Uncategorized

ZMYŚLENIA ( 7 )

Eliza Segiet

Eliza Segiet – absolwentka studiów magisterskich Wydziału Filozofii, autorka siedmiu tomów wierszy, monodramu, farsy i mikropowieści. Jej teksty można znaleźć w licznych antologiach, zarówno w Polsce, jak i na świecie. Członek Stowarzyszenia Autorów Polskich oraz World Nations Writers Union. Laureatka Międzynarodowej Publikacji Roku (2017 r., 2018 r.) w Spillwords Press (USA) oraz Nagrody Literackiej Złota Róża im. Jarosława Zielińskiego (za tom Magnetyczni) w 2018 r. Dwukrotnie jej wiersze (2018 r., 2019 r.) zostały wybrane jako jedne ze 100 najlepszych wierszy roku  w International Poetry Press Publications (Kanada). W The 2019 Poet’s Yearbook  została nagrodzona prestiżową nagrodą Elite Writer’s Status Award jako jeden z najlepszych poetów 2019 r. Nominowana do Pushcart Prize 2019 oraz do Naji Naaman Literary Prize 2020.

This image has an empty alt attribute; its file name is zmyslenia.jpg

„Zmyślenia” to zbiór krótkich form prozatorskich, w których Eliza Segiet przygląda się człowiekowi zagubionemu, poszukującemu, dręczonemu, wykluczonemu.

Recenzja Kingi Mlynarskiej


Stary dom

Przez niespełna pięćdziesiąt lat pamiętał rozmowę ze starą kobietą. Miał wtedy 14, może 15 lat i nie wiadomo dlaczego to spotkanie tak bardzo zakorzeniło się w jego wspomnieniach. Zawsze kiedy coś mu dolegało, słowa powracały jak bumerang. Pomyślał: A czemu by tam nie pojechać? Może warto, przecież mogła mieć rację. Dlaczego by tak mówiła? Po co? Może ten dom rzeczywiście miał, a może jeszcze ma jakieś nadprzyrodzone moce? Wspomniała, że najlepsza powieść Turzynieckiego częściowo powstawała właśnie w budynku na wzgórzu. Dlaczego nie szukać tego miejsca?

Usiadł na skraju lasu i usiłował przypominać sobie słowa kobiety z przeszłości. Powoli zaczynała układać się jakaś, jeszcze trochę niespójna, całość. Pamięć przywracała te myśli, które już długo rezonowały w jego głowie. Pomyślał, że pójdzie tam, gdzie wtedy je usłyszał, a potem były z nim całe dorosłe życie. Poszedł w to miejsce, rozejrzał się i znalazł ten sam ogromny głaz, na którym siedział prawie pół wieku temu. Wydawało mu się, że dzisiaj już nie dałby rady wspiąć się na jego szczyt. Stanął obok i zaczął się rozglądać, jakby szukał impulsu mającego rozświetlić jego wspomnienia. Usiadł na starym, zmurszałym korzeniu, głowę oparł o głaz.

Powoli zaczęły do niego powracać jakieś szczegóły rozmowy. We wspomnieniach odnajdywał, a raczej próbował odnaleźć, jej treść. Dobrze pamiętał, jak mówiła: „Trzeba pójść w górę, wąską ścieżką i na skarpie będzie stała willa”. Nie, to miał być dom, który wygląda, jak śmiesznie powiedziała: „jak zawsze stary dom”. Nie ma już nikogo i chyba nigdy nie było, kto widziałby ten dom, kiedy jeszcze był nowy. Zaczął uśmiechać się do siebie i nadal próbował wyciągnąć z pamięci jakiekolwiek pozostałości z jej opowieści: Wiem! Powiedziała:Wokół dużo zieleni i góry, wspaniałe, majestatyczne góry”. Może to jest drogowskaz?

To strzępki opisu cudownego miejsca. Wciąż brakowało tego jednego, jednego słowa. Nie mógł sobie przypomnieć nazwy miejscowości. Brakowało słowa klucza.

Zaczął myśleć głośno:

– Pomórzcie mi, wszyscy święci!

Bardzo się zdziwił, że właśnie tym sposobem odnalazł klucz do wspomnień. Może nim otworzyć meandry myśli, które teraz zaczęły układać się w obrazy. Przypomniał sobie:

– Z okna starego domu widać było kościółek św. Idziego.

Był tego pewien. Niczego więcej nie potrzebował.

– Już wszystko wiem!

Nie ma wielu kościołów, którym patronuje opiekun rybaków, pasterzy, rozbitków. Bez trudu udało mu się odnaleźć miejscowość.

Choć był niemłody i przygarbiony, pomyślał: A czemu by nie spróbować? Pomimo różnych przeciwności postanowił wyruszyć w poszukiwaniu cudownego miejsca, w którym wielcy nabierali sił. Miał jechać w jedno konkretne, odległe, a jednak tak bardzo bliskie miejsce.

Spakowany, przygotowany do drogi wyruszył w swoją podróż nadziei. Tak właśnie o niej myślał. Po ośmiu godzinach, z kilkoma postojami, był już na miejscu. Zobaczył kościółek, a z przeciwnej strony dom. Zawsze stary dom. Odetchnął z ulgą. Podjechał pod wzgórze, niestety, dalej musiał pójść pieszo, by sprawdzić, czy może się tutaj zatrzymać. Okazało się, że w tym budynku jest pensjonat dla seniorów, pomyślał wtedy: Dom dla zawsze starych ludzi. Może jestem stary, ale nie przyjechałem tutaj na zawsze, a tylko na chwilę. Nie wiem, jak długo będę, ale chcę poczuć magię, zobaczyć, czy jest to rzeczywiście dom z „duszą”. A może się uda?

Kiedy okazało się, że pokój, o którym opowiadała kobieta, jest wolny i w dodatku bez żadnych ograniczeń terminowych, nie zastanawiał się ani chwili. Mógł zostać tak długo, jak tylko chciał. Nic nie stało na przeszkodzie oprócz codziennego wspinania się. Ale – pomyślał – jak będę się czuł gorzej, to w ogóle nie będę musiał wychodzić ze swojego pokoju. Mogą nawet podawać jedzenie do łóżka. Jednak postaram się do tego nie dopuścić.

– Tak, biorę ten pokój, tylko bardzo proszę o pomoc przy wniesieniu walizki. Sam już nie dam rady.

Kiedy z gospodarzem wracali już z bagażem, czuł jakiś dziwny spokój, wiedział, że to, po co przyjechał, stanie się. Nie dopuszczał do siebie w ogóle myśli, że jej słowa mogły być zmyślone. Gdyby nie była taka sugestywna, nie pamiętałby tej rozmowy przez tyle lat. Idąc, spojrzał na przepiękny, stojący po przeciwnej stronie budynek. Wolałby być w takich warunkach, ale przecież przyjechał do konkretnego miejsca i w konkretnym celu.

Co mnie obchodzi jakiś pensjonat dla bogaczy. Przyjechałem do starego, zawsze starego domu, a moje oczy chcą czegoś innego. Nie będę ich słuchał! – pomyślał.

Ów pensjonat miał całkiem niezwykłych lokatorów – w domu pracy twórczej mieszkali prawdziwi artyści.

Dotarł do swojego pokoju, o którym myślał przez całe życie, delikatnie otworzył drzwi. Gdy klamka ustąpiła, poczuł jakąś ulgę i spokój. Ten pokój, to okno – wszystko było z nim i Eugeniusz Turzyniecki też, to był kącik jego marzeń i wspomnień. Zawsze wspominał coś, czego nie widział, coś, co zbudował w swojej wyobraźni ze strzępków kobiecych słów. Było dokładnie tak, jakby nic się nie zmieniło od momentu, gdy pisarz kończył tu powieść. Może tylko krzesło było nowe i na biurku nie stał już kałamarz. Czuło się tam to coś, czego nie umiał nazwać. Podszedł do okna i z niepokojem czekał na cud. Ustawiał się tam wieczór w wieczór, jakby zapomniał o prawach przyrody. Nie zdawał sobie sprawy, że jego „wietrzenie” ciała budzi niepokój i ciekawość u młodego pisarza, który w „pensjonacie dla bogaczy” ze zdziwieniem spoglądał na zwalistego, starszego pana w oknie. Zaczęło go to inspirować, zmienił nawet wątki swojej powieści, aby móc wprowadzić do treści okno z jego lokatorem.

Kiedy wieczorem, tuż po obfitej kolacji, wychodził na spacer w spokoju popatrzeć na monumenty natury, jak nazywał piętrzące się ku niebu góry, nie mógł zrozumieć, co facet z okna tam robi, na co czeka, czego lub kogo wypatruje. Zaczęło go to intrygować. Niestety, nie mógł znaleźć żadnej odpowiedzi. Postanowił się odprężyć, bo ponoć wtedy się lepiej myśli. Poszedł na piwo. Nie pomogło. Po wypiciu jednej szklanki zamówił kolejną. Oglądał opalizację trunku w szkle na tle sztucznego światła, ale nadal nic nie przychodziło mu do głowy. Powieść już skończył, a dręczącej go zagadki nie wyjaśnił. Czekało go spotkanie z wydawcą. Żal mu było, że nie rozszyfrował łamigłówki dotyczącej starszego pana, ale był zadowolony, że nie zmarnował czasu i kolejną, jakże zagadkową, postać mógł wprowadzić do wątku swojej powieści.

Następnego dnia, tuż po ukończeniu książki, postanowił opuścić pensjonat. Jednak nocą okropna wichura połamała gałęzie, jedna spadła na jego samochód. Poszedł ocenić szkody. Idąc w stronę auta, zatrzymał się, by popatrzeć na krwiste i oranżowe jarzębiny, które, tak jak inne owoce natury, dzisiejszej nocy zerwał halny. Rozsypane jak korale, leżały na ścieżce, tuż za furtką domu z oknem tajemniczego lokatora. Nie mógł uwierzyć, że tyle strat narobił jeden halny, zwiastun burzy. Z naturą nie wygramy – pomyślał i odruchowo spojrzał w górę, w stronę okna, które stało się jego małą obsesją. Zaniemówił. Ze zdziwienia przetarł oczy, powtórzył ten gest wielokrotnie. Myślał, że coś się z nim stało, że zaczął źle widzieć, że chyba pomieszał mu się rozum. Mężczyzna stał jak zwykle w oknie, ale nie wyglądał tak jak zawsze. Był jakiś rozpromieniony, jego sylwetka zdawała się inna, a do tego wszystkiego jakby mu ubyło lat. Gdyby tego było mało, to zobaczył, że tajemniczy facet podskakiwał, a jego ręce pokazywały gest Marcinkiewicza.

– Tak, to jest on – powiedział do siebie. – Nie mogę wyjechać, muszę się z nim zobaczyć, porozmawiać, chcę odkryć tę zagadkę, zrozumieć, jak mogą dziać się takie cuda. Widziałem go z tego miejsca już niejednokrotnie, zawsze był zgarbiony, a teraz stoi jakby wyprostowany. I ta radość, którą widać z oddali. O co tutaj chodzi? Wprawdzie minęły już dwa tygodnie, odkąd przyglądam się temu człowiekowi, ale dwa tygodnie i jeden dzień nikomu nie zaszkodzi. A już na pewno nie mnie. Idę do niego. Musi mi to wytłumaczyć. Powiem mu, że jest mi to niezbędne do dokończenia książki, bo tak się stało, że jest jednym z jej bohaterów. Powinno go to przekonać. Idę! Nie odpuszczę. Nic mnie nie zatrzyma.

Gdy dotarł już do pensjonatu, zaczęły targać nim wątpliwości. Ale nie po to szedł, by zawracać. Od razu udał się do pokoju na górze. Szedł, jakby znał ten dom od zawsze. Coś bardzo magicznego zaczęło do niego docierać (mężczyzna z okna, gdy odnalazł ten dom, też miał jakieś nieprawdopodobne odczucia). Jak mam zacząć? – zastanawiał się. Zapukał do drzwi i nieśmiało nacisnął klamkę. Dopiero teraz przekonał się, że wzrok ma dobry, a mężczyzna ma niemal całkiem prostą sylwetkę. Był starszym, szpakowatym panem, o inteligentnych rysach. Przestał być już dla niego zgarbionym dziwakiem, teraz postrzegał go jako kogoś, kto przyjechał w konkretnym celu.

– Pozwoli pan, że się przedstawię. Nazywam się Turzyniecki.

– Ten Tu-rzy-nie-cki?

– Tak, jestem wnukiem Eugeniusza Turz…

Szpakowaty mężczyzna gestem ręki przerwał dalsze przedstawianie się.

– Wnukiem słynnego pisarza…

– Proszę już nic nie mówić. Zawsze lubiłem czytać książki pana dziadka. Słyszałem, że tu przyjeżdżał po natchnienie. Przepraszam, powinienem się przedstawić. Nazywam się Jarosław Biernat, zawsze byłem pod wrażeniem… Ojej, powtarzam się. Przepraszam. Usiądźmy, proszę. Co pana sprowadza w moje i pańskiego dziadka progi? Mam nadzieję, że pan wie, że właśnie w tym pokoju powstawały linie ostatniej książki Eugeniusza. Chyba się pan nie gniewa, że tak się spoufalam, co najmniej jakbym był jego kolegą.

– Nie gniewam się, ależ skąd. Zrobiłem to z całą premedytacją, przyjechałem, aby pisać jak mój dziadek. Nie podobał mi się ten pensjonat, dlatego zatrzymałem się w tamtym z lepszymi warunkami – z wanną z hydromasażem, jakby to miało dać mi dar pisania. Dopiero teraz widzę, że nie o to w tym wszystkim chodzi! Wchodząc po schodach prowadzących do pana pokoju, zrozumiałem, że to jest miejsce, w których dzieją się jakieś cuda. A ja siedziałem i pisałem coś, co teraz zmieniłbym w całości, może zostawiłbym wątek, w którym pan króluje.

– Jak to ja króluję?

– Byłem tak zdziwiony… Może to nie jest dobre słowo, może lepiej, jakbym powiedział oszołomiony, zszokowany pana codziennym „wietrzeniem” w oknie. Proszę wybaczyć, nie chciałbym obrazić.

– Ja się nie wietrzyłem, ale dziękuję, pięknie pan to określił. Cóż, jak przystało na pisarza, a zwłaszcza wnuka kogoś takiego.

– Proszę mi zatem powiedzieć, czemu pan całymi godzinami stał w tym otwartym oknie i wypatrywał, no właśnie, nie wiem czego. Zdradzi pan tę tajemnicę?

– Oczywiście, mogę powiedzieć. Dlaczego nie? Powinienem zacząć tak jak pisarz, tak jak przystało na to miejsce, gdzie wciąż jest duch pana świętej pamięci dziadka, tak jak przystało na to, że pan jest moim gościem. Usiądźmy. To nie będzie długa opowieść. Kiedy byłem młodym chłopcem, siedziałem nad jeziorem, podeszła do mnie stara kobieta i zaczęła opowiadać o tym miejscu. W ogóle mnie to nie interesowało, ale byłem, jak to się wtedy mówiło, „chłopcem z dobrego domu”. Nie słuchałem jej tak, jak powinienem, ale wiem to dopiero dzisiaj. Dochodziły do mnie jakieś wybiórcze informacje. Dzisiaj nie umiem powiedzieć, jakim „kluczem” wtedy oddzielałem je od siebie. Część z nich przyswajałem, a inne eliminowałem. Tak jak to młody, który wolałby zagrać w piłkę, a nie gadać ze starą babą. Wtedy tak mi się wydawało. Dzisiaj już myślę inaczej. Trzeba słuchać tych, którzy mają coś do powiedzenia. A ona miała. Początkowo sądziłem, że to jej zmyślenia, teraz wiem, że mówiła prawdę.

– Co takiego panu powiedziała?

– Co powiedziała? Powiedziała coś, co było ze mną zawsze: „Jak będzie ci źle, jak będziesz stary, chory, pojedź do willi, gdzie swoją ostatnią powieść kończył Turzyniecki”. Powiedziała, gdzie stoi dom i że z jego okien widać, jak na drugim wzgórzu majestatycznie wznosi się kościół św. Idziego. Chyba nie powiedziała majestatycznie, ale pewnie jakiś taki wyraz, który po latach mogę tak odczytywać. Potem dodała: „Wejdziesz do pokoju, w którym on pisał, otworzysz okno i będziesz chłonął ten klimat, będziesz czuł spokój, tam zawsze wszyscy byli bardzo, bardzo szczęśliwi. Będziesz patrzył na tęczę, na klucze łabędzi i będziesz odpoczywał. Nigdy nie zapomnisz tego miejsca. Tam jest moc, która dodaje sił”.

– Dlatego dzisiaj jest pan taki inny, szczęśliwszy! Ja też widziałem tę tęczę.

– Nie chodzi o znaki na niebie. Tak, dzisiaj jestem szczęśliwy, bardzo szczęśliwy. Nie znamy się, ale skoro pan jest jego wnukiem, jestem mu to winien. Czytałem jego książki, powiedziałbym, od zawsze i teraz, w najtrudniejszym dla mnie okresie, też był ze mną. To znaczy czułem jego obecność i to coś, czego nie potrafiłem nazwać, kiedy wszedłem do tego pokoju. Myślałem, że to jest to coś, co wy pisarze nazywacie weną. Ale nie, tutaj rzeczywiście jest jakaś magia: niemożliwe staje się możliwe.

– Przepraszam, co pan ma na myśli?

– Właściwie to jestem tak bardzo szczęśliwy, że mogę powiedzieć.

– Powie mi pan, czego wypatrywał?

– Niczego nie wypatrywałem. Patrzyłem tylko w niebo, bo wiedziałem, że już umieram.

– Ojej, co ja słyszę?!

– Czekałem na telefon z informacją o wynikach moich badań. Zanim tu przyjechałem, zostawiłem w klinice oświadczenie, że mogą podać je telefonicznie. Dzisiaj zadzwonili!

– I co? Co powiedzieli?

– Czy ja byłbym taki szczęśliwy? Oczywiście jest wszystko dobrze! Ona miała rację! Będę mógł choć przez chwilę popatrzeć na swojego syna, wprawdzie jeszcze nienarodzonego, ale to już za miesiąc… Proszę niczemu się nie dziwić… Kiedy w grę wchodzi miłość, nie wolno patrzeć na różnicę wieku. Mam młodą żonę…

– S…S…Sy.. na? Jaki ja mam temat na powieść! Nie będzie pan miał nic przeciwko temu?

Poprzednie odcinki TUTAJ

Kategorie: Uncategorized

Leave a Reply

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.