Uncategorized

Ojciec wątpił, abyśmy jako gatunek potrafili postępować roztropnie – mówi syn Lema


Stanisław Lem z synem Tomaszem, Austria, 1980 r.

Stanisław Lem z synem Tomaszem, Austria, 1980 r. Nie wiem, co stałoby się, gdyby ojcu powierzono władzę nad światem. Byłyby to rządy niewątpliwie oświecone, ale silnej ręki. Może nieco despotyczne?

Z Tomaszem Lemem rozmawia Krzysztof Siwczyk

Panie Tomaszu, wczytując się w pana z gruntu intymną książkę o ojcu, pomyślałem, że musi pan być skonfundowany instytucjonalnym wymiarem obchodów Roku Lema. Przy tego rodzaju ogólnonarodowym wzmożeniu zwykle umyka perspektywa ściśle ludzka, świętujemy pod „pomnikową postacią” własne projekcje i wyobrażenia, co niekoniecznie przekłada się na powtórną lekturę książek Stanisława Lema. Chciałbym więc zapytać zgoła nieinstytucjonalnie, jaki stosunek miał pana ojciec do tych wszystkich zabiegów gloryfikujących jego postać w przestrzeni medialnej? Był przecież w niej obecny tak na prawach słynnego pisarza, jak i profety późnej nowoczesności, w której chyba wszyscy teraz ugrzęźliśmy.

– Ojciec deklarował niewrażliwość na pompę i uroczystości na swoją cześć. Ale przynajmniej niektóre honory przyjmował z wielkim ukontentowaniem. Ciepło wspominał pobyty w Rosji w latach sześćdziesiątych — fetowali go naukowcy pierwszej ligi. Order Orła Białego na pewno sprawił mu ogromną satysfakcję (był i drobny zgrzyt: członek prezydenckiej świty obdarzył go komplementem w rodzaju „mój nastoletni syn czyta pańskie książki”, na co Lem filozof poskarżył się rodzinie). Ale nie protestował, kiedy obdarowywano go nagrodami państwowymi i honorowymi doktoratami. Myślę, że gdyby dożył stu lat, na łonie rodziny narzekałby, że „musi” wziąć udział w obchodach — i jednocześnie byłby bardzo zadowolony.

Medialna obecność i widzialności pana ojca intryguje tym bardziej, że jego wszechstronna wiedza nie mieści się w dzisiejszym formacie komunikacyjnym, z tymi wszystkimi brutalnymi uproszczeniami, które fundować mają nam recepty na rozumienie rzeczywistości, z pominięciem jej niedocieczonej i skomplikowanej natury. Jak „oświeceniowy” umysł Stanisława Lema zaważył na pana drodze życiowej? To ciekawe, że został pan tłumaczem literatury.

– Trudno przecenić ten „oświeceniowy” wpływ, wszystko jednak odbywało się raczej przez osmozę. Ojciec miał poczucie, że rzeczą najcenniejszą, jaką posiada, jest czas, należało go zatem reglamentować. Kiedy byłem dzieckiem, poświęcał mi go sporo, ale drzwi jego pokoju bywały też zamknięte na klucz. Kiedy nauczyłem się czytać, ojciec zaczął znosić do domu naręcza książek o nauce, technice i inżynierii, jakby chciał wyhodować małego technokratę, a przy okazji poliglotę („Jak to nie znasz rosyjskiego? — Naucz się!”). Studiując fizykę, miałem poczucie odwrotu od „osobistej oświeceniowości” — konieczna okazała się rezygnacja z dziedzin, które mnie interesowały. Starałem się temu zaradzić metodą Stanisława Lema, czyli w bibliotece. W książkach jego mistrzów dostrzegłem inspiracje eksperymentów myślowych, których rozwinięcie znałem już z esejów ojca, utworów groteskowych i powiastek filozoficznych.

Noszę w sobie „oświeceniową tęsknotę” i zarazem pamiętam o losie, jaki spotkał zbójcę Gębona, który chciał wiedzieć za dużo i sczezł przygnieciony kupą informacyjnego śmiecia.

A tłumaczem zostałem przez przypadek — pierwsze książki przełożyłem trochę dla żartu, trochę z konieczności, a trochę z ciekawości (były tak niedobre, że tłumaczyłem pod pseudonimem).

Czy odczuwał pan presję i konieczność wydobywania się z rozległego cienia, jaki rzucał pana ojciec na przestrzeń literacką?

– Pamiętam powrót z przedszkola, mama prowadziła mnie do domu opłotkami. Do ojca przyjechała ekipa telewizyjna i chodziło o to, żebym nie przeszkadzał. Chyba już wtedy przeczuwałem, że sama myśl o wydobyciu się z cienia — bez względu na „charakter” tego cienia — jest niedorzeczna. Ale jest to bardzo miły cień. Moje nieśmiałe próby literackie ojciec skutecznie stłumił w zarodku, ale nie sądzę, aby literatura doznała przez to uszczerbku. Gorzej znoszę zainteresowanie mediów, bo samo moje istnienie jest poniekąd dziełem Stanisława Lema, a genetyczne pokrewieństwo nie czyni ze mnie lemologa. Być może jestem ekspertem od podpatrywania go z perspektywy pięciolatka, ale to nietrudne, bo nie mam w tej dziedzinie konkurencji.

Zaśmiewałem się do rozpuku, kiedy wspomina pan w książce o ojcu o jego słabostkach do łakoci, z pominięciem witamin. Widać coś łączyło „papieża futorologii” z papieżem Polakiem, który w polskiej wiosce patiomkinowskiej zawsze wypływa pod banderą kremówki. Jaki był stosunek pana ojca do katolicyzmu alla crema?

– W kontaktach z duchownymi i wierzącymi ojciec wykazywał się taktem i powściągliwością. Przeżywał takie spotkania, zwłaszcza że wiara często definiowała jego rozmówców, a on nie chciał jej osłabiać.

Był w końcu agnostykiem, który występował u dominikanów, ateistą, który przyjaźnił się z księżmi. W „Fiasku” do spotkania z obcą cywilizacją wysłał dominikanina, ojca Arago. Natomiast zjawiska o charakterze masowym nie wzbudzały jego entuzjazmu, nie tylko w sferze religii.

Wracam czasem do lektury „Fiaska”. W tej ostatniej rzeczy Lema jest też koniec marzeń o transcendencji, która nadawałaby naszemu ziemskiemu bytowaniu sens podróży na spotkanie z INNYM, gdy tymczasem brodzimy po uszy we własnej, zdeterminowanej głównie przemocą naturze. Czy pana ojciec wierzył w możliwość sensownego zorganizowania życia między ludźmi na tym najlepszym ze światów? Innymi słowy, czy on w ogóle miał temperament polityczny?

– W życiu codziennym „temperament polityczny” objawiał się głównie mocnymi słowami wypowiadanymi pod adresem polityków. Nie wiem, co stałoby się, gdyby ojcu powierzono władzę nad światem. Byłyby to rządy niewątpliwie oświecone, ale silnej ręki. Może nieco despotyczne? Ojciec wątpił, abyśmy jako gatunek potrafili postępować roztropnie — i wobec siebie, i naszej planety. A zarazem bardzo chciał się w tej kwestii mylić. Myślę, że niemal całą jego twórczość można odczytać jako zbiór przestróg wskazujących, którymi ścieżkami ziemska cywilizacja nie powinna podążać, bo doprowadzi nas to do samozagłady lub cierpienia o kosmicznej skali.

W rewelacyjnym tomie listów „Boli tylko, gdy się śmieję”, które wymieniał z Ewą Lipską głównie w latach 80., odkryłem jeszcze innego Lema. Ta niezwykła przyjaźń wydaje mi się paradygmatyczna. Oto spotyka się fantastyka naukowa z agregatem metafor. Pytam jako poeta, który widzi w literaturze głównie produkcję metafor: wiem, że Lem pisał wiersze, jestem ciekaw, jak pan je ocenia? I czy dyskurs poetycki może sięgać dalej niż nawet najbardziej radykalna fantastyka?

– Wiersze ojca jakoś mnie nie porwały, natomiast niesamowita językowo wydaje mi się „Cyberiada”, ze szczególnym uwzględnieniem Krętlina z „Powtórki”: język został rozciągnięty do granic możliwości, jak ciasto na strudel. Dziury – i w strudlu, i te semantyczne – już się pojawiają, ale wyraźnie prześwituje przez nie sens. Podobnie jak ojciec jestem zafascynowany twórczością Ewy Lipskiej. Zafascynowany i przestraszony, bo ona sięga eschatologicznych głębin, które są niedostępne ani szkiełku i oku, ani prozie.

Pewne stwierdzenia pana ojca o charakterze sentencji poetyckiej przedostały się do języka powszechnego, do mowy wspólnej, oczywiście ta wspólnota jest ograniczona. Niemniej zauważyłem w sieci takie oto stwierdzenie wyjęte ze „Szpitala Przemienienia”: „Poeta to taki, co umie w ładny sposób być nieszczęśliwy”. Czy pana ojciec potrafił hołdować sztuce eleganckiej rozpaczy skrywanej pod wspaniałym uśmiechem, obecnym w tylu jego ikonicznych fotografiach?

– Ojciec dotarł do obszarów, w których nauka okazywała się już bezradna — nazwał je kiedyś miejscem, gdzie Darwin odnosi nad Heglem pyrrusowe zwycięstwo. Nie sądzę, aby smutek istnienia, którym podszyta jest większość jego utworów, określała jakaś przydawka. Tam, gdzie tylko pozwalała na to konwencja literacka, został on solidnie zakamuflowany groteską. Jego charakter wynika wprost z natury świata, w jakim przyszło nam żyć. Ojciec pisał do swojego tłumacza Michaela Kandla:

„Oczywiście, proszę Pana, że należę do tradycji Oświecenia i że jestem racjonalistą, tyle że co nieco zrozpaczonym”.

Lemów jest wielu. Jak w tej wielości sytuował się Lem ojciec? Był ojcem staro- czy nowotestamentowym?

– Z „testamentowością” jest jak z „soborowością” — wzbudza jednoznaczne skojarzenia. Ale można być niewierzącym konserwatystą. Poglądy na sprawy społeczno-obyczajowe kształtuje chyba głównie zeitgeist? Myślę, że największe znaczenie dla relacji ojciec – syn miała różnica wieku — niemal dwa pokolenia. Ojciec nie miał nic przeciwko temu, żebym miał własne zdanie, dopóki było ono zbieżne z jego poglądami. Konsekwencje odstępstw od tej zasady były trudne do przewidzenia, bo był cholerykiem o gołębim sercu. Jako czytelnik Lema dodam jeszcze, że jego zdaniem świat powinien być urządzony według zasad wywodzących się raczej z tradycji, a nie rozumu. A kultura, zbiór zakazów i reguł, nieuchronnie wiąże się ograniczeniami.


Ojciec wątpił, abyśmy jako gatunek potrafili postępować roztropnie – mówi syn Lema

Kategorie: Uncategorized

Leave a Reply

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.