Uncategorized

Sprowadzał żydowską kulturę do folkloru, podlizywał się nie-Żydom? Nic bardziej błędnego!

Przyslala Rimma Kaul


Co może zrobić żydowski pisarz tworzący w Polsce po Zagładzie? Pisać tak, jakby nic się nie wydarzyło? Julian Stryjkowski tak nie potrafił.


iJulian Stryjkowski

Julian Stryjkowski

Było to w 1995 roku, najdalej wiosną 1996. U zbiegu Koszykowej i placu Na Rozdrożu, tuż obok domu, gdzie mieszkał. Przypominał ptaka i jednego z moich wujów. Na warszawskiej ulicy wyglądał, jakby przyfrunął z innego świata.

Jeden z ostatnich, tak pomyślałem. Zaraz zniknie. Faktycznie, przeszedł ulicę i zniknął za rogiem. A może przysiadł na pobliskim drzewie? Przecież jest powiedziane w „Śnie Azrila”, może jego najpiękniejszej książce: „Żyd potrafi spać jak ptaszek na gałązce”. Tam się zdrzemnął, a potem poleciał i więcej go nie zobaczyłem. Zostały mi jego książki.

Julian Stryjkowski – strażnik pamięci

Kiedy przeczytałem moją pierwszą książkę Juliana Stryjkowskiego? Nie umiem powiedzieć. Na pewno wtenczas, gdy go ujrzałem u zbiegu Koszykowej i placu Na Rozdrożu, miałem za sobą lekturę „Austerii”, pewnie też „Głosów w ciemności” i „Echa” (wydaje mi się, że egzemplarz „Snu Azrila”, czwarte ogniwo tetralogii galicyjskiej, dokupiłem później).REKLAMA

Zresztą to nie takie ważne, bo przecież Stryjkowski towarzyszył nam niejako od zawsze, jego książki były w biblioteczce Śródborowianki i we wszystkich znanych mi mieszkaniach, jak reprodukcje witraży Chagalla z dwunastoma plemionami Izraela. Osobliwy znak obecności czegoś, czego już nie ma.

Strażnik pamięci, tak czasem o Stryjkowskim mówiono. Były w tych słowach powaga i smutek, który wyzierał z większości okładek powojennych żydowskich książek wydawanych w Polsce. Także z okładek powieści i zbiorów opowiadań Stryjkowskiego, projektowanych jak macewy, żeby bez czytania kojarzyły się z cmentarzem. Ot, rzeknie ktoś, pisarz z żydowskich domów i antykwarskiej półki z napisem „judaica”. Albo, już pochlebniej, „największy obok I. Singera w literaturze świat. epik dawnego obyczaju i kultury żydowskiej diaspory w Polsce” („Słownik literatury polskiej XX wieku”). Polski Singer. Piewca tego, co minione i zamordowane.

Tylko piewca i epik? A może subtelny żydowski teolog spod znaku chasydów i Spinozy, poszukiwacz własnej drogi między tradycją a katastrofą, wiarą a zwątpieniem, które przyniósł XX wiek?

Albo jeden z najbardziej pomysłowych demiurgów polszczyzny w powojennej literaturze? Wspólnik (tak, nie ma w tym przesady) Białoszewskiego i Buczkowskiego w dziele rozsadzania okrzepłego literackiego języka, robienia w nim dziur, uskoków, miejsca na inne mówienie?

Demiurg polszczyzny? Przecież zarzucano Stryjkowskiemu, że przekładając dosłownie na język polski żydowskie idiomy i hebrajskie maksymy, kaleczy polszczyznę, tworzy karykaturalny obraz sztetlu i jego rzekomo koślawej jidyszowej mowy, sprowadza żydowską kulturę i religię do folkloru, do egzotyki, udziwnia i oszpeca, a nawet podlizuje się nie-Żydom.

Nic bardziej błędnego! Żydowska polszczyzna Stryjkowskiego to polszczyzna prawdziwa, bo właśnie nasycona dwoma językami, jidysz i hebrajskim, którymi mówili na co dzień polscy Żydzi. Jak najdalsza od wykalkulowanych arabesek i magicznych zaklęć.

Cóż bowiem może zrobić żydowski pisarz tworzący w Polsce po Zagładzie? Pisać tak, jakby nic się nie wydarzyło? Stryjkowski tak pisać nie potrafił. Jego język jest w środku poróżniony, rozchwierutany i pełen dziur, dlatego że stanowi kawałek rzeczywistości zdegradowanej, szczątek żydowskiej kultury.

W dziurach między polskimi słowami prześwituje coś, czego już nie ma. Żywa mowa ludzi, którzy przestali istnieć wraz z Zagładą. Jakby Stryjkowski chciał nam powiedzieć: „Słyszycie? Oto głosy!”. Żywa mowa po końcu świata. No dobrze, echo żywej mowy. Też niemało.

Niemało ważnych książek jak na jednego pisarza

Ale nie chodzi tylko o upamiętnianie zamordowanych. Stryjkowski, wbrew okładkom, w które go opakowywano, nie stawiał macew z języka. Nie po to rozdzierał polszczyznę, nie po to wprowadzał do niej melodię jidysz i hebrajskiej modlitwy, żeby zaraz zastygła w kamieniu.

Chciał, żeby polszczyzna po Zagładzie rezonowała żydowską mową i ciszą po niej. Brakiem. I żeby ten brak był słyszalny, przynajmniej tak długo, jak długo ludzie będą czytali „Austerię” i „Głosy w ciemności”. Ale znów – nie tylko ze względu na zmarłych. Idzie przecież o żywą mowę każdego człowieka z osobna. Czy nie takie jest przesłanie „Austerii”?

W jednym z monologów stary karczmarz Tag przywoła Baal Szem Towa i powie: „Człowiek wybija monety jednym wizerunkiem i każda moneta jest taka sama, Bóg wybił człowieka Swoim wizerunkiem i jeden człowiek nie jest podobny do drugiego. To znaczy: każdy powinien sobie powiedzieć: »świat został stworzony dla mnie«”.

Świat dla mnie, ja dla świata. „Ja dla świata”, znaczy: co mogę zrobić ze światem, by stał się miejscem lepszym do życia? A „świat dla mnie”: mam prawo do samookreślenia, bo jak każdy człowiek jestem cząstką nieskończoności.

Tak czytam „Przybysza z Narbony”, historię z czasów hiszpańskiej inkwizycji, ale naprawdę powieść współczesną, o resztówce polskich Żydów w ponurej pomarcowej dekadzie i jej egzystencjalnych wyborach.

Albo „Milczenie”, ostatnią nowelę Stryjkowskiego, w której sędziwy pisarz, tworząc piękny midrasz do „Pieśni nad pieśniami”, opowiedział o homoseksualnej miłości i własnych tłumionych pragnieniach, dopowiadając to, co zasugerował pół wieku wcześniej w „Głosach w ciemności”.

Albo „Wielki strach”, powieść – znów, jak to u Stryjkowskiego, mocno autobiograficzną – o komunizmie, czerwonej asymilacji i stalinowskim terrorze. Niemało ważnych książek jak na jednego pisarza.

Dzisiaj, gdy w wydawnictwie Austeria (nazwa nieprzypadkowa, autor „Austerii” jest jednym z tych pisarzy, którzy patronują nam z wieczności) zaczynamy wznawiać jego dzieła zebrane, zastanawiam się nad tym, który Stryjkowski jest mi najbliższy. Może autor „Snu Azrila”, gęstej od biblijnych aluzji przypowieści o żydowskiej wędrówce (niechby z domu do pobliskiej bożnicy), która podtrzymuje świat w jego niespokojnym istnieniu? Słyszę w niej rozmowę z hebrajskim noblistą Szmuelem Josefem Agnonem i myślę, jak wyglądałaby polsko-żydowska literatura w jej językowej polifonii (i kakofonii), gdyby nie kolejne fale emigracji i długi cień Zagłady. Choć czytelnikom winien jestem raczej odpowiedź na pytanie: od czego zacząć? Tu zdecydujcie sami. Austeria czeka.

'Przybysz z Narbony', Julian Stryjkowski, Austeria, Kraków

Przybysz z Narbony’, Julian Stryjkowski, Austeria, Kraków Fot. materiały wydawnictwa

„Przybysz z Narbony”
Julian Stryjkowski
Austeria, Kraków


Piotr Pazińsk

Kategorie: Uncategorized

Leave a Reply

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.