Uncategorized

Pojednanie ze złem- Wątek 3 cz1/3

Leon Weintraub

Rozdział VII

Warszawski sen

Szybko spadło mi bielmo z oczu. Obserwowałem, że większość kolegów to były jak mówiliśmy „rzodkiewki”: na zewnątrz czerwone, w środku białe. Dla kariery, świętego spokoju ludzie zapisywali się do partii, w domu jej złorzeczyli. Ja wybrałem wewnętrzną emigrację. Byłem członkiem PZPR, biernym. Brałem udział w zebraniach, ale nigdy żadnej funkcji nie pełniłem.

*

Warszawa w listopadzie 1950 roku jest odświętna. Od 16 do 22 odbywa się II Światowy Kongres Obrońców Pokoju. Towarzyszy mu atmosfera skandalu, na miejsce obrad wybrano angielskie Sheffield. W Korei trwa jednak wojna, która skutecznie dzieli świat na dwa zwalczające się obozy. Części uczestników nie wydano brytyjskich wiz wjazdowych, innych nie przepuszczono przez granicę. Kongres przenosi się do Warszawy, co wykorzystuje propaganda. Przyjeżdżają komuniści z całego świata w tym Pablo Neruda, chilijski pisarz, który jest wybrany do Prezydium Kongresu. Zakłady pracy piszą do obradujących listy poparcia, dzieci w szkołach robią laurki. A władza chwali się osiągnięciami: budową Marszałkowskiej Dzielnicy Mieszkaniowej, osiedlem Muranów, Stadionem Dziesięciolecia. Emanacją siły ma być Dom Partii, na budowę którego „dobrowolnie” opodatkowano całe społeczeństwo. Warszawiacy do zmian podchodzą z dystansem i ironią. Po mieście krąży dowcip: „Co widzisz, kiedy tyłem odwrócisz się do budynku PZPR? Z tyłu, w d…pie mam partię, z przodu Nowy Świat”. 

O tym, że miasto podnosi się z ruin na kongresie się nie mówi. Nie ma czym się chwalić. A przecież według raportów budynki prawobrzeżnej Warszawy zostały zniszczone w 84 procentach, lewobrzeżnej w 30 procentach. W 2004 roku zespół fachowców, który zebrał się przy prezydencie m. st. Warszawy obliczył straty na 43,5 miliardów dolarów według dzisiejszej wartości.  Zostało to wyliczone przy zastosowaniu przelicznika: 1dolar = 5,31 zł (według kursu z marca 1939 r.) i po przyjęciu, że wartość dolara z lata 1939 roku była 13,24 razy wyższa niż obecnie.

Od 1948 roku działa Społeczny Fundusz Odbudowy Stolicy. BOS, czyli Biuro Odbudowy Stolicy zrzesza 1400 specjalistów, min. architektów, urbanistów, ekonomistów, prawników, socjologów. Prace idą pełną parą dzięki dekretowi Bieruta z 1945 roku. Na własność Warszawy przechodzą wszystkie grunty, które należały do przedwojennej stolicy.

Do takiej miasta pełnego chaosu i kontrastów, młodości, ale też powojennego bólu przyjeżdża Leon. 

*

Z czym zaczynałeś nowe życie w Polsce?

Cały mój dobytek to była niewielka, drewniana skrzynka. W niej miałem trochę odzieży, książki. Z Getyngi jakoś dotarłem do Szczecina, tam wsiadłem w pociąg do Warszawy. Podróżowałem sam, żona i syn jako obywatele Niemiec nie dostali polskich wiz. Wcześniej byłem tak zaaferowany przygotowaniami do repatriacji, że umknęło mi, że w tym czasie odbywał się II Światowy Kongres Obrońców Pokoju. Na dworcu w Warszawie zobaczyłem na peronie kumpli w FDJ w niebieskich koszulach. W kuferku też taką miałem. Manatki zostawiłem na dworcu i pojechałem do Ministerstwa Szkolnictwa Wyższego.

Pierwszy raz byłem w Warszawie, nikogo nie znałem, nie miałem pieniędzy, ale dostałem list polecający z konsulatu w Hanowerze. W ministerstwie powiedzieli: „kolego, jest Kongres Pokoju, nie możemy się wami zająć”. Dostałem chyba 30 zł i skierowanie do domu studenckiego przy placu Narutowicza. Tam wylądowałem. Wieczorem wyciągnąłem niebieską koszulą FDJ, założyłem ją i podszedłem pod Dom Słowa Polskiego na Towarowej, gdzie odbywał się kongres. Stanąłem i czekałem aż nadejdzie moja niemiecka grupa. Zmieszałem się z kolegami, wszedłem bez kontroli. W środku był tłum ludzi. I nagle słyszę: „Ty tu jesteś?! Gdzie milicja, trzeba go aresztować”. Olek Drożdżyński, przyjaciel z Bergen-Belsen, o którym opowiadałem. Wiedział, że z Hilkiem i jego kuzynem w 46 roku nielegalnie przeszmuglowaliśmy się na Zachód. Byłem dla niego zdrajcą. Na szczęście milicji nie zawołał, szybko się dogadaliśmy. Podobna reakcja powtórzyła się jeszcze raz. Niedługo po przyjeździe spotkałem w Warszawie innego kolegę z Bergen-Belsen, Heńka Francuza. Jechałem tramwajem, uczepiłem się na grono do faceta przede mną. Młodzi ludzie tego nie wiedzą, ale po wojnie było w stolicy tak mało tramwajów, że podróżowaliśmy podczepieni do siebie jak winogrona. Patrzę Heniek! Poznał mnie, porozmawialiśmy, opowiedziałem, co się ze mną działo, dał mi swój adres. Mieszkał na Starym Mieście, na Piwnej. Poszedłem, drzwi otworzyła jego żona Dorka. Znowu usłyszałem: „zdrajco”. Poszczuła mnie psem, do dziś pamiętam, że to był wilczur. Musiałem czekać pod domem aż wróci Heniek. Potem byliśmy w dobrej komitywie.

Jak zareagowałeś na epitet „zdrajco” od bliskich ludzi?

Przeżyłem go. Wydawało mi się, że najpierw jesteśmy przyjaciółmi, których łączą wspólne przeżycia, obozowa przeszłość. Dopiero potem liczy się państwo, wierność socjalizmowi. Szybko po przyjeździe zrozumiałem, że ideologia, w którą wierzyłem czytając w Getyndze dzieła Marksa, Engelsa, Lenina, Plechanowa, to utopia. Realia w Polsce wyglądały inaczej. Spadło mi bielmo z oczu. Praktyka to były sklepy za żółtymi firankami, elity. Ja miałem uczulenie na wywyższanie się, a tu ludzi dzielono na tych z partii i innych, źle mówiono o kościele i „zachodniej reakcji”, Bieruta wychwalano pod niebiosa.

W Getyndze jako studenci dyskutowaliśmy z ludźmi o odmiennych poglądach, nawet z faszystami. Nauczyliśmy się argumentować, wyjaśniać, przekonywać. Przyjeżdżały 'politruki’ z Berlina Wschodniego i mówiły: „z wrogami się nie dyskutuje. Albo przejdą na naszą stronę, albo trzeba ich likwidować”. A dla mnie, jeśli jest coś świętego, to szacunek dla ludzkiego życia. Nic, ani ideologia, ani wyznanie, czy religia, nie usprawiedliwiają pozbawienia życia drugiego człowieka. 

Dużym wstrząsem był dla mnie proces Rudolfa Slánskiego w Czechosłowacji w 1951 roku, oskarżonego o szpiegowanie na rzecz Izraela. Przyznał, że był zdrajcą. Skazano go na śmierć. Nie mieściło mi się to w głowie: sekretarz partii, długoletni komunista? Zapytałem Olka Drożdżyńskiego: „Czy byś mnie torturował, gdyby powiedziano, że jestem zdrajcą, wrogiem systemu?” „Tak, jeśli byłyby dowody”- odpowiedział.  „A ja nie mógłbym ci zrobić krzywdy, bo jesteś moim przyjacielem, bliskim mi człowiekiem”. Olek to był betonowy komunista. Szczycił się, że poślubił dziewczynę z robotniczej rodziny, to było wtedy dobrze widziane. Nie pomogło mu to, w 1968’ wyrzucono go z Polski, wyemigrował do Niemiec.

Ciag dalszy juz jutro

Ksiazke mozna kupic TUTAJ

Kategorie: Uncategorized

Leave a Reply

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.