Uncategorized

Nie ma myśliciela Baumana bez doświadczeń chłopca, którego prześladowano, bo gruby i Żyd


Przyslala Katharina Dr.Gasinska-Lepsien

Zygmunt Bauman. W Wielkiej Literze ukazała się książka Artura Domosławskiego 'Wygnaniec. 21 scen z życia Zygmunta Baumana’ (Fot. Łukasz Giza / Agencja Gazeta)Bauman – major, Żyd, komunista, i Bauman – geniusz, Żyd, postmodernista. Artur Domosławski w książce „Wygnaniec. 21 scen z życia Zygmunta Baumana” uspójnia tę rozdwojoną tożsamość

Znam Baumanów dwóch. Jeden to były pracownik Uniwersytetu Warszawskiego, socjolog i komunista z przeszłością, nad którą ciągle wiszą ciemne chmury zagęszczane przez „twórczych” antykomunistów III RP.

Drugi to Bauman – światowej sławy filozof, postmodernista, „wynalazca” płynnej rzeczywistości, autor wielu książek, nad którymi toczą się zacięte debaty (moralne, kulturowe, antropologiczne, polityczne).

Między tymi dwoma Baumanami jest wyrwa. Dla wielu ten pierwszy zniknął, bo narodził się drugi, który go przesłonił cieniem światowej sławy. Dla innych ten drugi nie istnieje, bo przesłania go ponury cień tego pierwszego.

Bauman – major, Żyd, komunista, i Bauman – geniusz, Żyd, postmodernista. W „Wygnańcu” Artur Domosławski uspójnia tę rozdwojoną tożsamość. Spoiwem światopoglądowym jest socjalizm, biograficznym: bolesna świadomość obcości; kulturowym – nieustanne krytyczne myślenie.

Narracja Domosławskiego, pełna analiz historycznych kontekstów, oparta na dokumentach, listach, rozmowach i pismach, miejscami się rwie, pewne wątki uporczywie powracają, a po przeczytaniu kilkuset stron czytelnik ma nadzieję na rychłe zakończenie, ale się rozczarowuje: krzywa życia Baumana nie układa się bowiem w postać linii, która stopniowo wzrasta, by po osiągnięciu apogeum spadać. Jeszcze w wieku 90 lat Bauman przeżywa wielką miłość, podróżuje, wykłada i pisze, pisze, pisze…

Jak twierdzi Domosławski, nie ma Baumana myśliciela bez doświadczeń małego Zygmunta, którego prześladowali koledzy (bo gruby i Żyd), „bez udręki wygnańca, który liczył ścięte drzewa na północ od Gorkiego, bez cierpienia rannego pod Kołobrzegiem chorążego, bez przekonań dwudziestoletniego podporucznika, który bronił powojennej władzy przed zbrojnym podziemiem, bez gorliwości agitatora i propagandysty, bez wstrząsu »oślepionego« i rozczarowanego zbrodniami popełnionymi dla idei, której się poświęcił, bez self-made mana, który błyskawicznie napisał doktorat, pracę habilitacyjną i został wybijającym się nauczycielem akademickim”.

Zygmunt Bauman. Socjalista

Bauman zawsze był socjalistą. Bo kim może zostać ktoś ze społecznych nizin, Żyd spychany do getta ławkowego, wygnaniec z własnego kraju, któremu nadzieję przynosi władza obiecująca równość, wykształcenie i troskę o wykluczonych? Nawet jego osławiony postmodernizm, krytyka globalizacji, kategoria obcości czy odkrycie płynnej rzeczywistości mają inspiracje lub horyzont – jak kto woli – socjalistyczne.

Niełatwo jednak być socjalistą w kraju, gdzie samo słowo jest przedmiotem tabu, gdzie każdy ruch o progresywnym czy emancypacyjnym kierunku kojarzony jest z wrażym lewactwem i gdzie władza nieustannie ostrzega przed ofensywą marksizmu, choć zarówno Marks, jak i jego dziedzictwo mają tu bardzo nikłą intelektualną pożywkę. „Słowo socjalizm jest w Polsce wciąż przepędzanym duchem” – pisze Domosławski, ale dla Baumana socjalizm to „głos sumienia”.

Gdyby odciął się od niego, gdyby wyrzekł się swojej przeszłości, złożył samokrytykę, posypał głowę popiołem lub – co najmniej – podążył drogą rewizjonisty Kołakowskiego… Ale gdzie tam! Ani popiołu, ani rewizjonizmu.

Nie chciał, jak twierdzi Domosławski, wpisywać się w narodowy kicz Jacka Soplicy (od grzesznika do bojownika), zwłaszcza że świat postrzegał zupełnie inaczej niż owi nawróceni z komunizmu Soplicowie.

W robotniczym zrywie ’80 r. Bauman widzi nadzieję nie tyle na zmianę systemową, ile na „więcej socjalizmu”, ale srodze się zawodzi. O rządach Wałęsy pisze: „Socjalizm to władza rad plus elektryfikacja całego kraju. Wałęsizm to władza elektryka plus klerykalizacja całego kraju”. O braciach Kaczyńskich: „Boże mój, przecież to typowi instruktorzy Komitetów Wojewódzkich PZPR”. I w obu przypadkach – w mojej opinii – ma absolutną rację.

Nie potępił Jaruzelskiego za wprowadzenie stanu wojennego, za to nie znosił Balcerowicza, traktując jego reformy, podobnie jak reformy znienawidzonej Thatcher, jako destrukcyjne dla społeczeństwa. Bezwzględny wolny rynek niszczy zarówno klasę robotniczą, przerabiając ją na konsumentów, jak i poczucie socjalnego bezpieczeństwa, które dla Baumana zawsze było gwarantem wolności. Już w 1991 r. pisał, że procesy dekomunizacji i budowana na nich III RP odsłonią „wywar raczej cuchnący. Wszystkie stare obrzydlistwa – z tym że nikt nie śmie nazwać ich obrzydlistwami – są teraz tymi świętościami, jakich szargać nie wolno. Klerykalizm, nacjonalizm (wielkopaństwowy), nietolerancja, no i rzecz jasna, antysemityzm”. Był też przekonany, że gdyby nie PRL, Polska przypominałaby bardziej ubogie kraje peryferyjnego kapitalizmu niż Zachód.

Bauman szarga więc wszystkie świętości III RP. Czy on – stalinista – ma do tego moralne prawo?

Artur Domosławski „Wygnaniec”. Odpowiedzialność za własną biografię

Rzeczywiście był stalinistą, majorem KBW, trzy lata współpracował z kontrwywiadem, nosił mundur, miał pistolet. Nigdy się tego nie wypierał, „takie były czasy” – mówił. Dziś takie są czasy, że do tego wizerunku przyczepia mu się demoniczne łaty: że strzelał do narodowych bohaterów, że na uczelni nosił nagan, że donosił…

Bauman pobudza prawicowych myśliwych, którzy tropią jego komunistyczne uwikłania, nie dostrzegając w ogóle, że jego teczka dotycząca współpracy z Informacją Wojskową jest chuda, natomiast ta z materiałami zbieranymi na niego przez SB ma setki stron. Dlaczego? Domosławski pisze: „Wyjaśnienie tego wydaje się proste: teczka »na Baumana« nie pasuje do czarnej legendy o nim, jaką wykreowali dekomunizatorzy; burzy również rozpowszechniony w dzisiejszych czasach czarno-biały obraz Polski Ludowej”. Dekomunizatorzy obsadzili Baumana w roli „stalinowskiego kata”, więc informacje o Baumanie tropionym przez bezpiekę demolują politykę historyczną opartą na kłamstwach, mitach, manipulacjach.

Sam Bauman brał pełną odpowiedzialność za swoją przeszłość. Wybór komunizmu był w jego przekonaniu wyborem nie tylko jedynym, ale też najlepszym dla Polski. „No proszę, proszę się w to wszystko wczuć. Przychodzą do pana i mówią: damy ziemię chłopom. A ja wiedziałem, że chłopi cierpieli, bo nie mieli. Fabryki damy robotnikom. Cudownie, mój ojciec nie będzie musiał czapkować. W ogóle wszyscy będą równi. Wykształcenie będzie bezpłatne. Wspaniale! Wykształcenie to była dla mnie niezwykle istotna sprawa. Padały też przeróżne hasła przeciwko dyskryminacji i upokorzeniu. To ostatnie zwłaszcza stało się bardzo ważnym pojęciem w moim życiu”.

Jego współpraca z Informacją Wojskową nie zostawiła po sobie żadnego śladu czynów nikczemnych – pisze Domosławski – nie ma dowodów, że kogoś skrzywdził, że wyrastał gorliwością poza rolę, którą mu przydzielono. Skąd więc ta nagonka? „Jest jeden powód – podpowiada cytowany w książce Andrzej Walicki – ze względu na antykomunizm, który jest fundamentem ideologicznym obecnej Polski”.

No i ponieważ Bauman był Żydem.

Żyd jako obcy

W języku polskim wystarczy wymówić to słowo, by wskazać na coś więcej niż tylko przynależność etniczną czy religijną. To nieusuwalne piętno determinujące los: obcego, innego, wygnańca, spiskowcy.

Urodzony w II Rzeczpospolitej (1925), o której mówił, że była nie „państwem polskim”, tylko „państwem Polaków”, dorastający w czasie wojennej zawieruchy Bauman doświadczył losu „Żyda-odmieńca”, „Żyda-tułacza”, „Żyda-komunisty u władzy” wreszcie „Żyda-nosiciela win wszelakich”. Czuł się – jak pisze – nie tylko „obcym od urodzenia”, ale też niechętnym jakiejkolwiek „przynależności”. Był kosmopolitą, bo jak twierdził, tożsamość jednostki w świecie globalizacji nie jest dana raz na zawsze, podlega nieustającym wyborom i negocjacjom, jest w ruchu, wieloznaczna, ambiwalentna. Ale też – zaświadcza o tym Domosławski – czuł się Polakiem, „a polskość opisywał z dumą, czułością i ze zrozumieniem dla burzliwej historii kraju, na jakie nie stać wielu Polaków wymachujących polskością na co dzień”.

Jego ostatnia książka, „Obcy u naszych drzwi” (2016), poświęcona jest problemowi obcości (w tej roli: uchodźcy), a właściwie politycznej i kulturowej interpretacji lęku przed nimi; lęku „kosmicznego”, lęku kreowanego przez polityków, lęku socjalnego. Bauman w jej zakończeniu, wzorem papieża Franciszka, namawia do wrażliwości, dialogu i odpowiedzialności. Bauman – moralista?

Dwa Bogi

Domosławski przypomina, jak w czasie jednego z pobytów Baumana w Polsce w latach 90., podczas debaty na temat zła, młody Cezary Wodziński wstał i powiedział, że Bauman zdetronizował Leszka Kołakowskiego i przejął po nim rząd dusz.

Zdetronizować Kołakowskiego? To nie mieściło się w głowie: Kołakowski był Wielkim Filozofem, opoką opozycji i mistrzem wielu pokoleń intelektualistów. Ale rzeczywiście był taki moment, gdy nagle międzynarodowa sława Baumana, obfitość jego książek odkrywających płynną rzeczywistość i tworzących liczne figury-reprezentacje późnej nowoczesności, takie jak włóczęga, turysta, ogrodnik, „ludzie zbędni” itp., zawładnęły akademicką (i nie tylko) wyobraźnią.

Dla mnie, tak jak zapewne dla wielu, szczególne znaczenie miała książka „Nowoczesność i Zagłada”, gdzie Bauman zebrał liczne diagnozy przyczyn faszyzmu i wysunął własną, opartą na skrupulatnej analizie (biurokratycznych, technicznych, prakseologicznych) elementów nowoczesności. Ważne znaczenie miała też jego „Etyka ponowoczesna”, gdzie przedstawił krytykę wyjaławiającego myślenia opartego na normach i kodeksach, które wszak nie zapobiegły zbrodniom czasów nowoczesnych, ale jedynie uśpiły czujność moralną. Ludzie, dokonując potworności, odwoływali się właśnie do nich.

Bauman proponował moralność bez etyki. Tak jak Kołakowski etykę bez kodeksu. W sumie to dwie podobne propozycje, które nawołują do indywidualnej wrażliwości i odpowiedzialności. Poza tym twórczość Kołakowskiego i Baumana jest diametralnie różna.

Czy jednak wielkość tego drugiego przyćmiła wielkość pierwszego? Nie sądzę. Toż to „Dwa na słońcach swych przeciwstawnych – Bogi”. Łączy ich ciągła potrzeba kwestionowania własnych przekonań (raczej postawa błazna niż kapłana), nieznające spokoju krytyczne i odkrywcze myślenie. Być może Bauman miał większy apetyt na życie: kochał, palił, podróżował, gościł, namiętnie gotował. Jeśli jednak ktoś będzie w „Wygnańcu” szukał sensacji z jego życia erotycznego – srodze się zawiedzie.


Nie ma myśliciela Baumana bez doświadczeń chłopca, którego prześladowano, bo gruby i Żyd

Kategorie: Uncategorized

2 odpowiedzi »

  1. Każdy Żyd utrzymuje rodzinę jak umie i nie każdy ma zawód którym może się szczycić.
    To najcieplejsze epitafium jakie powiedziałbym nad grobem Baumana.

  2. I Bauman, zaciekly krytyk Izraela, wlasciwie Gomulka numer 2, powtarzajacy, juz gdy byl w Anglii, ze „Izrael musi miec wojne, to konieczne dla jego ideologii, nie jest zainteresowany w pokoju ” i porownywal mur na B.Zachodnim do „Scian Warszawskiego Getta „.
    Oczywisci temu lizusowi nie przeszlo do glowy porownac takiego samego muru w Belfascie odgradzajacego katolikow od protestantow, w obliczu nieporownanie mniejszego niebezpieczenstwa, do murow Getta
    Pies z nim, jeszcze jednym Swietym .

Leave a Reply

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.