Uncategorized

Rodzina to odpowiedzialność, a matka się jej bała


Przyslala Rimma Kaul

„”. Agata Passent o Agnieszce Osieckiej

Agata Passent (Fot. Albert Zawada / Agencja Wyborcza.pl)- Osiecka pisze o tym, co w czasie ciąży pojawia się w głowie wielu osób – obcość, dystans, odrealnienie. Dla jednych to dar i stan błogosławiony, dla innych – ciężar psychiczny – mówi Agata Passent, córka poetki.

Wydawane od lat dzienniki Agnieszki Osieckiej doczekały się zwieńczenia. Niewielka książka „Czekając na człowieka. Dziennik ciąży i narodzin” to nigdy niepublikowane notatki i korespondencja poetki z okresu ciąży i pierwszych dni po porodzie.

Osiecka przygląda się własnej ciąży z reporterskim dystansem. „Jeszcze nie jestem do szpiku kości Człowiekiem Który Ma Dziecko” – pisze autorka „Białej bluzki” trzy dni po pojawieniu się na świecie jedynej córki. Kiedy – jeśli w ogóle – się nim poczuła?

Z Agatą Passent, dziennikarką, założycielką i prezeską Fundacji Okularnicy im. Agnieszki Osieckiej, na rozmowę o książce umawialiśmy się na początku roku. 14 lutego, tuż przed naszą rozmową, zmarł mistrz felietonu Daniel Passent. Agata Passent przełożyła ją o jeden dzień. 

Książka ukazała się pod koniec marca.

Wojciech Szot: Dziękuję, że przyszłaś. Jestem trochę zaskoczony.

Agata Passent: Dlaczego? Myślałeś, że będę płakać cały dzień?

Ludzie różnie reagują.

– Dużo płaczę. Utrata to proces, który nigdy się nie kończy. Najbardziej współczuję jednak wnukom, bo one najmniej dziadkiem zdążyły się „napaść”, nasączyć. Ale wierzę w przypadki. Zobacz, kilka dni temu umarł mój ojciec, a my spotykamy się, by porozmawiać o książce, w której rodzi się człowiek. Piękny przypadek.

Człowiek – Agata.

– Ja jestem w tej książce drugorzędna. Tu nie chodzi o mnie. Zaakceptowałam to.

Cała nasza niewielka rodzina to ludzie z tzw. telepką. Jeśli długo nie wykonujemy naszych obowiązków – nie piszemy, nie redagujemy, nie publikujemy – to wydaje nam się, że wszystko nam się zawali. Nie jest to „slow life”, i to pewnie bez sensu, ale tak już mamy. Rozmowa z tobą to dla mnie obowiązek, zobowiązanie – koniec wysiłku i pracy nad serią dzienników i zapisków mojej mamy.

Agnieszka Osiecka, będąc w dziewiątym miesiącu ciąży, narzekała w dzienniku, że powinna była do godziny szesnastej pisać albo że nie pisała już dwa dni. Daniel przez 63 lata co tydzień pisał felieton. To dla nas naturalne, że przyszłam z tobą porozmawiać. Nie pracując, czuję się jak landszaft bez sztalugi – wszystko się rozłazi.

W dniu, w którym się rodzisz, ojciec znalazł czas, by napisać polemikę na jakiś tekst Stefana Bratkowskiego. Co prawda wieczorem odkrył, że nie ma tam ani jednego poprawnego zdania, ale jednak usiadł i napisał.

– Moment, gdy rodzi się dziecko, jest dla mężczyzny bardzo trudny. Myślę, że ojciec czuł się wtedy bezsilny, niepotrzebny. Nie mógł fizycznie być przy łóżku porodowym, opieka okołoporodowa wtedy była inna. Znając tatę, na pewno chciałby urodzić za mamę, żeby się nie męczyła. Usiadł i pisał. Moi rodzice chwytali się zawsze pióra jak podparcia, jak haków w górach. Mama w szpitalu też pisała.

A życie było jak wspinaczka?

– Może raczej jak droga przez labirynt. Pisanie traktowali jako porządkowanie zabałaganionej psychiki. Też tak robię. Jestem bardzo związana z tą książeczką. Dla nas jej ukazanie się jest wydarzeniem, bo zamyka duży cykl publikacji diarystyki mojej mamy i wydaje mi się, że jest… Nie lubię słowa „wyjątkowy”, to takie banalne, ale to taki szlachetny kamyk.

Na „Czekając na człowieka” składa się dziennik z czasu ciąży i pierwszych dni macierzyństwa oraz część korespondencji z tego okresu. Nie jestem bezkrytyczną apologetką twórczości Agnieszki Osieckiej. Uwielbiam wiele piosenek, sztukę „Biała bluzka”, ale widziałam, że niektóre fragmenty dzienników, redagowane, tak bym to określiła, w pocie duszy przez Karolinę Felberg, są nieznośne, przegadane. Do dziennika z czasu porodu dołożyłyśmy razem z Martą Passent, redaktorką serii, kilka listów – czasem są to zabawne, językowe majstersztyki, bardzo cięte.

Na które nie dostawała odpowiedzi.

– Pisała mnóstwo listów do Janusza Minkiewicza, satyryka, który był jej dobrym kolegą i który nigdy nie odpisywał na jej listy. Taki mieli układ.

Minkiewicz był osobą, której Osiecka się spowiadała. Pokazuje to, jak była w sumie w tym czasie samotna. Ojcu dziecka, przyjaciółkom bała się wyznawać prawdę o ciąży, porodzie, macierzyństwie. Minkiewicza odpowiedź na listy nie była jej w ogóle potrzebna. To prowadzenie przez mamę zapisków w czasie porodu przypomina mi nieco nasze współczesne uzależnienie od ciągłego przypominania się światu. Ogromna samotność.

A co z potrzebą lajków?

– Dostawała mnóstwo uznania. Niektóre kobiety zwalniają pod koniec ciąży. Nie ona. Jej fizjologia czy zdrowie nie interesują. Liczy się spotkanie z koleżanką, robota, wizyta w ministerstwie, SPATiF-ie. Towarzystwo i uznanie – to były jej lajki. Była też bardzo flirtująca, potrzebowała męskiej akceptacji.

Ciągle była w ruchu. Jedzie do Zakopanego, Londynu, do wsi Krzyże na Mazurach. W tę podróż wybiera się autostopem. Co za wspaniały pomysł dla kobiety w ciąży – wybrać się w podróż z przypadkowym mężczyzną, który niewybrednie żartuje, że poluje na kobiety!

Powroty do domu były powrotami do samotności, do konfrontacji z samą sobą.

Mimo że tam czekał Daniel, którego w tej opowieści prawie nie ma.

– Może to wszystko było ucieczkowe? Przecież ona nigdy nie chciała być udomowioną gospodynią zamkniętą w klatce. Bała się mieszczańskiego życia. Konserwatywnego domu, gdzie miałaby prać pieluchy, zmywać garnki, cieszyć się z tego, że mąż po całym dniu w pracy przyjdzie i rzuci okiem na dzidziusia. Bała się, że to ją zmieni, zabierze jej czas na pisanie. Takie rzeczy jak wyjście „państwa Passentów” do przyjaciół na kolację – to nie był świat, w którym chciała żyć. Uciekała od tego. Daniel jako mąż jest tu opisany wręcz złośliwie.

Pisze o nim „Paskuda”. I to nie do końca jest pieszczotliwe.

– Chyba nie jest. Ale tu nie ma też tego, co współcześnie nazywamy „macierzyństwem bliskości”. Jest olbrzymi dystans. Mama jest obserwatorką własnej ciąży. Jest niczym operator z kamerą. Gdy się ta bliskość pojawia, to ona wyjeżdża, ucieka. Jakby się tego wstydziła. Płód i dziecko dla kobiety, która bardzo się boi takiego skolonizowania swego ciała w sensie ścisłym – przez płód, przez nowego zupełnie nieznajomego człowieka, i szerzej – przez konserwatywny model, są kimś obcym. Tzw. instynkt macierzyński, pomysł na to, jak jeszcze bardziej matki stresować tym, czy coś mają czy może nie, to akurat nie był atrybut Agnieszki. Ale Daniel miał talent macierzyński i tacierzyński. Ta zmiana bywalca, przystojnego, błyskotliwego i wybitnego dziennikarza, podróżnika w udomowionego męża – sądzę, że to Agnieszce mogło się nie podobać.

Kilka dni przed porodem pisze: „Najgorsze koleżanki. Odkąd jesteś w ciąży, rozmawiają z tobą jak ze zwierzęciem. Żadna nie spyta, nad czym pracujesz, tylko co cię boli, gdzie cię swędzi”. Też się z tym spotkałaś?

– Tak. Gdy byłam w ciąży, robiłam wszystko, żeby koleżanki nie kierowały rozmów na te tematy. Nie czytałam też poradników. Ale bardziej dlatego, żeby się na zapas nie martwić lub nie powielać jakiegoś schematu. Każda mama i każde dziecko są inne, wolę podążać za dziećmi, a nie za poradnikami. Ale lubię rozmawiać o dzieciach, bo fascynują mnie rodzice, ich podejście, pomysły, lęki. Ciąża to temat, którego nie unikam. Mało jest go w polskiej literaturze.

Bardzo mi zależało, żeby te zapiski się ukazały, bo to jeden z najlepszych tekstów prozatorskich mojej mamy. Jest zabawny i smutny jednocześnie, a obserwacje – szczere. Mówią coś o epoce lat 70., choć gdy się je przyłoży do współczesności, wciąż wiele rzeczy jest podobnych. W pewnym momencie pojawiają się problemy ze szpitalem, matka do końca nie wie, gdzie będzie rodziła…

Nawet gdy nazywasz się Agnieszka Osiecka?

– Koleżanka jej podpowiadała, że można to załatwić po znajomości, ale ona nie chciała. Była w tym wszystkim skromna. „Im mniej pompy, tym mniejsza trema” – pisze. Poleciłabym tę książkę wszystkim, którzy czekają na poród. Osiecka pisze o tym, co pojawia się w głowie wielu osób – obcość, dystans, odrealnienie. Lęk przed odpowiedzialnością – nowy człowiek pojawia się w życiu. Lęk, że dziecko skolonizuje matkę, jest obcym ciałem w jego ciele. Można powiedzieć, że to dar, stan błogosławiony, ale można też powiedzieć, że ciężar psychiczny.

Ojcom może być trudniej to czytać, bo trochę się wydają zbędni. Książkę zamyka jednak list twojego ojca do leżącej w szpitalu Osieckiej. „Kochane Miśki – panienki!” – pisze.

– Rodzina to odpowiedzialność, a matka się jej bała. Chciała mieć dziecko, kochała mnie, ale w codzienności nie dawała sobie rady. Dla jednych kobiet będzie czymś wspaniałym oglądanie każdego wieczora tych samych ludzi, wspólne życie. Dla innych – czymś przerażającym. Potrzebujesz samotności, chcesz uporządkować notatki, a tam – mąż. Chcesz mieć swój pokój, swoje łóżko, a tu – czyjeś buty w przedpokoju, łóżko zajęte. W ciąży i podczas porodu ze swoimi lękami kobieta jest samotna.

Ciekawi mnie, jak odczytają ten tekst kobiety z jej roczników, a jak młodsze. Wiele wiąże się tu ze świadomością własnej cielesności. Dziś więcej się o tym mówi, choć wciąż trzeba mieć sporo szczęścia, by przejść normalną edukację seksualną. Mama miała bardzo nieudaną relację z własną matką, a sferę cielesno-seksualną daleką od idealnej, poukładanej. Pochodziła z mieszczańskiego domu. Babcia Maria nie była, co prawda, osobą bierną życiowo, ale bardzo zranioną przez męża Wiktora Osieckiego. Zdradzał ją i porzucił dla kochanki. W wydanych już „Dziennikach” Agnieszki znaleźć można opisy tej sytuacji. To fantastyczne studium tego, co widzi i zapamiętuje dziecko. Okazuje się, że dostrzega czasem więcej niż dorośli.

O porodzie i tobie pisze: „Zapracowałam na to”

– Cała ona. Oboje chcieli, żebym była chłopcem. Miałam już imię – Jakub. Pisze: „Oszczędź [Boże] jednemu człowiekowi bycia dziewczyną. Po co mu całe życie gonić, zaganiać? Po co ma parzyć sobie serce jak ćma albo głupieć – z rozsądku? Po co – najpierw przesyt, potem niedosyt, potem – strach? Chłopcy są w końcu sami ze swoimi wojnami i wielkimi pracami…”.

Ojciec, gdy się urodziłaś, pisze: „Uważam, że z córką też można grać w tenisa”.

– Szybko się ucieszył z dziewczynki. To był tata-kwoka. Jeżeli chodzi o macierzyństwo, to swoim ojcostwem nadrabiał za dwie osoby.

Skoro już jest córka, to mama pisze list do ciebie, w którym przestrzega: „Dzidziu. Nie kochaj się w łobuzach jak ja”. Ale w domu nie czeka na nią łobuz „przyklejony do baru jak niedopałek sporta”.

– Dlatego go wybrała. I to był z pewnością jeden z lepszych wyborów w jej życiu. Uznała, że to będzie dobry ojciec. Trafiła w punkt. I uciekła.

Wybaczył jej?

– Zadałam mu w audycji radia Chillizet, którą nagrałam na 85. urodziny mamy, pytanie: „Tato, jakie wady miała Agnieszka Osiecka?”. Odpowiedział, że żadnych. Przecież też musiał zdawać sobie sprawę z tego, że pranie i robienie zup jej nie interesowało, bo kochał poetkę i kobietę wrażliwą, ale niezależną. Był wybaczający. Uważał ją za wybitny umysł, wybitną poetkę. A ja połączyłam ich na zawsze. Jako osoba i zadanie.

Oczywiście to proces. Gdy ma się 83 lata, a w takim wieku zmarł tata, inaczej patrzy się na swoje życie, pamięć więcej wybacza. Daniel miał felietonistycznie polemiczny temperament, ale w życiu prywatnym był ugodowy. Opowiadał, że to raczej kobiety go zostawiały. Z wieloma, na czele z Agnieszką, pozostawał w kontakcie i zawsze mówił o nich dobrze. Czy wybaczał, bo miał klasę dyplomaty? Pewnie jedno i drugie.

Jesteście od dekad rodziną wystawioną na widok publiczny – bohaterami książek, powieści, serialu. Sama piszesz, wydajesz zapiski mamy.

– Dzienniki, blogi, felietony – dużo w nich życiopisania. Nawet ten dziennik mama chciała pierwotnie opublikować w „Tygodniku Kulturalnym”. Pisanie i publikowanie naturalnie się rodzicom przeplatało z życiem. Wszystko było ciekawym wątkiem: córka, gospodarka, panie na porodówce.

Ja pisałam o ciąży w czasach, gdy już można było w sieci zostawiać komentarze pod tekstami. Wyszła z tego książka „Dziecko? O matko!”. Czytanie tego, co ludzie potrafili napisać w komentarzach to było piekło. Cieszę się, że ona pisała to w bardziej analogowych czasach. Te wszystkie anonimowe, agresywne kobiety, poprawiające ciągle, niewybaczające błędów. Zarzuty, że zarabiam na ciąży… Co one by napisały pod wpisem o ciężarnej autostopowiczce?

W „Dzienniku dla Adama”, pisanym dla Adama Michnika w czasie, gdy był internowany, jest sporo uwag na mój temat. Bardzo nieprzychylnych – przecież matki widzą wady córek i odwrotnie. Oczywiście to jest w jakimś stopniu przemocowe, takie pisanie o malutkich dzieciach, przecież nie mogłam powiedzieć, że nie chcę się w tych zapiskach znaleźć. Ale cała nasza rodzina jest taka – nie cenzurujemy się.

Kobiet piszących o swoich życiowych doświadczeniach wciąż jest w Polsce mniej od mężczyzn…

– Powoli nadrabiamy. Duże wrażenie zrobiła na mnie książka Miry Marcinów „Bezmatek”. Fenomenalna, o córectwie, współuzależnieniu. Myślę, że spodobałaby się mojej mamie. Córka w tej książce bywa petentką w relacji z matką. Zbliżają się do siebie dopiero, gdy córka staje się matki opiekunką w chorobie. Nie ma „typowych rodzin” i „typowych matek”, „typowych ojców”. Mam zresztą wrażenie, że nasza rodzina sporo w tej kwestii w przestrzeni publicznej zrobiła – często pisaliśmy i mówiliśmy bez hipokryzji, bez pudru.

Nie jest to duża rodzina.

– Bardzo mała. Mogę tylko żałować, że mój tata nie był ziemianinem, panem na włościach i nie jesteśmy rodziną, w której urodziło się dziesięcioro ślubnych dzieci i jeszcze dodatkowo dwa razy tyle nieślubnych. Miałabym wtedy dookoła siebie wiele pomocnych osób. Trochę tu żartuję, choć przecież wiem doskonale, że teraz jestem w tych wszystkich decyzjach osamotniona. 


Rodzina to odpowiedzialność, a matka się jej bała

Kategorie: Uncategorized

Leave a Reply

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.