Zagłada na Wileńszczyźnie, 1941 rok. cz . 1

Anna Karolina Klys

Fragment wspomnień Ireny Bołądź-Gutsch z okresu, gdy jako siedmioletnia dziewczynka przebywała w miejscowości Nacza ( na Wileńszczyźnie). Opisywane morderstwo miało miejsce latem 1941 roku.

 


(…)Kiedy zaczęła mnie czesać ktoś zapukał do drzwi i bez żadnego zaproszenia weszła sąsiadka pani Wandy. Przywitała się i powiedziała, że w lasach przed wjazdem do Naczy, jest coraz więcej Żydów. Podobno do poprzednich dwóch rodzin dołączyły się jeszcze trzy albo cztery nowe, z małymi dziećmi, nawet niemowlętami, i ukrywają się głęboko w lesie. Podobno są bardzo bogaci, mają ze sobą dużo pieniędzy i złota. Nie wiadomo kto im pomaga, ale musi się to im opłacić, bo Żydzi za utrzymanie w tajemnicy ich kryjówek oraz za żywność i mleko dobrze płacą. „Wyobraź sobie”, mówiła, „że Sonderkommando, już coś wywęszyło. Ale nie szukają tych rodzin w lasach, tylko ogłosili, żeby przekazać Żydom taką wiadomość: „Wiemy, że tu jesteście. Nie musicie dłużej ukrywać się w lesie, możecie sobie wynająć pokoje w Naczy. Nic złego z naszej strony wam nie grozi”. Pani Wanda aż krzyknęła: „Naprawdę??!Może to dlatego, że to są bogaci Żydzi?? I Sonderkommando liczy na to, że dostaną od nich dużo pieniędzy, a wtedy przymkną oczy i pozwolą im spokojnie mieszkać u ludzi??”.

Sąsiadka pani Wandy westchnęła, jakby zazdroszcząc Żydom tego złota. „Tak, tak, kto ma dużo pieniędzy temu łatwiej w życiu. Taki jest już ten świat.”, powiedziała i pożegnała się.

Ta rozmowa zrobiła na mnie ogromne wrażenie, szczególnie wiadomość, że w lesie żyją małe dzieci. Od razu zaczęłam myśleć o moim bracie, o tym jakby to było mieszkać z nim w lesie. Zaczęłam wypytywać panią Wandę, gdzie ukrywają się te rodziny? Gdzie śpią, gdy pada deszcz? Odpowiedziała, że dokładnie nie wie, ale przypuszcza, że może tak jak partyzanci, w bunkrach albo zamaskowanych schronieniach. Kontaktują się z ludźmi w nocy, bo w dzień mogliby wpaść w ręce Sonderkommando, które tu rządzi razem z Gestapo. Było mi naprawdę przykro, że ludzie z małymi dziećmi muszą się ukrywać w głębi lasu.

Wieczorem przed snem, opowiedziałam tatusiowi co sąsiadka pani Wandy mówiła. Wtedy mój ojciec powiedział, że to jest pułapka, i ma nadzieję, że Żydzi nie wyjdą z lasu. (…)

Gdy znów byłam u pani Wandzi przysłuchiwałam się, co opowiadała jej sąsiadka. „Czytałaś to ogłoszenie, które wczoraj powiesili?”. Napisali, „że rodziny żydowskie, które przybyły do Naczy i okolic, mogą przebywać na tym terenie po uprzednim zameldowaniu się na Policji, w przeciwnym wypadku podlegają karze. To samo dotyczy osób wynajmujących mieszkanie lub zaopatrujących te rodziny, też mają obowiązek ich meldowania”. (…)

Kilka dni po ucieczce mego ojca z Naczy, znowu odwiedziła nas sąsiadka. Powiedziała, że żydowskie rodziny musiały chyba dobrze zapłacić policji i Sonderkommando, i teraz mogą spokojnie mieszkać w miasteczku. Wynajmują pokoje u ludzi, w pobliżu lasów, gdzie się ukrywali. Sąsiadka pani Wandy była pewna, że dzięki pieniądzom będą mogli tam żyć, nie niepokojeni przez Sonderkommando.

Nie pamiętam czy następnego dnia, czy kilka dni później, gdy „ganiałam” z dziećmi po rynku, zobaczyliśmy z daleka grupę ludzi idących od strony budynku Gestapo. To było około trzydziestu pięciu osób, przeważnie młode kobiety z dziećmi i mężczyźni, którzy nieśli łopaty.

Kiedy nas mijali zwróciłam uwagę na jedną z kobiet. Szła po prawej stronie grupy, w ostatnim rzędzie, trzymała na rękach maleńkie dziecko i niezbyt duży tobołek z białej chustki albo serwety. Stałam blisko, kilka metrów od nich, i widziałam, że miała w tobołku pół bochenka okrągłego chleba, litrową butelkę wypełnioną mlekiem, i jakieś jeszcze produkty.

Widziałam dzieci, dziewczynki mniej więcej w moim wieku i chłopców około 9-o, 14-o i 16-o letnich. Szli koło swoich rodziców. Pilnowało ich pięciu mężczyzn z Sonderkommando, w cywilnych ubraniach, tylko jeden z nich był w jakimś mundurze, wszyscy mieli przewieszone na ramieniu karabiny maszynowe, skierowane lufami w dół. Jednym z nich był „szatyn”, którego znałam z restauracji.

Ktoś ze starszych powiedział: „prowadzą tych Żydów z łopatami, to chyba na jakieś roboty?”

Zaczęłam się zastanawiać, dlaczego do pracy prowadzą też takie małe dzieci a nawet niemowlę. Pomyślałam, że pewnie chcą być wszyscy razem, jest przecież taka ładna pogoda.

Przeszli przez cały rynek i wyszli na szosę, która kończyła się w pobliżu lasu, gdzie bawiliśmy się w budowanie zamków z piasku. A my, dzieciaki z rynku, szliśmy w niewielkiej odległości za nimi, byliśmy ciekawi, co będą robić.

Kiedy weszli na piaszczysty pagórek zatrzymaliśmy się na szosie i obserwowaliśmy te rodziny żydowskie. Kobiety i dzieci usiadły, a mężczyźni zaczęli coś kopać po prawej stronie. Niektórzy zdjęli marynarki i położyli je na poboczu i kopali dalej.

Patrzyliśmy na nich jakiś czas, ale to było nudne, więc poszliśmy się bawić. Poszliśmy na podwórko domu dziewczynki, która mieszkała najbliżej. Przyniosła z domu piłkę, w którą graliśmy, odbijałyśmy ją od ściany, od ziemi, rzucaliśmy do siebie i łapałyśmy. Bawiliśmy się tak może godzinę, gdy nagle rozległa się straszna strzelanina karabinów maszynowych. Było je słychać bardzo blisko, ale z podwórka nie widzieliśmy ani drogi, ani pagórków.

Te strzały było słychać kilka minut, a później zrobiło się zupełnie cicho.

 

cdn.

Opracowanie tekstu-Anna Karolina Kłys

No comments yet... Be the first to leave a reply!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: