Katarzyna Brejwo

93-letni były strażnik SS Bruno Dey zakrywa twarz na sali sądowej w Hamburgu, 23 lipca 2020 r. (Fot. Daniel Bockwoldt/Getty Images)
Po wojnie w systemie sprawiedliwości często pracowali ci sami ludzie, którzy pełnili swoje funkcje w czasach reżimu hitlerowskiego.
Bruno Dey, były członek SS i strażnik w obozie Stutthof, miał 93 lata, kiedy w 2019 roku stanął przed sądem w Hamburgu, oskarżony o współudział w zamordowaniu ponad pięciu tysięcy więźniów. Jakie zrobił na panu wrażenie?
Tobias Buck, autor książki „Ostatni proces”: Na salę sądową wwieziono go na wózku inwalidzkim. Twarz zakrywał czerwoną teczką, żeby fotograf nie mógł jej uchwycić. Nie było w nim nic złowrogiego – wyglądał jak zwykły staruszek, i to w pewnym sensie było najbardziej niepokojące.
Jego pierwsze wypowiedzi sprawiały wrażenie nieco chaotycznych. Miałem wrażenie, że nie zawsze był w stanie w pełni śledzić przebieg procesu. Ale było też wiele momentów, kiedy wykazywał się całkowitą jasnością umysłu. Dokładnie wiedział, co może, a czego nie powinien powiedzieć. Oprócz wielkich pytań, jakie pojawiają się przy każdym procesie dotyczącym Holocaustu, toczyła się więc pewnego rodzaju gra w kotka i myszkę między oskarżonym a sędzią i prokuratorami, którzy próbowali go skłonić do tego, żeby odniósł się do sedna sprawy.
Śledził pan ten proces jako dziennikarz brytyjskiego dziennika „Financial Times”, ale z pochodzenia jest pan Niemcem.
– Można powiedzieć, że jestem Niemcem w połowie, bo moja matka jest Brytyjką. Wychowałem się w małej miejscowości pod Frankfurtem i z Niemiec wyjechałem dopiero po studiach, żeby wrócić po latach jako korespondent zagraniczny we własnym kraju. To sprawiło, że przyglądałem się tej sprawie niejako z podwójnej perspektywy – jako outsider i ktoś z wewnątrz.

93-letni były strażnik SS Bruno Dey zakrywa twarz na sali sądowej w Hamburgu, 17 października 2019 r.Fot. Markus Scholz/AFP/East News
Od początku miałem poczucie, że uczestniczę w historycznym wydarzeniu. To miał być jeden z ostatnich procesów dotyczących Holocaustu, w pewnym sensie – proces ostatnich szans. Dla ofiar, żeby mogły opowiedzieć przed sądem swoją historię; dla tego starego człowieka, żeby mógł się skonfrontować ze swoją winą; i dla niemieckiego państwa, żeby mogło udowodnić, że sprawiedliwości – nawet po tylu latach – może stać się zadość.
Dey nie był fanatycznym nazistą. Syn rolników ze wsi pod Gdańskiem, terminujący jako pomocnik piekarza, w 1944 roku został powołany do wojska i wysłany do służby wartowniczej w obozie Stutthofie. W obozie, w którym zginęło ponad 60 tysięcy Żydów, Polaków i więźniów innych narodowości, spędził w sumie dziewięć miesięcy. Miał wtedy zaledwie 17 lat.
Newsletter Reporterski
Szczere wyznania, poruszające rozmowy, unikatowe doświadczenia. Poznaj historie, których nie da się zapomnieć.
Administratorem danych osobowych podanych przy zapisaniu się na newsletter jest Wyborcza sp. z o.o. z siedzibą w Warszawie (00-732), ul. Czerska 8/10. Podane dane osobowe będą przetwarzane przede wszystkim w celu wysyłki zamówionego newslettera, który może zawierać treści marketingowe.Więcej
– Bez wątpienia znajdował się na samym dole obozowej hierarchii, był trybikiem w całej morderczej machinie. W sądzie powtarzał, że nigdy nikogo nie zabił. Ale to właśnie brak historycznego znaczenia Deya był najbardziej interesujący. Nie patrzyliśmy na jednego z architektów Holocaustu ani nawet na kogoś, o kim można by powiedzieć, że był jednoznacznie zły.
Bruno Dey był zwykłym człowiekiem, który w bardzo młodym wieku musiał stanąć wobec niezwykle trudnych dylematów moralnych. Podczas procesu opowiadał, że w domu nauczono go, że nie należy się wychylać, a wszelkie opinie polityczne są ryzykowne. Wychowanie i środowisko, w którym dorastał, raczej nie przygotowały go do tego, żeby w sytuacjach granicznych podejmować właściwe decyzje – i takich decyzji nie podjął.
Słuchając jego wystąpień, nie mogłem się jednak pozbyć pytania: czy to mógłbym być ja? Albo – czy to mógłby być mój dziadek? Czy jako siedemnastolatek w narodowosocjalistycznych Niemczech miałbym tyle odwagi, żeby oddać karabin i zejść z wieży strażniczej?
Wiem, że nie byłem jedyną osobą na sali sądowej, która zadawała sobie to pytanie.

Sztutowo, Muzeum Stutthof, 2017 r. Przez obóz przeszło ok. 110 tys. więźniów z 28 państw. Najliczniejszą grupą byli Żydzi. Pod względem obywatelstwa – Polacy, obywatele ZSRR i WęgrzyFot. Bartosz Bańka / Agencja Wyborcza.pl
Obrońca Deya argumentował, że przez ponad 70 lat niemieckie państwo nie interesowało się zwykłym strażnikiem, który osobiście nikogo nie skrzywdził. Ale przed sądem nigdy nie stanęli też prawdziwi zbrodniarze. Dlaczego Niemcy zrobiły tak niewiele, żeby ukarać sprawców, kiedy ci jeszcze żyli?
– Po wojnie istniała w Niemczech ogromna niechęć do ścigania sprawców zbrodni nazistowskich. Przyczyny tego stanu rzeczy są złożone, a jedną z nich było osobliwe odwrócenie pojęcia ofiary. W drugiej połowie lat 40. wielu Niemców uważało, że oni również byli ofiarami tej wojny. Takie przekonanie panowało też w mojej niemieckiej rodzinie. Słyszałem wiele opowieści o tym, jak dziadek cierpiał w niewoli w Związku Radzieckim, a babcia w środku zimy musiała uciekać przed Armią Czerwoną zbliżającą się do jej rodzinnej wsi.
To wypaczone poczucie własnej krzywdy przeniknęło, jak sądzę, do sądów i prokuratury. Było przy tym po prostu wygodne. Towarzyszyło mu przekonanie, że aby odbudować demokratyczne Niemcy po okresie dyktatury, najlepiej będzie zapomnieć o przeszłości, oddzielić ją grubą kreską.
Jednocześnie tempa nabierała zimna wojna i Amerykanie, początkowo zaangażowani w ściganie nazistów, potrzebowali Niemiec zachodnich jako zapory przeciwko postępom komunizmu w Europie.
W książce zwraca pan uwagę, że polityka grubej kreski miała aspekt pragmatyczny: setki tysięcy osób zaangażowanych w Zagładę żyło w Niemczech w latach 50., a ich ściganie sparaliżowałoby system sprawiedliwości.
– Wiele z tych osób po wojnie kontynuowało kariery w administracji, wojsku, ale również w zawodach prawniczych.
W systemie sprawiedliwości często pracowali ci sami ludzie, którzy pełnili swoje funkcje w czasach reżimu hitlerowskiego.
Kiedy Fritz Bauer, niemiecko-żydowski prokurator i architekt jednego z pierwszych dużych procesów przeciwko nazistom, dostał informację wywiadowczą, że Adolf Eichmann przebywa w Argentynie, zdecydował się przekazać ją Mosadowi, a nie niemieckim władzom. To pokazuje, jak obstrukcyjne były ówczesne elity polityczne i prawnicze. Bauer miał powody, żeby nie ufać rodzimej policji i prokuraturze, jeśli chodzi o tak kluczową informację.
To jest właśnie to, co w książce nazywam „drugą hańbą”: nazistowskie Niemcy nie tylko popełniły najgorsze zbrodnie w historii, ale nie wykazały również realnej gotowości do ścigania i karania tych, którzy byli w nie uwikłani – zwłaszcza po tym, jak Republika Federalna Niemiec zakorzeniła się w sojuszu państw zachodnich. Oczywiście w Niemczech zachodnich miały miejsce głośne procesy, w których skazywano nazistowskich sprawców, ale naprawdę istotna zmiana w podejściu prawnym nastąpiła dopiero w 2011 roku, gdy stawka nie była już szczególnie wysoka.
Na początku lat 60. w głośnym procesie oświęcimskim przed sądem we Frankfurcie stanęło 22 byłych esesmanów, członków załogi obozu w Auschwitz.
– Tamten proces był ważny, bo po raz pierwszy przedstawiono wówczas szerokiej publiczności – w sposób niepodważalny – system działania obozów koncentracyjnych, skalę popełnionych zbrodni i nazistowską politykę wobec Żydów. W czasie, kiedy w Niemczech wciąż istniały środowiska kwestionujące Holocaust, miało to ogromne znaczenie.
Proces frankfurcki stał się także jednym z punktów wyjścia tego, co później nazwaliśmy Vergangenheitsbewältigung, czyli mierzeniem się z przeszłością. Nie powiodło się natomiast to, co było głównym zamierzeniem prokuratora Fritza Bauera – że ten proces zapoczątkuje szerzej zakrojone działania zmierzające do ścigania i karania sprawców.

Proces grupy funkcjonariuszy niemieckiego obozu koncentracyjnego w Stutthofie. Sądzono 24 SS-manów i jednego więźnia funkcyjnego, Gdańsk, październik 1947 r.Fot. PAP
Dlaczego nazistowskich zbrodniarzy nie ścigano za udział w zbrodniach ludobójstwa?
– W niemieckiej tradycji prawnej mocno zakorzenione jest przekonanie, że czyn może być ścigany tylko wtedy, gdy w momencie jego popełnienia był uznawany za przestępstwo. Oczywiście co do zasady jest to podejście rozsądne i akceptowane w niemal wszystkich systemach prawnych, ale w tym przypadku oznaczało ono, że nazistowskim sprawcom nie można było postawić takich zarzutów.
Pierwsza definicja ludobójstwa została stworzona przez polsko-żydowskiego prawnika Rafała Lemkina w 1944 roku. ONZ formalnie zdefiniowało ludobójstwo cztery lata później, a definicja ta zaczęła obowiązywać w niemieckim prawie karnym w 1954 roku.
Czyli od połowy lat 50. istniały pojęcia, którymi można było opisać Zagładę, ale niemieccy prokuratorzy i sędziowie trzymali się zasady, że prawo nie działa wstecz.
– Zamiast tego przyjęto fikcję, że mamy do czynienia z „normalnymi” przestępstwami i „normalnymi” przestępcami, a próbę eksterminacji europejskich Żydów potraktowano jako zwykłe morderstwo pomnożone przez sześć milionów.
W sprawach dotyczących Holocaustu należało więc za każdym razem udowodnić, że konkretny oskarżony był zaangażowany w zabójstwo konkretnej ofiary – w określonym miejscu i konkretnym dniu. W zwykłej sprawie o morderstwo ma to oczywiście sens: musimy wiedzieć, kto zabił, kogo, gdzie i kiedy. Bez takich ustaleń w ogóle nie można rozpocząć postępowania karnego.
Ale w kontekście Holocaustu osiągnięcie takiego poziomu dowodowego było wyjątkowo trudne – ofiary były mordowane w sposób masowy i anonimowy. Przez długie lata zniechęcało to prokuratorów do ścigania sprawców. Prowadziło też do sytuacji, kiedy naziści wysokiej rangi dostawali wyjątkowo łagodne wyroki, często nawet niższe niż ich szeregowi podwładni.
Jeden z głównych oskarżonych w procesie frankfurckim, adiutant komendanta Auschwitz Robert Mulka, został skazany na czternaście lat za pomocnictwo w morderstwie, chociaż był drugą osobą w obozowej hierarchii i osobiście składał zamówienia na dostawy cyklonu B do komór gazowych. Sądzony w tym samym procesie członek SS Wilhelm Boger dostał natomiast dożywocie jako morderca, ponieważ udowodniono, że torturami przyczynił się do śmierci pięciu osób.
– Takich problematycznych wyroków było więcej. Z wykształcenia jestem prawnikiem i poświęciłem kilka nudnych lat swojego życia na zgłębianie zawiłości niemieckiego prawa karnego. Nigdy nie przyszło mi do głowy, że te czysto dogmatyczne spory o to, jak definiować zabójstwo albo gdzie postawić granicę między sprawcą a współsprawcą, okażą się tak istotne w kontekście ścigania zbrodni nazizmu.
Natomiast trzeba tutaj jasno powiedzieć, że w okresie powojennym wśród prokuratorów i sędziów nie było silnej woli ścigania i karania sprawców tak, jak na to zasługiwali. Wszystkie te dylematy były sędziom tak naprawdę na rękę, bo dzięki nim łatwiej mogli przymykać oczy albo wymierzać oskarżonym łagodne kary, jeśli już stanęli przed sądem.
Na czym polegała zmiana, która pozwoliła postawić przed sądem ludzi takich jak Bruno Dey?
– To była w gruncie rzeczy genialnie prosta idea, za którą stał jeden człowiek, emerytowany sędzia Thomas Walther. W 2009 roku zdecydował się on wszcząć proces przeciwko Iwanowi Demianiukowi, przyjmując za podstawę oskarżenia nie to, że Demianiuk zabił konkretną liczbę osób – co, jak wiemy, trudno byłoby udowodnić – ale sam fakt, że był on strażnikiem w obozie śmierci w Sobiborze. Jako strażnik pełnił określoną funkcję – był częścią mechanizmu podtrzymującego funkcjonowanie obozu. A skoro tak, to ponosił odpowiedzialność za wszystkie morderstwa, które miały miejsce w czasie jego służby.
W 2011 roku sąd w Monachium po raz pierwszy zaakceptował tę logikę i uznał Demianiuka za winnego pomocnictwa w morderstwie w 28 060 przypadkach. To była zasadnicza zmiana, bo
od tej pory prokuratorzy musieli jedynie wykazać, że dany członek SS czy strażnik przebywał w obozie w określonym czasie i że w tym czasie zamordowano tam określoną liczbę ludzi.
Nie trzeba już było udowadniać, że wiedział o mordowaniu więźniów.
W obozie zagłady – a w konsekwencji także w obozie koncentracyjnym – nie istniało coś takiego jak „niewinna praca”. Każdy, kto podtrzymywał działanie tej machiny, był przynajmniej częściowo odpowiedzialny za jej skutki, w tym przypadku tysiące albo dziesiątki tysięcy ofiar.
Ta zmiana otworzyła drogę do kolejnych procesów, w tym procesu Brunona Deya. Przyszła jednak dramatycznie późno. W 2011 roku większość sprawców już nie żyła, więc nowa interpretacja prawa mogła objąć tylko osoby, które w czasach reżimu hitlerowskiego były bardzo młode i – co za tym idzie – zajmowały w nim stosunkowo nieznaczące stanowiska.
Jak Niemcy przyjęli procesy tych starców?
– Nie było większego sprzeciwu. Można by się spodziewać, że przed budynkiem sądu będzie protestować skrajna prawica, że pojawią się hasła: „zostawcie w spokoju tych staruszków”, ale nic takiego nie miało miejsca.
Myślę, że Niemcy jako społeczeństwo wyprzedzili wymiar sprawiedliwości, jeśli chodzi o gotowość do zmierzenia się z przeszłością. Urodziłem się w latach 70. i w moim pokoleniu powszechne było poczucie, że jako Niemcy ponosimy odpowiedzialność za Holocaust. Pamiętam, że temat ten był bardzo mocno obecny przez całe moje dorastanie. Szeroko omawialiśmy go w szkole, co zbiegło się w czasie z „odkryciem” Holocaustu przez Hollywood. Na początku lat 90. do kin weszła „Lista Schindlera”, film, który odbił się szerokim echem na świecie. W całych Niemczech zaczęły powstawać pomniki poświęcone ofiarom Zagłady.
Wiedza o Holocauście, próby różnego rodzaju zadośćuczynienia za te zbrodnie – również na poziomie politycznym, poprzez dążenie do dobrych relacji dyplomatycznych z krajami takimi jak Polska czy Izrael – były elementami tego zbiorowego mierzenia się z przeszłością.
A jednak z badania, które przeprowadził Uniwersytet w Bielefeld w 2018 roku, wynika, że tylko 15 procent Niemców uznaje, że w ich rodzinach byli sprawcy albo współsprawcy. 54 procent uważa, że ich przodkowie byli ofiarami nazizmu.
– To mnie nie dziwi. Nadal istnieje wyraźna luka między oficjalnym, politycznym zobowiązaniem do kultury pamięci a utrzymującą się od dekad niechęcią wielu Niemców, żeby przyjrzeć się swojej rodzinie.

Tobias Buck, autor książki 'Ostatni proces. Niemieckie rozliczenia z nazistowską przeszłością’.Fot. Charlie Bibby / Wydawnictwo Czarne
Część mojej rodziny, o czym piszę w książce, pochodziła ze Śląska, więc często słuchaliśmy opowieści, jak babcia musiała uciekać przed nacierającą Armią Czerwoną, a dziadek trafił do sowieckiej niewoli. O tym, co robili przed ostateczną klęską, podczas dwunastu lat hitlerowskich rządów, już się nie rozmawiało.
Widać tutaj ten sam mechanizm, co w przypadku systemu sprawiedliwości. Łatwo jest wygłaszać wielkie deklaracje o odpowiedzialności, jaką ponosi niemieckie społeczeństwo, ale konfrontacja z indywidualną winą odbywa się albo na sali sądowej, albo w osobistej, międzypokoleniowej rozmowie. „Co wtedy robiłeś? Dlaczego się nie sprzeciwiłeś?” – to są najtrudniejsze pytania.
Oczywiście teraz, kiedy nasi dziadkowie już nie żyją, dużo łatwiej jest je zadawać.
W książce pisze pan o ślubnym zdjęciu swoich dziadków, które stało u nich w salonie. Rupert, pana dziadek, miał na sobie mundur z opaską ze swastyką. Nigdy pan o to nie zapytał?
– Dziadek zmarł, kiedy miałem osiem lat. Wiedziałem o nim niewiele: że walczył w drugiej wojnie światowej oraz że prawdopodobnie był członkiem NSDAP. Dopiero miesiące spędzone na procesie Brunona Deya sprawiły, że postanowiłem dowiedzieć się czegoś więcej o jego przeszłości.
Na sali sądowej dziennikarzy umieszczono w tylnej części, tuż za miejscami przeznaczonymi dla rodziny oskarżonego. Pojawiały się tam również wnuki Deya. Byli sporo młodsi ode mnie, ale to, że lojalnie siedzieli na przesłuchaniach procesowych swojego dziadka, sprawiło, że zacząłem myśleć o Rupercie Bucku. Czy jego historia tak bardzo różniła się od historii Brunona Deya?
Co udało się panu ustalić?
– Nie znalazłem dowodów na to, że dziadek popełnił zbrodnie wojenne albo inne okrucieństwa. Na podstawie tego, co wiem o jego losach i strukturach państwa nazistowskiego, w których funkcjonował, nie sądzę, by brał w nich udział. Najczarniejsze lata hitlerowskich rządów spędził, pracując w administracji Służby Pracy Rzeszy, nazistowskiej organizacji, która nadzorowała roboty publiczne. Natomiast w przeciwieństwie do Brunona Deya
wcześnie wstąpił do partii, co musiało oznaczać, że był entuzjastycznym nazistą.
Odtwarzając jego losy, myślałem o tym, jak przypadek sprawia, że w dyktaturze jedni ludzie znajdą się w sytuacji, która doprowadzi ich przed sąd jako współwinnych morderstwa, a inni – wcale nie mniej ułomni moralnie – będą mogli wieść całkiem spokojne życie. I to jest być może najważniejsze pytanie, jakie stawia ten proces – o odpowiedzialność jednostki w społeczeństwie przestępczym.
Bruno Dey tłumaczył, że nie mógł odmówić służby w obozie, bo sam podzieliłby los więźniów Stutthofu. Ten argument – „nie miałem wyboru” – powtarzało wielu funkcjonariuszy nazistowskiego reżimu.
– To przekonanie jest bardzo rozpowszechnione, bo dobrze pasuje do naszego wyobrażenia o brutalności aparatu nazistowskiego, a zwłaszcza SS. Tymczasem nie ma ani jednego udokumentowanego przypadku, żeby ktoś z personelu obozu koncentracyjnego zapłacił życiem za odmowę służby.
Co więcej, istniała – zwłaszcza w końcowym okresie wojny – niełatwa, ale realna droga odejścia z pracy w obozie. Wystarczyło zgłosić się na front. Nikt nie twierdzi, że były to łatwe wybory moralne, ale twierdzenie, że nie było żadnej alternatywy, jest po prostu nieprawdziwe.
W przypadku Deya, ale i innych pomniejszych pomocników Zagłady, zwyciężyło coś, co nazywamy wygodą posłuszeństwa. To sformułowanie dobrze oddaje postawę milionów Niemców w czasach nazizmu: wygodniej jest się nie wychylać, nie zabierać głosu. Zostać na tej wieży strażniczej, zamiast próbować z niej zejść.
Dey został ostatecznie skazany na dwa lata w zawieszeniu. Taki sam wyrok usłyszała Irmgard Furchner, sekretarka komendanta obozu Stutthof, która stanęła przed sądem kilka lat później. Czy te wyroki mają jeszcze jakieś realne znaczenie społeczne, czy to już tylko symboliczny gest?
– Uważam, że sam proces Deya był ważny przynajmniej z kilku powodów. Po pierwsze, umożliwił ofiarom opowiedzenie własnej historii i skonfrontowanie się z jednym ze sprawców odpowiedzialnych za ich cierpienie. Rozmawiałem z nimi i wiem, że fakt, iż mogli to zrobić przed niemieckim sądem, miał dla nich ogromne znaczenie.
Po drugie, pokazał, że sprawiedliwość może zostać wymierzona niezależnie od tego, jak wiele czasu upłynęło od zbrodni. Nie mam oczywiście złudzeń, że takie wyroki powstrzymają kolejne ludobójstwo, bo ludzie w nie uwikłani rzadko przejmują się przyszłymi procesami. Ale dla naszego społeczeństwa i dla naszego rozumienia sprawiedliwości niezwykle ważne jest, by każde przestępstwo – a szczególnie zbrodnia o tak potwornym charakterze – zostało ukarane. Zwłaszcza teraz, kiedy świat wydaje się coraz bardziej kierować zasadą, że obowiązuje prawo silniejszego, warto o tym przypominać.
Czy kolejnym pokoleniom Niemców nadal trzeba przypominać o odpowiedzialności za Holocaust i inne zbrodnie nazizmu? Niemiecka kultura pamięci, stawiana na całym świecie za wzór, jak poradzić sobie z trudną przeszłością, w ciągu ostatnich lat stała się przedmiotem krytyki – i to nie tylko z prawej, ale również lewej strony.
– Ta debata toczy się od dawna, ale tak się złożyło, że jej nasilenie zbiegło się w czasie z procesem Brunona Deya. Jedno z kluczowych pytań, jakie stawiają zaangażowani w nią intelektualiści i historycy, dotyczy wyjątkowości Holocaustu. Do niedawna w Niemczech powszechnie uważano, że uprzemysłowione mordowanie Żydów w komorach gazowych było zbrodnią straszliwą i jedyną w swoim rodzaju. Czy nie było jednak innych wydarzeń – również w historii Niemiec, jak ludobójstwo plemion Herero i Nama w Afryce Południowo-Zachodniej – które również powinny być upamiętniane w podobny sposób? Czy Holocaust zajmuje w niemieckiej świadomości zbiorowej tak dominujące miejsce, że utrudnia rzetelną ocenę innych doświadczeń historycznych?
Niemcy bardzo późno, bo dopiero w 2021 roku, oficjalnie uznały swoją odpowiedzialność za te kolonialne zbrodnie z początku XX wieku.
– Do tego dochodzi pytanie o to, co niemiecka kultura pamięci – i centralna rola Holocaustu w niemieckiej tożsamości – oznacza w społeczeństwie, w którym jedna czwarta mieszkańców ma pochodzenie migracyjne. Czy miliony Niemców, których rodziny przybyły z Turcji, Włoch, Hiszpanii, a także z Polski, powinny uczestniczyć w tej kulturze pamięci w taki sam sposób jak Niemcy, których przodkowie żyli w czasach nazizmu?
Wyraźnie widać to w kontekście Izraela. Kiedy pochodzące z tego kraju osoby, mieszkające w Niemczech, chcą krytykować politykę izraelskiego rządu, natychmiast napotykają – zrozumiałą, ale problematyczną – niechęć niemieckiego społeczeństwa.
To wszystko są ciekawe, ale i bolesne debaty. Żałuję, że nie toczą się z większym zrozumieniem dla każdej ze stron, bo to jest dla Niemiec problem wyjątkowo trudny.
Byłbym jednak ostrożny z całkowitą krytyką niemieckiej kultury pamięci, szczególnie w czasie, gdy tak wiele społeczeństw nadal niechętnie spogląda w mroczne karty swojej historii. Ostatecznie było to imponujące, zbiorowe przedsięwzięcie – Niemcy wykazały gotowość, by się skonfrontować z przeszłością, nie doszukując się w niej żadnej pozytywnej interpretacji. Oczywiście żadna pozytywna interpretacja tamtego okresu nie jest możliwa, ale to samo można powiedzieć o niewolnictwie – a jednak w Stanach Zjednoczonych wciąż widać opór wobec pełnego rozliczenia tej karty historii. Niemiecka kultura pamięci pokazuje, jak można się z takimi kartami mierzyć, jak wyciągać z nich wnioski, i wreszcie – jak czerpać z nich siłę, budując solidny moralny i polityczny kompas, który jasno wskazuje, czego nie można powtórzyć.
Reportaż sądowy Tobiasa Bucka „Ostatni proces. Niemieckie rozliczenia z nazistowską przeszłością” w przekładzie Barbary Gadomskiej ukaże się 28 stycznia w wydawnictwie Czarne.
Druga hańba powojennych Niemiec. Dlaczego zbrodniarze żyli spokojnie?
Kategorie: Uncategorized

