Uncategorized

Rocznica powstania w getcie. Urodziła się w nim Bieta Ficowska. Najmłodsza uratowana dzięki Sendlerowej


Przyslala Rimma Kaul

Urodzona w getcie Bieta Ficowska: Na drogę na aryjską stronę dostałam srebrną łyżeczkę. Gdy ją trzymam, to jakbym brała mamę za rękę

Urodzona w getcie Bieta Ficowska: Jestem najmłodszym dzieckiem uratowanym dzięki Sendlerowej
Bieta Ficowska

Urodzona w getcie Bieta Ficowska: Jestem najmłodszym dzieckiem uratowanym dzięki Sendlerowej (Fot. Rafał Masłow)Trzymam ją w szkatułce. Przetrwała liczne zawieruchy i przeprowadzki, i jest teraz takim moim skarbem. Czasem przynosi mi szczęście. Ta łyżeczka jest jedynym przedmiotem, który łączy mnie z przeszłością, bo wiem, że w lipcu 1942 roku rodzice trzymali ją w ręku. Rozmowa z urodzoną w getcie Elżbietą Ficowską, najmłodszym dzieckiem uratowanym dzięki Irenie Sendlerowej.

Elżbieta Ficowska: – Tę swoją historię poznałam, kiedy miałam 17 lat. I ciągle jestem zdumiona, jak ona jest ważna dla ludzi. A ze mną jest trochę tak, jak mój mąż napisał w wierszu o dwóch matkach: „Dzięki nim nie dziwisz się wcale, kiedy mówisz jestem”. I ja się swojemu byciu nie dziwię. Bycie sprawia mi przyjemność. A są osoby, które w podobnej sytuacji do mojej mają coś w rodzaju poczucia… Jak by to nazwać?

Paula Szewczyk: Poczucia winy?

– Tak, że oni żyją, a wszyscy inni zginęli. Ja nigdy tak nie miałam. Zawsze cieszyłam się, że żyję i nadal się cieszę. 80. urodziny obchodziłam z wielką pompą, radością, zdumieniem, że 1300 osób złożyło mi życzenia. Niesamowite, że zgarniam tyle ludzkiej sympatii, dobroci, serdeczności. Myślę sobie „za co?”, bo jedyną moją zasługą jest to, że żyję. Kiedyś mój mały wnuk powiedział, gdy czytałam mu „Harry’ego Pottera”, miał może pięć lat: „Babisiu, to zupełnie jak z tobą! Tobie też zły czarownik zabrał rodziców”. Dobrze to podsumował.

Z wdzięcznością?

– Ja wiem, czy z wdzięcznością? To moje bycie traktuję jako rzecz całkiem naturalną – jestem, i już. Kieruję to pytanie do Pana Boga albo do losu, jeśli ktoś woli: po co to się stało? Nie bardzo biorę pod uwagę przypadkowość.

Siebie pytam o dwie rzeczy: co masz do zrobienia w życiu i co zrobiłaś do tej pory? I teraz, jak przeżyłam tych 80 lat, nie mogę powiedzieć, żebym była zachwycona tym, czego dokonałam, niewiele zrobiłam. Ale mam poczucie, że się starałam.

Kiedy tylko znajdował się w mojej orbicie ktoś potrzebujący pomocy, pomagałam. Bo uważałam, że moje życie jest dobre, że mogę coś od siebie dać. Zresztą kocham życie i świetnie się w nim bawię – i życiem się bawię, i w życiu się bawię. Nie jestem z tych, którzy narzekają i mówią, że mogłoby być lepiej.

Te dwie świece na komodzie za panią są szabatowe?

– Nie, nie. Świecznik jest tu wysoko, na szafie. Menora. Mam ją dzięki mężowi, to on mi tłumaczył, co to jest i do czego służy, opowiadał o świętach żydowskich. Wiedzę, jaką mam, choć niedużą, bo nie miałam potrzeby jej zgłębiać, mam od niego.

Kościół i wszystko, co w nim: zapach wędzidła, dźwięk organów, pieśni, kojarzą mi się z dzieciństwem, z mamą, z nianią. Gdy mąż zaprowadził mnie pierwszy raz do synagogi w Jom Kippur, opowiadał, że to święto, podczas którego Żydzi modlą się za zmarłych, i że tak robiła moja rodzina. Próbowałam się i ja pomodlić, jak umiałam, ale to, co tam się działo, to był dla mnie teatr. Z niczym mi się nie kojarzyło.

Nie czuła się pani u siebie?

– Kiedy jestem pytana, czy jestem Żydówką, zastanawiam się, co to znaczy. Jeśli brać pod uwagę tzw. krew, to głupie, Hitler miał takie kryteria. W moim odczuciu można być kimś, jeśli człowiek zna jakieś tradycje, język, literaturę, coś, co pozwala mu poczuć więź. Wnuczka, jak miała może sześć lat, zapytała: „Babisiu, czy ja jestem Żydka?”. Nie wiedziałam, co powiedzieć, bo żeby prawdziwie kimś być, trzeba to wynieść z domu.

Sama wiedza o byciu Żydówką nie sprawiała, że czułam, że nią jestem. Jestem Żydówką, jak biją Żydów, ale na co dzień nie czuję tej przynależności. Czuję przywiązanie do moich najbliższych, których na oczy nie widziałam, i zdaję sobie sprawę z tego, co przeżyli. Pamiętam o tym, że moja rodzona mama została zamordowana, gdy miała 24 lata. Jest mi z tego powodu smutno, ale to wszystko, co mogę z siebie wykrzesać. Bo jestem ziarenkiem przeniesionym na inny grunt.

Nie miałam w pamięci ani mamy, ani dziadków. Ci trochę starsi ode mnie, pamiętający twarz rodziców, to, jak siadali z nimi do szabatu, zapalali świece, mają nawiązanie, ja nie. Pytanie, czy to gorzej, czy lepiej. Na pewno u mnie nie łączy się ten brak z traumą. A na ich oczach zabijano najbliższych. To koszmar, którego nie da się pozbyć, pamięć jest przekleństwem. Ja jej nie mam, zostało mi to darowane.

Nie zachwiało to panią?

– Może gdyby mi było w życiu źle, gdybym cierpiała jak wiele osób w podobnej sytuacji, a wychowujących się w rodzinach, w których były przeszkodą, czułabym inaczej. Ale u mnie było przeciwnie, nie przeżyłam wstrząsów, bo byłam amortyzowana w domu olbrzymią dawką miłości. Nie poczułam niepokoju, jedynie taki, który może poczuć dziecko, gdy się dowiaduje, że jest adoptowane. Ale na ciężar pozagładowy byłam za głupia, naprawdę. Nie docierało to do mnie. W szkole w ogóle się o Zagładzie nie rozmawiało, w domu tym bardziej. A szukanie wiedzy o przeszłości rodziło we mnie poczucie nielojalności wobec mamy.

Miałam życie pełne miłości, niczego mi nie brakowało, robiłam, co chciałam, byłam potwornym bachorem. To był rezultat rozpasania, wychowania w przekonaniu, że mogę wszystko. Nie mówię tego z poczuciem triumfu, po prostu tak było. Miałam to szczęście, że byłam w życiu mojej mamy człowiekiem, którego najbardziej kochała. Była osobą jedyną w swoim rodzaju, z zawodu położną, a to kobiety twarde, zdecydowane – i ona taka była. Wychowałam się bez ojca, ale ona była mi matką i ojcem. Nie wyobrażałam sobie innego modelu rodziny, była dla mnie wszystkim. Tak jak potem mój mąż stał się dla mnie wszystkim. Widocznie potrzebowałam takiej ciągłości.

O tym, że urodziła się pani w getcie warszawskim, a Stanisława Bussoldowa nie jest pani matką, dowiedziała się pani przypadkiem.

– Zwykle w takich ważnych życiowych sytuacjach decyduje przypadek. Do ósmej klasy chodziłam do szkoły felicjanek, bo wymarzyłam sobie bycie pensjonarką. A że pensji już wtedy nie było, tylko szkoły klasztorne, a mama nie odmawiała mi niczego, zgodziła się mnie tam zapisać. Ale jak mnie oddawała, musiała się martwić, czy nie będzie mi się działa krzywda, wiedziała również, że nie przywykłam do żadnej do dyscypliny. Opowiedziała wychowawczyni, że jestem dzieckiem uratowanym z Zagłady, żeby usprawiedliwić moje ewentualne wybryki. Rzeczywiście chodziłam tam rok, po czym mnie wyrzucili, bo spuściłam się z okna w dół po prześcieradłach, gdy siostry nie chciały mnie wypuścić do domu. Mama była przeszczęśliwa, bo już zaczęłam mówić, że chyba zostanę zakonnicą.

Miałam w tej szkole jedną przyjaciółkę. Przyjechała dwa lata później odwiedzić mnie w naszym domu w Michalinie. Zapytała mnie wprost, dlaczego nie powiedziałam, że jestem Żydówką. A ja na to: „Ależ skąd!”. Uznałam, że zwariowała. Pojechała do Warszawy, a ja zostałam z tym pytaniem.

Zrobiła pani w domu burzę?

– Nie, na początku nic mamie nie powiedziałam. Była już osobą leciwą, nie robiłam kwerend. Poszłam do mojego wychowawcy, polonisty, z pytaniem, kim są Żydzi, i on mi opowiadał dwie godziny o wojnie, o tym, co się stało. Potem udałam się do Żydowskiego Instytutu Historycznego. Dyrektorem był wtedy profesor Bernard Ber Mark, zapytałam go o to samo. Zorientował się, w czym rzecz, i powiedział, że żydostwo jeszcze nigdy nie przyniosło nikomu szczęścia: „Zapomnij o tym, niech ci się wydaje, że to zobaczyłaś w kinie”. Oczywiście się oburzyłam, byłam nastolatką. A że nie byłam nigdy łatwym dzieckiem, buntowałam się, uciekłam z domu, nie pierwszy raz zresztą. Niania opowiadała mi, że jak tylko nauczyłam się chodzić, wyprowadzałam się z domu. Zawsze wyglądało to tak samo, ukochana lalka pod pachę, walizeczka, w której miałam ubrania dla lali, w drugą rękę nocnik i wychodziłam.

Wtedy próbowałam jakoś sama sobie z tym poradzić, ale kiepsko szło. I był taki moment, że uciekłam z domu. Mama chodziła z moją fotografią, szukała mnie. A ja siedziałam u koleżanki w piwnicy i za nic nie dawałam się stamtąd wyciągnąć. Jak wyszłam, mama powiedziała mi, co wie, nie za wiele, ale coś. Nie zaprzeczała. A ja już wiedziałam, że to nie jest temat, który należy podtrzymywać, że to ją rani. Unikałam z nią rozmów na ten temat.

Wtedy zrozumiała pani, czym zajmowała się koleżanka mamy, która odwiedzała was w Michalinie, Irena Sendlerowa?

– Znałam ją jako przyszywaną ciocię, koleżankę, których mama miała sporo. Znały się z pracy w pogotowiach opiekuńczych, mama prowadziła jedno w kamienicy, która do niej należała, przy Kałuszyńskiej 5 na Pradze. Tam trafiłam z getta. Zarówno moja mama, jak i Sendlerowa przygotowywały dzieci do wypuszczenia w świat, zwykle starsze ode mnie, niektóre nie mówiły po polsku, nie znały pacierza, nie mogły się przeżegnać, trzeba było je tego nauczyć. Jak mnie przyniesiono, mama kombinowała, co zrobić – była wdową, miała dorosłe dzieci, w końcu postanowiła mnie sobie zostawić. Tylko że któregoś dnia córka dozorczyni zaczęła pytać, skąd się wzięło to niemowlę, bo chyba trzeba będzie Niemcom powiedzieć, że to żydowski bachor. Wtedy mama gwałtownie zareagowała, uderzyła ją w twarz, za co miała sprawę sądową. Wywiozła mnie do Michalina i tam zamieszkałyśmy, a sama jeździła do pracy do Warszawy. Ja żyłam z nianią.

W książce „Sendlerowa. W ukryciu” Anna Bikont pisze, że życie uratowała pani Stanisława Bussoldowa, a nie Irena Sendlerowa, o której mówi pani jak o drugiej matce.

– Mówię to symbolicznie, bo wiem, że byłoby niemożliwe, by Sendlerowa osobiście uratowała dwa tysiące dzieci, zresztą ona nigdy tak nie twierdziła. Czasem osobiście pomogła dziecku wydostać się z getta, rzadko, bo miała od tego cały sztab ludzi, który załatwiał im dokumenty i szukał dla nich miejsca. Ja dzięki mamie wiem, jak to działało i że gdyby nie Sendlerowa, nie byłoby akcji wokół mnie. Nie pojechała po mnie osobiście, ale uratowanie mnie zorganizowała.

Na drogę na tzw. aryjską stronę dostała pani od rodziców srebrną łyżeczkę z wygrawerowaną datą urodzin i imieniem. Gdzie ją pani trzyma, jeśli to nie tajemnica?

– W szkatułce. Jak byłam mała, ta łyżeczka leżała w domu w szufladzie razem z innymi sztućcami. Zawsze się mówiło, że to moja łyżeczka, ale dzieci często mają swoje sztućce, więc mnie to w ogóle nie zastanawiało. Przetrwała liczne zawieruchy i przeprowadzki i jest teraz takim moim skarbem.

Często zagląda pani do szkatułki?

– Czasem ją otwieram, przynosi mi szczęście. Mówiłam, że brakuje mi nawiązania do przeszłości, ale ta łyżeczka jest jedynym przedmiotem, który łączy, bo ja wiem, że rodzice ją trzymali w ręku. Jak ją biorę, to tak, jakbym brała mamę za rękę.

KIEDY TYLKO ZNAJDOWAŁ SIĘ W MOJEJ ORBICIE KTOŚ POTRZEBUJĄCY POMOCY, POMAGAŁAM. BO UWAŻAŁAM, ŻE MOJE ŻYCIE JEST DOBRE, ŻE MOGĘ COŚ OD SIEBIE DAĆ – ELŻBIETA FICOWSKA FOT. RAFAŁ MASŁOW

To też poniekąd moja metryka, są na niej data moich urodzin i imię, które oni mi nadali: „Elżunia”. Ktoś mi mówił w Ameryce, dawno temu, że to było imię żydowskie, pytałam, jak to jest, mówili: „Takie imię, po prostu”. Jak szłam do pierwszej klasy, była moda na „Elżbietę”, było nas chyba wtedy siedem, zostałam „Bietą”, i tak jest do dziś. Jak ktoś mówi „Ela”, nie reaguję, nie wiem, do kogo to.

Papiery wyrobiła mi mama, na swoje nazwisko. Robiło się to wówczas na słowo, taki był bałagan w urzędach, że wszystko można było powiedzieć. Ojcem był jej mąż, który umarł dwa lata przed moim urodzeniem, i to jest moja obowiązująca metryka, nie mam innej. Nikt się nigdy tego nie dopatrzył. (Cisza). Tak zostałam jej córeczką, Elżunią Bussoldówną.

O rodzicach z getta myśli pani czasem?

– Nieczęsto, ale zdarza mi się, zwykle w chwilach refleksji. Teraz, jak już taka stara się zrobiłam, robię różne podsumowania, retrospekcje, zastanawiam się nad swoim życiem, czy coś z niego sensownego wynika, czy jeszcze coś się zdarzy. Pewnie tak, bo bez przerwy mam jakieś przygody i wybryki. Jak się nic nie dzieje, to się szczypię, czy na pewno jestem. Nie czuję, że się przygotowałam na te 80 lat. Przypomina mi się Zofia Nałkowska, która gdy miała 50, powiedziała, że wszystkiego się w życiu spodziewała, ale nie tego, że będzie stara. To co ja mam powiedzieć?

Jest też przy tej okazji refleksja, gdzie to życie się zaczęło i z kogo. Myślę o ojcu Izraelu Józefie, o mamie Heni, jak bardzo trzeba było być zdeterminowanym, by rozstać się z dzieckiem na niewiadome. Miała nadzieję, że przeżyję, a to był czas likwidacji getta, lipiec 1942, gdzie dzieci takie jak ja zabijało się, łapiąc je za nóżki i uderzając o ścianę. Ile musiałam mieć szczęścia – o tym myślałam. I o tym, że te moje urodziny mogłyby być pretekstem do ustanowienia święta życia. Dają przecież dużo radości, mimo że korzeniami tkwią w nieszczęściu. Nie zetknęłam się dotąd z tym, że się mówi o Holocauście, by celebrować życie, to zwykle smutny temat, i już. A gdy widzę swoje zdjęcie – sześciomiesięcznego niemowlęcia, które miało nie żyć, a teraz ma 80 lat – to myślę, że to powód, by świętować. Proszę, tu stoi bukiet, 80 róż. Miło mieć tyle lat, im więcej, tym większy bukiet.

Mówiła pani kiedyś: „Czasem widzę mamę w snach”.

– (Cisza). Miałam jeden sen, który pamiętam. W tym śnie ktoś dał mi zdjęcie jak z legitymacji, powiedział: „To jest twoja mama”. Patrzyłam na kobietę na zdjęciu i mówiłam: „To nie ona, to jakaś zwyczajna kobieta”. I ta osoba, może to była Irena, zapewniła mnie, że to ona, bo ona ją widziała. „Ty jej nie widziałaś” – mówiła. Pamiętam, że obudziłam się rozczarowana. Wiem, jak wyglądała moja prababka, a nie wiem, jak wyglądali ojciec ani mama. Całe życie szukałam jej zdjęcia, pytałam o nią, ale wiele się nie dowiedziałam. Wiem, że była blondynką, miała zielone oczy, długie nogi. I że była świetną uczennicą. To tyle.

Pewnie już zdjęcia nie znajdę, nie będę Mojżeszem, żeby żyć do studwudziestki. Pogodziłam się z tym, że go nie ma, nie cierpię z tego powodu, bo dostałam dużo dobra. Raz pod pomnikiem Bohaterów Getta na rocznicy powstania podszedł do mnie człowiek z Michalina, mówiąc, że nie pamięta, żebym mówiła z wdzięcznością o mojej mamie. A ja zdałam sobie sprawę z tego, że wcale nie jestem wdzięczna, nie umiem, była tak bardzo moją mamą. Dla kogoś z boku to może brzmieć dziwnie, dla mnie to naturalne. Nie miałam pomysłu, żeby jej dziękować, była moją mamą w oczywisty sposób. To też powód, że jakoś sobie poradziłam z tym brakiem wiedzy o rodzonej mamie. Choć czasem mi z nim źle.

Przykro?

– Tak, że nie jest mi przykro. Że jakoś za mało uwagi poświęcam rodzicom, że nic o nich nie wiem i już się nie dowiem. Chociaż sama rozmowa sprawia, że są, że na chwilę żyją.

Ta wiedza, skąd się wzięłam, zrobiła mi dobrze, dała trochę pokory.

Gdy zostałam przewodniczącą stowarzyszenia Dzieci Holocaustu, widziałam ludzi zakompleksionych, niepewnych siebie, bez poczucia własnej wartości. Ja rosłam w przekonaniu, że jestem księżniczką. Gdyby nie ta cała historia, wyrósłby ze mnie potwór.

Patrzyłam na tych ludzi jak na siostry i braci w losie, ale mających ten los całkiem inny. Niektórzy mieli mi za złe, gdy mówiłam, że to nie jest stowarzyszenie żydowskie. Tłumaczyłam według tego, co czułam, że jest dla osób, które jako dzieci zostały naznaczone, bo miały żydowskich rodziców, ale co z nich wyrosło, to ich sprawa. Zarzucali mi, jak mogę mówić, że nie jestem Żydówką, a mnie zależało, by to rozgraniczyć. Większość pojęcia nie miała, tak samo jak ja, żadnych skojarzeń, tradycji, wiedzy o religii, więc na jakiej zasadzie? Solidaryzmu, że inni za to zginęli?

To pani mąż, poeta, eseista, tłumacz Jerzy Ficowski, mówił, że jest tym, kogo biją.

– Bo ważny jest człowiek. Na pytanie: „Kim właściwie pan jest, Żydem, Cyganem?”, odpowiedział, co zapamiętałam na całe życie: „Kiedy biją Cyganów, jestem Cyganem, kiedy biją Żydów, jestem Żydem”. Z mężem to była prawdziwa fascynacja, zauroczenie, powiedziałabym, dziecięce jeszcze. Był bardzo ważnym człowiekiem w moim życiu, poniekąd mnie wychował. Patrzyłam z podziwem, jak żyje, jak reaguje na świat, na przeciwności. Jestem wdzięczna losowi, że miałam taką możliwość, to był niezwykły człowiek.

Gdy urodziła się nam córka Ania i była malutka, nie mieliśmy dachu nad głową. Mieszkaliśmy z rodziną mojego męża, on zwrócił się do Związku Literatów z prośbą o mieszkanie. Zaczęły się telefony. Pamiętam telefon – to był rok 1969 – że jest mieszkanie, cudowne, znaliśmy je, w Domu Literatury na placu Zamkowym, po Arnoldzie Słuckim. Jego rok wcześniej wyrzucono z Polski. Mąż dostał piany, a miał opinię enfant terrible, niepokornego, krzyczał do słuchawki, że on „mienia pożydowskiego nie przejmuje!”. Mnie to wszystko imponowało, byłam nietypową żoną. Taka typowa to by dziury w brzuchu wierciła, „bierzemy, taka okazja”, ale nawet mi to nie przyszło do głowy.

Poznaliście się w kawiarni?

– Tak. Nie. To było coś bardzo dziwnego. Koleżanka, do której uciekłam drugim razem, była przyjaciółką poety żydowskiego Jaszy Zonszajna, często przesiadywali w Klubie Związku Literatów. Przyszła raz i mówi, że zamieszkała u niej taka dziewczyna, która dowiedziała się, że jest Żydówką. Mąż powiedział: „Przyprowadź ją tutaj”. Zgodziłam się. Weszłam, czułam się nieswojo, podszedł do mnie Jerzy, był bardzo serdeczny, i zapytał, czy nie jestem głodna, wyglądałam na dziesięć lat mniej, niż miałam, więc traktował mnie jak dziecko. Zaprowadził na dół, gdzie była stołówka, dostałam obiad. Od tego się zaczęło. Mówił: „Przychodź co dzień”. Jak już studiowałam, wpadałam po zajęciach, byłam całowana przez niego w czoło, pytał: „Jak tam, córeńko”. Taka to była relacja. Ostatnia rzecz, która by mi przyszła wtedy do głowy, to małżeństwo.

Wiedziała pani, że był już wówczas żonaty?

– Tak, ale wtedy był już właściwie w separacji, szybko się zresztą rozwiódł. Jego była żona nie miała o to do mnie żalu, bo Jerzy nie był łatwym człowiekiem, myślę, że odczuła ulgę. To był człowiek fantastyczny, ale bardzo wymagający, perfekcjonista. Była z jego odejścia zadowolona, ja z kolei czułam przerażenie, zupełnie sobie tego nie wyobrażałam.

Nie była pani gotowa na bycie żoną? Ficowski był starszy od pani o 18 lat.

– Nie chciałam być mężatką, chciałam mieć córeczkę, ale nie męża. Byłam zakochana, ale to była bardzo specjalna miłość. Gdy postanowił się oświadczyć, pojechał do mamy do Michalina z wielkim bukietem róż. „Pan się chce żenić z moją córką? Czy pan wie, że ona nic nie umie?” – zapytała. Wiedział. Ślub mieliśmy w listopadzie 1968 roku, mama umarła w grudniu, a córka urodziła się w marcu. Jak żyła, mówiła: „Nie zrobisz mi takiego wstydu, żeby urodzić dziecko bez męża”. Po jej śmierci Jerzy stał się moją jedyną rodziną, to nie była taka miłość tylko damsko-męska, to było dużo, dużo więcej. Po prostu wszystko.

Z waszego domu nie chciała pani nigdy uciec?

– Nie, bo on był mądry i mnie nie trzymał. Rok 1976, siedzimy przy kolacji, mówię, że chciałabym pojechać do Paryża. „Czemu tam?”. „A nie wiem”. Na to Jerzy mówi: „Mam 250 dolarów, jak ci tyle starczy, to jedź”. I pojechałam. Mąż mnie nie ograniczał, bo wiedział, że się nie da. Pozwalał mi na wszystko.

Co prawda obiecywał mamie, że będzie prał, gotował, ale rzeczywistość była taka, że bardzo niechętnie się angażował w sprawy domu, a ja uczyłam się wszystkiego od zera. Do matury miałam nianię, mama robiła jej awantury, że kalekę wychowuje, bo nie pozwala mi nic robić. Kiedy pytałam męża, co przygotować na kolację, jak mieliśmy gości, mówił: „Cokolwiek zrobisz, będzie dobrze, przepraszam cię, ale jestem zajęty”. To miało swoje dobre strony, bo nie ingerował w to, jak prowadziłam dom, decydowałam o wszystkim. I do końca zostałam już na pozycji dziecka, nawet jako stara baba ciągle byłam jego córeczką, tak jak wcześniej księżniczką mojej mamy.

Paula Szewczyk

Kategorie: Uncategorized

Leave a Reply

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.