ale zgody wokół ewentualnych nowych granic już nie było: dlaczego ja mam być mniejszością u ciebie, skoro ty możesz być mniejszością u mnie? To zaś pachniało czystką etniczną i wojną, więc w ONZ postanowiono zostawić wszystko po staremu. Karabach więc też miał pozostać w Azerbejdżanie i zgodnie z przewidywaniami wyzwolił się wojną i czystką. Baku teraz pragnie wojną przywrócić status quo ante, co musiałoby się skończyć nową czystką.

Rozwiązaniem, oczywiście, byłyby państwa nie narodowe, lecz obywatelskie. Amos Oz opowiadał, jak robiący z nim wywiad szwedzki dziennikarz krytykował go za brak entuzjazmu dla wizji dwunarodowego państwa żydowsko-arabskiego, którą ów dziennikarz popierał. „A czy nie należałoby – replikował izraelski pisarz – przywrócić wspólnej szwedzko-norweskiej monarchii?”. „Panie Oz – odparł z politowaniem jego rozmówca – najwyraźniej nic pan nie wie o Norwegach”. To zaś, co wiedzą o sobie Izraelczycy i Palestyńczycy, Azerowie i Ormianie czy nawet Flamandowie i Walonowie, sprawia, że czekać nas będzie jeszcze niejedna wojna zasad.


Wojna zasad w Karabachu

2 komentarze to “Wojna zasad w Karabachu”

  1. W codziennej liturgii Kosciola Ormianskiego zachowaly sie przeklenstwa na Zydow ,od sameo jego zalozenia. Z KK usunieto te przeklenstwa, przynajmniej oficjalnie.
    Widzialem teraz wywiad z uchodzca z walk tam : „Budowalismy swoje Koscioly I domy a tu teraz..”
    Wiec ta wscieklosc armenczykow ze Izrael dostarcza broni Azerbejdzanowi wywodzi sie napewno tez z tego ze niewierni i przekleci Zydzi sie odwazyli….
    Stosunki Armenia-Izrael nigdy nie byly cieple,Armenia wolala zawsze byc posluszna tej liturgii i brac pod uwage skupienia Ormian w krajach arabskich, np. Libanie.
    Ormianie w Izraelu maja sie dobrze, nie ma po co wziasc ich pod uwage przez Armenie..
    Wiec Izrael tylko I wylacznie swoje interesy powinien brac pod uwage,pomijajac histerie Armenii i odwolanie ambasadora

  2. Najpierw byli, I sa, Turkmeni, ktorych dzieci , mlode imperium arabskie kupowalo do wojska. Potem, Turkmeni przeniesli Albanie z Baku do Kosowo. A sa.i osiedlilisie w Baķu. W 1990, spotkalem, wJerozolimie zydowska rodzine, ktora uciekla z Baku, jak uslyszala w radio , Zydzi nie wyjezdzajcie. My zabijamy tylko Ormian. Ormianie, ktorych nie zabito, uciekli do Nagorny Karabach. Rosja, ktorej gaz blokuje Polska z Trampem, ma rurociag,, ktory idzie przez Turcje. A po odkrycia olbrzymich zloz na Morzu Srodziemnnym I Czarnym, Izrael o wielkim eksporcie swegogazu mooze zapomniec. Wiec sprzedaje bron.

Leave a Reply

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

%d bloggers like this: