Uncategorized

PRZEPIS NA ARCYDZIEŁO

Ludwik Lewin

Zaczyna się jak zwykła, prosta żydowska historia. W 1968 roku młode małżeństwo, wypchnięte marcem, wyjechało wraz z małym synem do Danii. 

Syn szybko przestał być mały, skończył studia, ożenił się i po błyskotliwym doktoracie, dostał posadę na uniwersytecie w walońskim Liège. W tak zwanym międzyczasie sam zdążył mieć syna, który – jak mogło być inaczej – z mamusią i tatusiem wyjechał do Belgii.  

Ten syn i wnuk ma na imię Samuel a nazywają go, w zależności kto nazywa, Sam albo Samek. To ostatnie zdrobnienie najczęściej używane jest przez dziadków, którzy mówiąc do niego po polsku, spowodowali, że płynnie opanował mowę trzech wieszczów.

W przedszkolu i pierwszych klasach szkoły podstawowej nauczył się duńskiego i po duńsku mówi jak Duńczyk, którym zresztą jest od urodzenia. 

Znając dwa języki niemal nie zauważył, kiedy zaczął mówić trzecim, po francusku, choć nie jak Francuz, ale jak Belg. Nie tak źle, wziąwszy pod uwagę, że w tym samym mieście, tym samym językiem posługiwał się od dziecka Georges Simenon, ojciec, znaczy autor Komisarza Maigreta.   

Wspominam popularnego pisarza – 550 milionów egzemplarzy w tłumaczeniach na 47 języków – dlatego, że niedawno Sam wyznał mi, że korci go pisanie, że ma wiele pomysłów, ale nie bardzo wie jak ma zacząć i w jakim języku. 

Ja sam – nie Samek, tylko ja – nie mam i mieć nie mogę takich problemów, bo ledwie radę sobie daję po polsku, a po innemu ani be, ani me.  Pomyślałem o moim dziadku, który siedem znał języków, ale żadnego dobrze i pisać mógł co najwyżej w jidysz.

Natomiast prawdziwi żydowscy pisarze, myślę o Żydach z talentem, nierzadko mieli wątpliwości podobne do mego młodego przyjaciela.   

Mendele Mojcher Sforim (Szolem Jakow Abramowicz) nazwany przez Szolema Alejchema „dziadkiem literatury jidysz”, jako pierwszy nowoczesny twórca w mame loszen, przez całe życie nie mógł się zdecydować. Zaczął od hebrajskiego, przeszedł na żydowski, a potem znów wrócił do języka Tory, przetłumaczył nań swoje książki powstałe w jidysz i w nim też spisał swoje wspomnienia. 

Pamięta się kim był Icchok Lejb Perec, dzięki jego dziełom w jidysz. Pisał przecież i po hebrajsku, a nawet po polsku.

Salomon Rabinowicz, wspomniany już pod pseudonimem Szolem Alejchem, miał wielki, bliski adoracji, szacunek dla Mendele Mojcher Sforim (ten pseudonim znaczy Mendele handlarz książek). To jego przykład spowodował, że przyszły autor Dziejów Tewji Mleczarza wybrał mowę sztejtla dla swych arcydzieł (bo że będą to arcydzieła, nie miał najmniejszej wątpliwości). A pierwszy, wielce uniżony list do swego mistrza napisał po jakiemu? W jidysz? Skąd – po rosyjsku. 

Wszyscy trzej pisarze byli niesamowitymi poliglotami (Szolem Alejchem też najpierw próbował rosyjskiego i hebrajszczyzny), od szkolnych lat swobodnie władali miejscowymi językami, a i po niemiecku i francusku bez trudu dawali sobie radę.

Nie wiem czy Izaak Babel, autor opowiadań o żydowskich gangsterach w Odessie i o bolszewickich rozbójnikach Budionnego, w domu rodzinnym rozmawiał po żydowsku. Na pewno znał jidysz i choć wielkość osiągnął po rosyjsku, to gdy jako uczeń gimnazjum poczuł natchnienie, pierwsze swe utwory układał w języku Maupassanta, którego od dziecka i przez całe życie uwielbiał.     

Nie należy z tego wnioskować, że mojemu młodemu przyjacielowi Samkowi miałem ochotę poradzić by pisał w jidysz, bo przecież zawsze się może nauczyć, a język, którym już nikt prawie nie mówi, przeżywa za to renesans w polityce kulturalnej. 

Nie ośmieliłem się również sugerować francuskiego, dającego potencjalną, ale niekoniecznie praktyczną, szansę na większą liczbę czytelników.

Pomyślałem natomiast, że po francusku znajdzie rady w postaci książki Pierre’a Ménarda „Le grand roman de l’écriture”, co oznacza „wielka powieść pisania”, ale powieścią nie jest.  

Jest za to zbiorem uwag, przemyśleń i wahań pisarzy, przede wszystkim francuskich, zarówno klasyków, jak i współczesnych. Nie tylko. Pierre Ménard nie ogranicza się do cytatów. Ich układ, podobnie jak jego komentarze i wywody, powodują, że mamy do czynienia z pracą jak najbardziej autorską.  

Autor wykazuje się w niej ogromną erudycją, dużym polotem i nawet poczuciem humoru. Przede wszystkim jednak, jego narracja stanowi niemal podręcznikowy przykład myślenia racjonalnego, logicznego, tego co we Francji zwie się, może nie nazbyt słusznie, kartezjanizmem i co uważane jest przez Francuzów za cechę narodową, z której nieraz sobie kpią, ale przede wszystkim są z niej bardzo dumni. 

Ménard szczególnie ostro naciska na organizację przyszłego tekstu, czynność, której dokonać należy na samym początku. „Pisarz, podobnie jak malarz i pająk, nie może rzucać się w przygodę, nie przygotowawszy uprzednio swego płótna. Pająk wziął się tu stąd, że płótno i pajęczyna to po francusku jedno i to samo słowo. To też charakterystyczne jest dla francuskiego humoru, który na ogół w ogóle nie dostrzega, a więc i nie tworzy śmieszności sytuacji, bogaty natomiast jest w kalambury i inne gry słówek. 

Po czym cytuje Buffona, lepiej zapamiętanego jako uczony naturalista i biolog, który ostrzegał, że nawet największy prozaik świata, zacząć musi od sporządzenia planu, gdyż inaczej „nawet najlepszy pisarz gubi się, jego pióro posuwa się bez przewodnika i rzuca w przygodę trasy nieregularne i sprzeczne wewnętrznie postacie”.

Nieco dalej – co nie zaskakuje – zaleca Pierre Ménard przyszłym literatom „szkołę kartezjańską, dobrze zorganizowaną, matematyczną, dzielącą intrygę na części, te zaś na rozdziały, do których przygotowane zostaną elementy do rozwinięcia, z liczbą stron włącznie…”.

Bardzo jestem ciekaw, co by się stało, gdyby komiwojażer Szolema Alejchema próbował matematycznie zorganizować swe opowieści, które biegają od Sasa do Lasa i w tym ich urok i wielkość. 

Niestworzone historie, które „mój ojciec sam mi opowiadał, że nieraz słyszał z ust swego ojca nieboszczyka. Ponadto cała ta historia była opisana w starej księdze, która już dawno spłonęła. Podobno były w niej opowiadania o wiele piękniejsze od tych, które się drukuje w dzisiejszych książkach i gazetach…”

Przeskakiwanie z tematu na temat, załatwienie sprawy w kilku zdaniach, po zapowiedzi wskazującej na wagę tego, co ma nastąpić, przedstawianie postaci tak, by czytelnik dalej nie wiedział o co chodzi…U Szolema Alejchema znaleźć może można wiele z Gogola, ale niewiele z Balzaca, choć żydowska komedia ludzka spod Kijowa, nic nie ma do pozazdroszczenia tej znad Sekwany.

Nie przypadkiem Dzieje Tewji Mleczarza, zmienione na musical, stały się światowym sukcesem pod tytułem „Skrzypek na Dachu”, co nawiązywało do równie niefrancuskiego surrealizmu Chagalla. A Mojsze Zacharowicz Szagałow jeszcze w Witebsku zaczytywał się w książkach Szolema Alejchema i niepowtarzalna poetyka jego płócien, jest w wielkim stopniu powtórzeniem poetyki autora „Zaczarowanego Krawca”.

No dobra, ale jakie z tego wnioski? Co z tego gadania mieć będzie przyjaciel autora felietonu, zbyt wielkim zaufaniem darzony przez młodego człowieka?    

Z tego gadania mieć nie będzie nic. Co nie znaczy, że zostanie bez rady. Rada nie będzie oryginalna, gdyż kradnę ją Tuwimowi, który dał przepis na arcydzieło: Weź 32 litery alfabetu i ułóż w odpowiednim porządku.


Wszystkie wpisy Ludwika TUTAJ

Pierwodruk ukazal sie w miesieczniku „Slowo Zydowskie „

Kategorie: Uncategorized

1 odpowiedź »

  1. Drogi Ludwiku – jak zwykle i zawsze czulam, ze ze wzrusznia mnie ogarnie w czasie i po czytaniu Twojego artykulu. Przy ostatnim paragrafie troszke sie otrzasnelam, bo napisales ze Tewie byl niesamowitym sukcesem na Brodway’u co oczywiscie jest faktem. Przyponialo mi sie wtedy, ze wydarzenia spiewane na scenie w New Yorku nie nie byly opisane przez Sholom Aleichem w swojej ksiazce. Gdy na scenie mloda corka Tewie wychodzi za maz za sowieckiego komuniste, nie Zyda, w ksiazce wogole czegos tak skandalicznego nie bylo. Ale to nie jest Twoja wina, tylko wina amerykanskiej poprawnosci z NY.

Leave a Reply

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.